HistoriaZuluskie dzidy gromią imperium

Zuluskie dzidy gromią imperium

Bitwa pod Isandlwaną, obraz Charlesa Edwarda Frippa
Bitwa pod Isandlwaną, obraz Charlesa Edwarda Frippa / Źródło: Wikipedia
Dodano 3
Brytyjczycy weszli w drogę egzotycznemu lokalnemu imperium. To była największa klęska, jaką nowoczesna armia brytyjska poniosła z „dzikimi” ludami podbijanych krajów - pisze Maciej Rosalak.

Pod górą Isandlwana na południu Afryki doszło w drugiej połowie XIX w. do krwawego starcia dwóch diametralnie różnych imperiów. Oto najsilniejsze i największe podówczas na świecie imperium brytyjskie weszło w drogę egzotycznemu lokalnemu imperium, stworzonemu na początku owego stulecia przez Zulusa Czakę. Był to świetny wojownik, obdarzony nie tylko ogromną siłą fizyczną, lecz także niebywałą siłą charakteru. Ten bękart przepędzony z rodzinnego plemienia potrafił – jako ktoś na kształt afrykańskiego kondotiera – zarówno do niego wrócić i je ujarzmić, lecz także zjednoczyć wszystkie inne plemiona zuluskie. Po prostu je podbił. Na ich czele pokonywał i bezlitośnie wyrzynał plemiona sąsiadów – głównie Bantu i Hotentotów. Stworzył państwo, które przypominało pod wieloma względami Prusy Fryderyka Wilhelma I i Fryderyka II Wielkiego.

Celem takiego imperialnego państwa są pokonywanie kolejnych sąsiadów i zabór ich ziem. Metodą osiągania owego celu – osadzenie własnego społeczeństwa w koszarach, gdzie ma się uczyć posłuszeństwa i zabijania. Takimi właśnie koszarami stały się Prusy Hohenzollernów. Ich najbardziej zbójecki i amoralny władca ucieleśniał, zdaniem największego z ówczesnych filozofów Woltera, przymioty króla oświeconego. Jeżeli taką opinią cieszył się w cywilizowanej Europie „Stary Fryc”, to dlaczego odmówić szacunku i uznania władcom Zulusów?

Galeria:
Plaże II RP
Czytaj także:
Pierwsze niemieckie obozy koncentracyjne powstały w Afryce. Potomkowie ofiar chcą zadośćuczynienia

Słynny Czaka – antenat bohatera omawianej tu wojny, zuluskiego króla Catewayo – stworzył przecież takie właśnie mniej więcej afrykańskie Prusy. Czaka wszystkich mężczyzn uczynił żołnierzami, sformował z nich liczące 40 tys. ludzi oddziały i nauczył skutecznej taktyki bawolego łba. Taktyka ta polegała na okrążaniu nieprzyjaciół oddziałami wysuniętymi jak rogi bawołu i uderzeniami twardym rdzeniem, takim jak ten znajdujący się u połączenia bawolich rogów. Dzidy Zulusów były poręcze, bo krótsze od dotąd stosowanych na południu Afryki, nadające się do zadawania ciosów w zwarciu, za to z ostrzem długości męskiego przedramienia. Owalne tarcze, wytwarzane ze specjalnie preparowanych skór, były zarówno dostatecznie odporne na ciosy murzyńskich wrogów, jak i lekkie. Co więcej, można je było składać, by nie utrudniały marszu. Maszerowali zaś Zulusi biegiem. Podczas treningu, w czasach pokoju, musieli dziennie przebiec 50 km.

Czaka i każdy jego następca wymagali od swoich żołnierzy, aby bez litości zabijali wrogów, a nie tylko – jak to przedtem było we zwyczaju – ich straszyli. Co ciekawe, Zulu Czaka był rówieśnikiem pruskiego gen. Clausewitza, z jego teorią o „niszczeniu żywych sił przeciwnika” jako celu operacji wojskowych. Nasza historia dzieje się 60 lat później. Tyle przetrwały afrykańskie koszary od czasów Czaki. I pewnie trwałyby do dziś, gdyby Anglicy mieli dzidy i tarcze zamiast karabinów.

