HistoriaAtomowa wojna PRL. Polacy zostali skazani na zagładę

Atomowa wojna PRL. Polacy zostali skazani na zagładę

Test amerykańskiej broni jądrowej na atolu Bikini, 1954 r
Test amerykańskiej broni jądrowej na atolu Bikini, 1954 r / Źródło: Wikimedia Commons / fot. United States Department of Energy
Dodano 5
Związek Sowiecki zamierzał rozpocząć podbój Zachodu z obszaru Polski. Taki stan rzeczy gwarantował Moskwie zwiększenie bezpieczeństwa własnego terytorium, a Polskę wystawiał na zwielokrotnione niebezpieczeństwo ataków jądrowych ze strony wojsk NATO

Lech Kowalski

Czy ktoś z czytelników zastanawiał się nad tym, co będzie czynić w godzinie wybuchu wojny, jakie powinności przypisało mu państwo na wypadek konfliktu zbrojnego: gdzie jego miejsce, jego najbliższych, gdzie się zgłosić czy też kto zgłosi się po nas, czy będziemy ewakuowani, czy może powołani pod broń lub do kopania rowów? Kto by nami kierował w godzinie trwogi? Czy państwo będzie wyglądało jak słynne już „ch... d... i kamieni kupa”? Gdy się dowiemy, z pewnością będzie już za późno. Wiem za to, jak miały się te sprawy w PRL, gdyż w swoim czasie zajmowałem się naukowo tą problematyką, co zaowocowało książką pt. „Komitet Obrony Kraju (MON – PZPR – MSW)”.

Otóż 7 lutego 1962 r. Komitet Obrony Kraju (KOK) zatwierdził „Koncepcję organizacji i zasad funkcjonowania naczelnych i terenowych władz państwowych w okresie wojny”. Przyjęto, że w okresie zagrożenia i wybuchu wojny Sejm zawiesi działalność, a Rada Państwa będzie ją kontynuowała. Ze względów legislacyjnych chodziło po prostu o zachowanie ciągłości funkcjonowania najwyższego organu, który jednocześnie reprezentowałby państwo na zewnątrz. Niemniej to KOK i terenowe komitety obrony podejmowałyby wiążące decyzje wynikające z sytuacji zagrożenia i wojny. W tym przypadku celowo pomijam rolę LWP w tych przedsięwzięciach, gdyż Sowieci zamierzali pognać wojsko ludowe niemal w komplecie na zachód Europy celem podboju wolnego świata.

Pracą wspomnianego KOK miał kierować przewodniczący naznaczony przez Radę Państwa na wniosek Biura Politycznego KC PZPR, Prezydium NKW ZSL i Prezydium CK SD. Na to stanowisko przewidywano I sekretarza KC PZPR w towarzystwie dwóch–czterech zastępców i 10 członków z rządu. Z czasem zmieniały się zarówno te proporcje, jak i persony stojące na czele tego tworu. Chętnych nigdy nie brakowało, decydenci partyjni mieli ogromne parcie do pozostawania nadal na szczytach władzy, choć o obronności państwa nie mieli bladego pojęcia. Myślę, że nie inaczej jest dzisiaj...

W gronie wymienionego komitetu przyjęto wówczas, że decyzje polityczno-militarne będą podejmowane kolegialnie. Tymczasem kolegialność decyzji partyjnych a obronność – jak świat światem – miały i mają się nijak do dynamiki konfliktu zbrojnego. W PRL to nie był taki znowu wielki problem; cokolwiek partyjni ignoranci by popsuli, towarzysze sowieccy i tak by skorygowali masą swych wojsk. Każdy z najważniejszych decydentów komunistycznych pragnął jednak czymś kierować, by nie rzec, dowodzić. Każdy też chciał czynić to z najbardziej prestiżowego Stanowiska Kierowania (SK) - adekwatnego do piastowanej pozycji w strukturach partii. Nowe stanowiska służby miały przypominać dotychczasowe luksusowe gabinety partyjne. I to był naprawdę problem. A że były trzy kategorie Stanowisk Kierowania na wypadek konfliktu zbrojnego, to każdy z nich walczył o to z numerem jeden, a następnie o kolejne, tak na wszelki wypadek. Nie było więc końca różnym reorganizacjom strukturalnym, które miały zaspokoić próżność tego typu durni.

