HistoriaOkrutna zemsta władz PRL na zapomnianym bohaterze „Solidarności”

Okrutna zemsta władz PRL na zapomnianym bohaterze „Solidarności”

Andrzej Rozpłochowski, fot. Łukasz Kobiela
Andrzej Rozpłochowski, fot. Łukasz Kobiela
Dodano
- Straciłem prawie trzy najlepsze lata życia za kratami, ale także podupadłem na zdrowiu. W więzieniu nabyłem m. in. zwyrodnienia kręgów szyjnych i dopadła mnie okropna infekcja jamy ustnej, której nie pozwalano mi leczyć. W efekcie po wyjściu na wolność w ciągu kilku następnych lat straciłem całe swoje uzębienie, gdyż nie było już czego leczyć. Miałem wtedy dopiero 39 lat - mówi Andrzej Rozpłochowski, przywódca strajku w Hucie Katowice, w wywiadzie dla Muzeum Wspomnień - wirtualnego muzeum doświadczeń ze stanu wojennego.

PIOTR WŁOCZYK: Lech Wałęsa internowany był w stanie wojennym 11 miesięcy. Tymczasem jak komuniści zamknęli pana 13 grudnia 1981 roku, to wyszedł pan na wolność dopiero w sierpniu 1984 roku. Więzili pana prawie 3 lata...

ANDRZEJ ROZPŁOCHOWSKI: Myślę, że nie mogli mi darować przede wszystkim obalenia podstawionego szefa strajku w Hucie Katowice (HK) w sierpniu 1980 roku i zostania nowym przywódcą strajku, który wymusił zawarcie czwartego najbardziej antykomunistycznego porozumienia z rządem. Z pewnością nie mogli mi też darować dalszej działalności powstałego na bazie porozumienia MKZ Katowice. HK była sztandarowym projektem komunistów. Był to największy zakład pracy w PRL. W tym potężnym kombinacie pracowało ponad 20 tys. ludzi. Leonid Breżniew posiadał legitymację partyjną nr 1 Huty Katowice. Z ZSRS został doprowadzony prosto do huty tor sowieckiej szerokości. Dowozili nim sowiecką rudę, a wywozili wszystko, co chcieli.

Partia tyle zainwestowała w HK, a wy ją „zdradziliście” w 1980 roku. Trudno się więc dziwić, że w czasie stanu wojennego władze w szczególny sposób zainteresowały się właśnie panem.

W grudniu 1981 roku byłem członkiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, choć już od września 1980 roku współtworzyłem tymczasowe kierownictwo krajowe „S”, a do sierpnia 1981 r. dowodziłem też potężnym regionem MKZ Katowice - milion członków związku w ok. 1200 zakładach pracy, prowadząc bardzo wolnościową działalność, chyba najbardziej wówczas radykalną w kraju.

Gdzie pana dopadli 13 grudnia?

Zostałem aresztowany wczesnym rankiem na dworcu kolejowym w Katowicach. Byłem w grupie ok. 20 kolegów związkowców z „S”. Wysiedliśmy akurat z pociągu, którym wróciliśmy z ostatniego – jak się okazało – posiedzenia Komisji Krajowej „S” w Gdańsku.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

To akurat bardzo ciekawa sprawa. Uważam, że jakiś agent bezpieki w zarządzie Regionu Śląsko-Dąbrowskiego „S” przygotował wtedy na nas pułapkę. Nigdy przedtem nie kupowano nam biletów. Sami je kupowaliśmy, a następnie rozliczaliśmy je. Tymczasem akurat wtedy usłyszeliśmy, że zarząd kupi nam wszystkim bilety. Zgodziliśmy się i dzięki temu wszystkich nas mieli jak na widelcu – w jednej grupie w jednym miejscu. Wracając z Gdańska siedzieliśmy w kilku przedziałach w tym samym ostatnim wagonie. Wtedy na to nie zwróciliśmy uwagi, ale potem, już w czasie internowania, gdy było dużo czasu na myślenie, uderzyło mnie, że to nie mógł być przypadek.

Kto był w tej grupie?