Great Britain

A karabiny mieli Brytyjczycy – tak jak wszystkie armie europejskie od czasów bitwy pod Sadową – oczywiście odtylcowe, strzelające ładunkiem zespolonym łatwym do nabijania, a więc zapewniającym szybkostrzelność. Strzelali tymi nabojami z karabinów Martini-Henry o dużym kalibrze: 11,45 mm. Broń ta, dająca Brytyjczykom kolosalną przewagę nad ówczesnymi wojownikami Afryki i Azji, stała się niemal symbolem imperium brytyjskiego. Oficerowie byli uzbrojeni w rewolwery rodzimej produkcji Adamsa, które pod pewnym względem były nawet lepsze od amerykańskich Coltów, nie wymagały bowiem odciągania kurka przed strzałem.

W Afryce Południowej przeciwnikami Brytyjczyków stali się jednak najpierw nie czarnoskórzy, ale biali. Byli to mieszkańcy Kraju Przylądkowego skolonizowanego już w połowie XVII w. przez Holendrów, do których dołączyli niemieccy protestanci i francuscy hugenoci. Stworzyli oni społeczność zwaną Burami. Pod naciskiem „czerwonych kurtek” (jak określano brytyjskich żołnierzy od koloru ich mundurów) i postępującej za nimi imperialnej administracji oraz napływu kolonistów angielskich i szkockich w latach 30. i 40. XIX stulecia Burowie ruszyli w głąb lądu. Po wędrówce, jaka przeszła do historii pod nazwą Wielkiego Treku, stworzyli po zajadłych walkach z Bantu swoje nowe republiki Transwalu i Oranii, a po wojnie z Zulusami – Natalu (rychło zresztą zajętego przez Wielką Brytanię). Inni Burowie też długo nie cieszyli się niezależnością – w roku 1867 odkryto na ich terytoriach diamenty, a w 1886 r. złoto. Spowodowało to napływ innych Europejczyków, no i oczywiście dalszą presję Brytyjczyków. Po pierwszej wojnie z nimi (na początku lat 80.) nieco tylko ograniczoną niezależność od Wielkiej Brytanii nawet zachowali, ale drugą – na przełomie wieków – Burowie przegrali (trzeba przyznać, że Anglicy potrafili mądrze postąpić ze zwyciężonymi – ze wszystkich ziem utworzyli w 1910 r. dominium o nazwie Związek Południowej Afryki i przyznali Burom wiodącą w nim rolę, z niderlandzkim jako urzędowym językiem włącznie).

Czytaj także:
Powstanie Mau Mau i brytyjskie obozy koncentracyjne

Zanim jednak jeszcze wybuchła pierwsza wojna burska, urzędnicy i wojskowi Zjednoczonego Królestwa postanowili rozprawić się z państwem czarnych Zulusów, wciśniętym między posiadłości jednych i drugich białych. Jak to bywa, wykorzystali pretekst. Oto synowie jednego z kacyków, ścigając jego niewierną żonę, znaleźli się na obszarze Natalu. Gubernator kolonii wystosował więc ultimatum do króla Catewayo. Zażądał: rozwiązania w ciągu trzech tygodni zuluskich sił zbrojnych, utworzenia w królewskim kraalu (siedzibie) Ulundi oficjalnego przedstawicielstwa brytyjskiego, otwarcia kraju dla chrześcijańskich misjonarzy i przekazania władzom Natalu synów zdradzonego kacyka w celu ich „przykładnego ukarania”. Dodatkowo Zulusi mieli przekazać Brytyjczykom 500 sztuk bydła. Takich żądań żaden władca, zwłaszcza Zulusów, przyjąć nie mógł. Wobec braku odpowiedzi 11 stycznia 1879 r. Brytyjczycy oświadczyli, że znajdują się w stanie wojny z Zulusami.


Lord generał

Głównodowodzący w Afryce Południowej gen. Frederick baron Chelmsford dysponował ośmioma batalionami regularnej piechoty brytyjskiej wraz z kilkoma bateriami artylerii, ochotniczymi oddziałami kolonistów oraz oddziałami tubylców, których wartość bojowa była wątpliwa. Dalsze wydarzenia potwierdziły najgorsze przeczucia z nimi związane, gdyż na widok Zulusów, których się panicznie bali, po prostu uciekali, rzucając broń i nie słuchając rozkazów wydawanych przez białych dowódców. Chelmsford podzielił wojsko na pięć kolumn, z których główna przeprawiła się brodem Rorke’a (Rorke’s Drift) przez Rzekę Bawołu (Buffalo River) – odnogę Tugeli – stanowiącą granicę z Zululandem, a następnie maszerowała na wschód w kierunku Ulundi, aby zająć ów królewski kraal. Druga kolumna maszerowała w tym samym kierunku po przekroczeniu w innym miejscu rzeki Tugela. Po drodze miała zająć Eshowe. Również na Ulundi posuwała się trzecia kolumna z północnego zachodu. Pozostałe zgrupowania zabezpieczały ten koncentryczny atak na królewską siedzibę, broniąc brodów i dróg prowadzących na własne terytorium.