Schrony dla nomenklatury

Z czasem przyjęto, że w okresie podwyższonej gotowości obronnej – z wyjątkiem strukturalnego KOK i jego Sekretariatu – władze miały kierować państwem z dwóch schronów I kategorii: schronu pod budynkiem Ministerstwa Przemysłu Lekkiego w Warszawie przy ulicy Hożej i schronu pod budynkiem Ministerstwa Finansów w Warszawie przy ulicy Świętokrzyskiej. Pierwszy z nich składał się z 36 pomieszczeń mogących pomieścić 150 osób. Do schronu była doprowadzona łączność na 400 numerów połączonych siecią miejską 150-parowym kablem, a zasilanie elektryczne z dwóch źródeł poprzez transformatory z URM oraz MPL. Schron miał swój agregat prądotwórczy i jednocześnie był podłączony do stałej sieci ciepłowniczej. Ponadto miał własną kotłownię, a wodę czerpano ze zbiorników przepływowych sieci miejskiej. System kanalizacyjny połączono przez przepompownię do miejskiej sieci kanalizacyjnej.

Drugi ze schronów miał 10 pomieszczeń mogących pomieścić 100 osób. Funkcjonowanie tego schronu zabezpieczono podobnie jak w przypadku schronu pierwszego. Generalnie przyjęto, że władze partyjne różnych szczebli miały przejść do obiektów położonych w terenie nie bliżej niż 10 km od wielkich ośrodków przemysłowych, węzłów kolejowych i obiektów wojennych oraz nie bliżej niż 10–15 km od większych rzek. Przyjęto również, że stanowiska kierowania państwem nie będą lokalizowane na głównych trasach przemarszu własnych wojsk operacyjnych oraz sowieckich. Co oznaczało to samo.

W tym samym czasie na główny rejon rozmieszczenia KOK wybrano szkołę w byłym dworze Osuchów, która mogła pomieścić około 150 osób. Brano też pod uwagę – jako stanowisko zapasowe – szkołę w byłym dworze Stara Wieś (na 180 osób) i zespoły obiektów w miejscowościach Jawidz i Kijany (na 450 osób). KOK mógł również skorzystać z przygotowanych stałych rejonów i stanowisk kierowania państwem, m.in. znajdujących się w rejonie Pasymia i Zalesia (na północny zachód od Szczytna). W przyszłości główny rejon i stanowisko kierowania KOK planowano rozbudować w rejonie Gór Świętokrzyskich, dokładnie w rejonie św. Katarzyny. Znajdujące się już tu obiekty były w stanie pomieścić około 1000 osób.

Uwzględniono także wykorzystanie taboru kolejowego. Dla przewodniczącego KOK i jego zastępców miało być zarezerwowanych pięć wagonów, a dla personelu 10 działów KOK – kolejnych 10. Ponadto przewidziano 10 wagonów dla personelu zabezpieczającego działania komitetu oraz na sprzęt. W sumie liczono na 30 wagonów zestawionych w dwóch–trzech składach. Chciano także wykorzystać transport kołowy w postaci autobusów sztabowych. Przez cały okres PRL wynajdowano dla składu KOK coraz to inne rejony dyslokacji na wypadek wojny, m.in. w rejonie Gostynina, Puszczy Kampinoskiej, Nowego Miasta, Sandomierza, Jędrzejowa, Wyszkowa, Garwolina, Radzynia Podlaskiego, Zamościa, Kraśnika, Ostródy, Mrągowa czy Przasnysza. Dziwnym trafem coraz bliżej granicy wschodniej.