Główną kolumną dowodził ppłk R.T. Glynn, mając pod komendą dwa bataliony 24. Pułku, baterię artylerii (sześć dział siedmiofuntowych i dwie wyrzutnie rakiet), kompanię saperów, trzy szwadrony lokalnej kawalerii, dwa bataliony tubylczej piechoty, 300-osobowy oddział tubylczej jazdy i kompanię tubylczych saperów. Siły te liczyły 20 oficerów sztabowych, 132 artylerzystów 1275 białych piechurów, 320 białych kawalerzystów oraz 2566 czarnoskórych piechurów, saperów i kawalerzystów. Tak więc białych było mniej niż czarnych, mniej więcej dwie piąte. W kolumnie posuwało się ok. 300 zaprzęgów z zaopatrzeniem, 1,5 tys. wołów, juczne konie i muły, no i kilka setek pracujących przy nich ludzi. Największym obciążeniem miał się jednak okazać sam lord Chelmsford, który w praktyce dowodził największym zgrupowaniem najezdniczych wojsk.

On też – gdy 12 stycznia 1879 r. sforsował z wojskiem Buffalo River i po 10 milach dotarł 20 stycznia na kamieniste wzgórze Isandlwana – postanowił rozbić tam obóz zaczepno-obronny i czekać w nim na nadejście głównych sił zuluskich. Znając agresywną taktykę Zulusów, zamierzał wybić ich podczas ataku ogniem karabinów kal. 11,45. Być może gdyby wystarczyło mu cierpliwości i rozwagi, plan ten udałoby mu się zrealizować, ale nie docenił czarnego przeciwnika, gdy nie tylko wysłał zwiad 200 tubylczych wojowników pod dowództwem mjr. Johna Dartnella, lecz także pchnął ich śladem aż 1,8 tys. tubylców dowodzonych przez ppłk. Ruperta Lonsdale’a. Kiedy dowiedział się, że zwiad odkrył równe liczebnie zastępy Zulusów, zamiast wycofać już wysłane oddziały, kazał ruszyć z obozu 2. Batalionowi 24. Pułku i sam stanął na czele odsieczy (znów deprecjonując ppłk. Glynna). Co prawda wysłał rozkaz, aby dołączyło pod Isandlwanę 600 piechurów i 300 jeźdźców tubylczych spod brodu Rorke’a wspartych baterią rakiet, ale fakt pozostaje faktem – w obozie pod rozkazami ppłk. Henry’ego Pulleine pozostało mniej obrońców niż żołnierzy wysłanych w busz.

Tymczasem pod Isandlwanę podeszła główna armia Zulusów, którzy śledzili od paru dni i doskonale znali ruchy przeciwnika. 24 tys. wojowników starło się tu z 750 białymi żołnierzami i 620 tubylcami pod komendą kolonialną. Było to 22 stycznia 1879 r. Tego samego dnia Zulusi zatrzymali drugą kolumnę najeźdźców pod Inyezane koło Eshowe.

Bitwa pod Isandlwana

W nocy z 21 na 22 stycznia Zulusi skrycie podeszli pod obóz, a o godz. 8 zaatakowali, gdy wreszcie odkryto ich obecność. Sprzyjały im trzy okoliczności. Po pierwsze, Pulleine ustawił zbyt długą, 1600-metrową, a przez to płytką i pozbawioną silnego odwodu, linię obrony. Po drugie, wozy z amunicją stały nazbyt daleko od strzelców, a szybkostrzelne martini-henry zużywały tyle amunicji, że w krytycznym momencie bitwy żołnierze nie mieli czym strzelać. Po trzecie wreszcie, odsiecz spod brodu Rorke’a wprawdzie nadeszła na czas, ale niemal natychmiast udała się dalej, do gen. Chelmsforda. Stało się tak m.in. dlatego, że dowódcy angielscy – nawet Pulleine! – przez pierwsze dwie godziny lekceważyli przeciwnika i nie zdawali sobie sprawy, że mają do czynienia z jego głównymi siłami. Sam Zaś Chelmsford, gdy usłyszał o ataku, popatrzył przez lornetkę, a ponieważ nie zauważył niczego szczególnego (jakby mógł cokolwiek ujrzeć z dużej odległości w górzystym terenie!), uznał, że to jakieś pozorowane natarcie.

A Zulusi, gdy sformowali około południa szyk bawolego łba o długości 6 km i głębokości 12 wojowników, zaatakowali z furią, nie bacząc na kule, które z łatwością przebijały ich tarcze i kładły pokotem szereg za szeregiem. Jeśli któryś się cofnął, padał zabity na miejscu przez dowódcę. Ich potworny wygląd i wycie, a także szaleńcza determinacja w boju przyniosły w końcu taki skutek, że czarnoskórzy żołnierze kolonialni po pierwszych godzinach boju uciekli z powierzonych im stanowisk. Ponieważ zaś stali między obydwoma skrzydłami utworzonymi przez sześć kompanii brytyjskich, cały szyk zaczął się kruszyć. Pomoc przyniosły działa, część sił Durnforda, która zetknęła się z jednym rogiem bawolego łba i cofnęła się do pozycji pod Isandlwaną, i męstwo jeźdźców z plemienia Basutów, którzy okazali się prawdziwymi wojownikami.

Czytaj także:
Brytyjczycy stworzyli obozy koncentracyjne dla burskich kobiet i dzieci

I właśnie wtedy, gdy zdawało się, że obrona karnych, wspaniale wyćwiczonych żołnierzy brytyjskich się powiedzie, zaczęło brakować amunicji. Gdy Zulusi zorientowali się, że ogień wroga staje się sporadyczny, zaatakowali ze wzmożoną siłą. Tym razem nic nie mogło ich zatrzymać. Brytyjczycy bronili się w grupach jakiś czas bagnetami. Opór tych niedobitków wojownicy Catewayo przełamali, obrzucając ich trupami poległych kolegów. Uratowało się 350 obrońców. Zginęło 1329, w tym 599 żołnierzy 24. Pułku. Ich głowy oderżnięto, a tułowia rozpruto, wypuszczając tym sposobem duchy poległych. Zginęło od 2 tys. do 3 tys. Zulusów, a trzykrotnie więcej zostało rannych. To była największa klęska, jaką nowoczesna armia brytyjska poniosła z „dzikimi” ludami podbijanych krajów.

Nauka Isandlwany nie poszła w las. W tych dniach zarówno obrońcy brodu na Rzece Bawolej, jak i zajętego przez inną kolumnę Eshowe potrafili odeprzeć zajadłe ataki Zulusów. A latem, korzystając ze znacznych posiłków przysłanych z upokorzonej metropolii, Zulusi ponieśli klęskę w rozstrzygającej bitwie, stracili Ulundi, a w końcu też Catewayo, który dostał się do niewoli. Jednak imperium białych, choć zniszczyło imperium czarnych, postąpiło z nimi – jak to miało we zwyczaju – celowo i mądrze. W końcu powierzyli zwierzchnictwo nad plemionami zuluskimi samemu… Catewayo. I mieli spokój. Natomiast lordowi Chelmsfordowi, który wprawdzie zrehabilitował się latem 1879 r. ostatecznym zwycięstwem nad armią zuluską, a nawet dostał wyższą szarżę, nigdy nie powierzono już dowództwa całej armii.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 12/2016
Artykuł został opublikowany w 12/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 3
  • Czas prawdy IP
    Dzieki za najnowsze wiadomosci z Unii Jewropejskij. Widac Zulusi koncenruja sie u nich.
    Dodaj odpowiedź 13 0
      Odpowiedzi: 0
    • MatiLublin IP
      Dekadę temu pisali o tym w dodatku do "Rzeczpospolitej" - "Bitwy i wodzowie wszech czasów". Tego samego autora zresztą...
      Dodaj odpowiedź 7 0
        Odpowiedzi: 0
      • jot-23 IP
        ta sama historia jak przez millenia...czy to Custer z indianami, czy Varus z germanami (4 legiony weszly do lasu i sluch po nich zaginal)
        Dodaj odpowiedź 9 0
          Odpowiedzi: 0

        Czytaj także