Kłótnie notabli

Jak wspomniano wcześniej, kłótnią w sprawie przydziału stosownych do aspiracji stanowisk kierowania dla decydentów partyjnych nie było końca. Już nie wystarczało im do dyspozycji SK nr 1, pragnęli mieć jeszcze dodatkowo SK nr 2 i nr 3 – tak na wszelki wypadek, gdyby któreś z nich zostało skutecznie zbombardowane. W latach 70. ta sprawa ponownie powróciła pod obrady KOK. W dyskusji wzięli udział: P. Jaroszewicz, E. Babiuch, M. Jagielski, W. Jaruzelski, S. Kania, F. Szlachcic, T. Pietrzak i T. Tuczapski. W tym gronie zapadły decyzje, iż w pierwszej kolejności zostaną przygotowane SK dla członków Biura Politycznego KC i Sekretariatu KC PZPR oraz Prezydium i Sekretariatu NK ZSL i Prezydium i Sekretariatu CK SD. W następnej kolejności przydziały stosownych SK miały otrzymać: Zarząd Główny ZMS, Zarząd Główny ZMW, Rada Naczelna ZSP i Główna Komenda ZHP.

Autorem najzabawniejszych uwag i protestów – co do przydziału stosownego SK – był przewodniczący ZG ZSMP Jerzy Szmajdziński (późniejszy minister ON). W piśmie do sekretarza KOK gen. Tuczapskiego stwierdził m.in.: „Pozbawienie krajowych kierownictw organizacji młodzieżowych SK nr 2 stwarza niebezpieczeństwo eliminacji centralnego sterowania ruchem młodzieżowym. W przypadku uniemożliwienia funkcjonowania ZSMP – czytamy dalej – zadania nałożone na organizację młodzieżową na okres wojny wykluczają brak możliwości szybkiego odtworzenia funkcjonowania krajowego kierownictwa ruchu młodzieżowego”.

Swoje zastrzeżenia miały też: Rada Państwa, Prezydium Sejmu, Prezydium Rządu, URM, KPpRM i inne efemerydy systemu komunistycznego. Na szczeblach terenowych było podobnie. Każdy z notabli partyjnych chciał dla siebie znaleźć jak najlepszą norkę, z której prawdopodobnie w godzinie konfliktu zbrojnego nie wyściubiłby nosa na zewnątrz za żadne skarby!


W takim razie nasuwa się kolejne pytanie: A co przygotowali decydenci partyjno-mundurowi dla ludności cywilnej, tej szarej masy bez przydziałów mobilizacyjnych? Od początku ta sprawa wyglądała tragicznie. Związek Sowiecki zamierzał rozpocząć podbój Zachodu z obszaru Polski, tu przegrupować swe milionowe armie z głębi własnego terytorium, zlokalizować wysunięte stanowiska dowodzenia szczebla strategiczno-operacyjnego oraz stworzyć bazy logistycznego zabezpieczenia ofensywy. Taki stan rzeczy gwarantował Moskwie zwiększenie bezpieczeństwa własnego terytorium, a Polskę wystawiał na zwielokrotnione niebezpieczeństwo ataków jądrowych ze strony wojsk NATO. Czy ktoś z rodzimych decydentów partyjnych tym się przejmował? Nikt, a już najmniej Sowieci. Jedynym, który dostrzegł problem, z czasem okazał się płk Ryszard Kukliński, który zwrócił uwagę Amerykanów, że nasz kraj i naród nie przetrzymają zmasowanych ataków jądrowych ze strony wojsk NATO, że obszar Polski stanie się jedną wielką pustynią nuklearną...

Polacy do zagłady

Interesujące wydają się spostrzeżenia szefa Obrony Cywilnej Kraju – sekretarza KOK – gen T. Tuczapskiego w sprawie zabezpieczenia schronowego dla mieszkańców stolicy: „W Warszawie mamy za to w niektórych dzielnicach świetnie nadające się do skrycia różne forty, stare podziemne magazyny, pamiętające jeszcze czasy carskie, a także różne stare składy z ogromnymi podpiwniczeniami. Poza tym w latach 50. w budownictwie mieszkaniowym w stolicy preferowano jeszcze przez jakiś czas budowanie większych i głębiej osadzonych pomieszczeń piwnicznych […]. Gorzej było w przypadku nowocześniejszych dzielnic Warszawy: Ursynowa, Bemowa, Gocławia. Stawiane tu wieżowce w ogóle nie nadają się do wspomnianych celów. Pomieszczenia piwniczne w przypadku tej zabudowy to gotowe grobowce, bez wejść i wyjść ewakuacyjnych. Tego typu budownictwo nie byłoby w stanie oprzeć się atakowi jądrowemu. Z tych względów dzielnice te zakładano metodą rozśrodkowania wyludnić […]. Tu na jeden kilometr kwadratowy przypadało 20 i więcej tysięcy mieszkańców. Przy rozśrodkowaniu zakładaliśmy przerzut mieszkańców stolicy w rejony podwarszawskie”.

Wypowiedź ta pochodzi z roku 1974, od tego czasu w stolicy przybyły kolejne dzielnice, chociażby wielotysięczny Tarchomin. Wzrosło zagęszczenie mieszkańców w Warszawie, a bloki z wielkiej płyty – początkowo planowane na 30 lat użytkowania – stoją nadal. Wielu specjalistów z OCK – z którymi rozmawiałem przy pisaniu wspomnianej książki – stwierdzało, iż w przypadku ataku nuklearnego na stolicę tego typu budowle będą się rozpadały niczym domki zbudowane z talii kart.

Czytaj także:
Błogosławiona bomba

Przyjmowano – w czasach PRL – iż bomba o mocy 1 Mt zrzucona na miasto wielkości Warszawy, gdyby padła, powiedzmy, w rejonie skrzyżowania ulicy Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich, spowodowałaby porażenia w promieniu 30 km od epicentrum wybuchu. Z tego wynikało, że ludność tych dzielnic należałoby wcześniej ewakuować na odległość co najmniej 40–50 km. Przy wykorzystaniu transportu trwałoby to kilkadziesiąt godzin, a pieszo przynajmniej dwa–trzy dni. Oddajmy jeszcze na moment głos wspomnianemu gen. Tuczapskiemu: „Wyliczyłem kiedyś – wspominał – że gdybym poświęcił nawet cały budżet przeznaczony na Obronę Cywilną Kraju, to i tak przy pomocy tych środków nie byłbym w stanie zapewnić bezpieczeństwa mieszkańców Warszawy, Trójmiasta czy też Krakowa. A przecież to jeszcze nie Polska. Taka była tego znikoma ilość”.

Aż strach pomyśleć, ile teraz wynosi tego typu budżet na ochronę ludności cywilnej w przypadku konfliktu zbrojnego. W trakcie dokonanego przez KOK w 1985 r. przeglądu bazy zabezpieczenia ludności i dóbr materialnych państwa odnotowano, iż na terenie kraju istniało około 17 tys. budowli ochronnych mogących pomieścić 1,9 mln osób, co stanowiło 5,1 proc. ogółu potrzeb. Poza jakimkolwiek systemem zabezpieczenia pozostawało 28 mln obywateli, w tym 8,5 mln dzieci i młodzieży. Dla załóg pracowniczych niezbędnych do podtrzymywania jakiejkolwiek produkcji w kraju – w okresie wojny – ten wskaźnik wynosił 14 proc. zabezpieczenia. Z kolei w przypadku dóbr kultury i dziedzictwa narodowego z wytypowanych do ochrony 930 takich obiektów państwowych w kraju jedynie 117 powierzono do zabezpieczenia wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom. W tym samym czasie amerykański program ochrony ludności przewidywał zabezpieczenie przed opadem promieniotwórczym dla wszystkich obywateli USA. Dania i Norwegia takie gwarancje dawała przeszło 50 proc. własnych obywateli. W Szwecji ten wskaźnik wynosił 66 proc., a w Szwajcarii – według danych z 1982 r. – przeszło 70 proc.

Jak się kształtują podobne wskaźniki w dzisiejszej Polsce, aż strach pytać. Zwłaszcza nie ma się do kogo zwrócić z tym pytaniem. Ligą Obrony Kraju – od 1993 r. – rządzi ten sam weteran mundurowy, kontynuator prehistorycznych dokonań obronnych z czasów PRL. Gdyby tak wszystkich „dziadków mundurowych” wygarnąć z miejsc istotnych dla bezpieczeństwa kraju, to wydaje mi się, że członkowie sławetnej Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) prezentowaliby się przy nich niczym młodzieńcy.

Tych problemów nie da się rozwiązać ot, tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do tego są potrzebne stosowne nakłady finansowe kontynuowane całymi latami. Dla przykładu: na etapie planów budowy metra w stolicy pierwotny koszt budowy – według danych z 1974 r. – opiewał na kwotę 12 mld zł. Kiedy skalkulowano, że gdyby chcieć zaadaptować wszystkie tunele szlakowe i międzystacyjne na potrzeby ochrony ludności, to koszt tego przedsięwzięcia musiałby wzrosnąć o 6 mld 759 mln zł, co spowodowałoby wzrost kosztów inwestycji o przeszło 55 proc. Co więc uczyniono? Zrezygnowano z tego pomysłu. Jak to się ma do dzisiejszej II nitki metra, z pewnością wie dotychczasowa prezydent Warszawy, warto o to spytać.

Mając świadomość stanu beznadziei, w połowie lat 80. wspomniany gen. Tuczapski zaproponował zebranym decydentom na obradach KOK, by już wówczas wytypować kilkadziesiąt kobiet oraz kilkunastu mężczyzn i skryć ich głęboko gdzieś pod ziemią, by po kataklizmie jądrowym w obszarze Polski, po jakimś czasie mogli wypełznąć na powierzchnię ziemi i spróbować odtworzyć polską populację ludnościową. Możliwe, że współcześni włodarze naszej ojczyzny mają inne pomysły, warto byłoby je poznać.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 8/2015
Artykuł został opublikowany w 8/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 5
  • quasimodo IP
    dlaczego zablokowano mój komentarz bo politycznie jest niepoprawny?
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 0
    • kuba18 IP
      Polska od dawna, dla Zachodu i dla Wschodu jest idealnym krajem buforowym. Na linii Wisły robi się atomową strefę śmierci i ma zabezpieczenie na jakiś czas, przez który, po zmniejszeniu się promieniowania będzie można ruszyć albo na wschód, albo na zachód, zależnie od wywalczonej w pierwszych minutach konfliktu przewagi.
      Dodaj odpowiedź 10 0
        Odpowiedzi: 0
      • Mareks IP
        "Jak to się ma do dzisiejszej II nitki metra, z pewnością wie dotychczasowa prezydent Warszawy, warto o to spytać". Ja sądzę, że jednak nic nie wie i za nic nie odpowiada.I na pewno nie jesteśmy przygotowani do działań na wielką skalę.Polska to nie USA,mam też mieszane uczucia co do przygotowania wojsk operacyjnych, do działania.
        Dodaj odpowiedź 4 0
          Odpowiedzi: 0
        • Zwykły obywatel IP
          III wojna światowa .... nie  potrafię sobie jej wyobrazić , ale  IV wojna światowa to  będzie na  maczugi . ( Albert Einstein ) .
          Dodaj odpowiedź 5 1
            Odpowiedzi: 0
          • dziadek IP
            Czyje bomby miały spaść na Polskę ?
            Dodaj odpowiedź 12 5
              Odpowiedzi: 0

            Czytaj także