W tym gronie znaleźli się liderzy śląsko-dąbrowskiej „S”. M.in. Tadeusz Jedynak i Leszek Waliszewski, przewodniczący zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Zeszliśmy z peronu do przejścia podziemnego. Naprzeciw nas pojawiła się ok. 20-osobowa grupa mężczyzn, która szła wprost na nas. Już wiedziałem, że będzie „ciekawie”.

Pamiętam, że wraz z Leszkiem Waliszewskim, wracając z Gdańska, zastanawialiśmy się w pociągu, czy „władza ludowa” zrobi coś z „Solidarnością”. Bo przecież wiadomo było, że po pacyfikacji Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej atmosfera coraz bardziej gęstniała.

Czuć było, że będą chcieli konfrontacji, ale myśleliśmy raczej, że władza da sobie jakieś specjalne uprawnienia. Nikt nie spodziewał się wojny z narodem!

Byli grzeczni?

Nie. Szef tej esbeckiej grupy od razu podszedł do mnie. Potwierdził, czy to ja jestem Rozpłochowski i przez kurtkę dał znać, że ma broń. Powiedział: „Jak się sku***synu ruszysz, to cię zastrzelę”. Miałem wrażenie, że przede wszystkim chcieli zgarnąć właśnie mnie.

Wiadomo, że Lech Wałęsa uważał pana za ekstremistę, który stawia zbyt daleko idące żądania. Do dziś krążą o panu wśród byłych opozycjonistów legendy na temat pieprzu i soli, które miał pan proponować działaczom PZPR, żeby łatwiej przyszło im zjedzenie swoich legitymacji partyjnych.

Tak, władze na pewno wiedziały, jak bardzo antykomunistyczną działalność prowadziłem. Dla niektórych był to ekstremizm, ale dla mnie było to po prostu zwykłe domaganie się wolności.

Nie pamiętam już dokładnie, co ten esbek mówił zatrzymując mnie, bo to były przecież wielkie emocje. Pamiętam natomiast, że dostaliśmy gazem w usta.

Stawialiście opór?

Jaki to mógł być opór? Ktoś od nas krzyknął coś w stylu: „Ludzie, pomocy! Solidarność aresztują!”. Ale wydarzenia toczyły się błyskawicznie. Od razu się rzucili na nas z gazem. Wzięli nas pod pachy, szturchali bronią. Przez te emocje nie pamiętam już, jak i czym nas przewieźli na teren komendy wojewódzkiej MO w Katowicach. Więzili mnie tam pierwsze dwa miesiące.

Poczuł się pan wtedy „rozdeptany” przez władzę? Chyba większość społeczeństwa ogarnęła wtedy apatia.

Nie, raczej odwrotnie. Byłem wzburzony, naładowany energią, gotowy do działania. „Chcecie walczyć? To będziemy walczyć! Złamaliście umowy z „Solidarnością”, nic się nie zmieniliście od 1944 roku” - tak wtedy myślałem.

Ustąpiło to w końcu miejsca poczuciu zrezygnowania?

Przez te prawie trzy lata nie było u mnie ani jednego dnia zwątpienia. Chociaż to prawda, że generalnie społeczeństwo miało doła. Oczywiście ja nie byłem jedynym, który nie podupadł na duchu. Wielu ludzi „Solidarności” nie przestawało walczyć mimo stanu wojny z narodem.

Zanim przejdziemy do pańskich doświadczeń z okresu internowania, wyjaśnijmy krótko, jak to się stało, że trafił pan właśnie do HK.

W momencie wybuchu strajku w sierpniu 1980 r. byłem maszynistą lokomotyw spalinowych. Pracowałem na przewozach wewnętrznych w hucie w rejonie stalowni. Do HK przybyłem, jak tysiące innych młodych Polaków, zwabiony obietnicą otrzymania mieszkania. Nie dostałem jednak żadnego mieszkania, bo już wcześniej, w wojsku, robiłem komunie problemy. Odmówiłem wtedy wstąpienia do PZPR, krytykowałem inwazję na Czechosłowację i od tamtej pory ciągnął się za mną „ogon”.

W sierpniu 1980 r. zostałem przywódcą strajku w Hucie Katowice, a także byłem sygnatariuszem zawartego tam porozumienia. Było to czwarte wielkie porozumienie, po Stoczni Gdańskiej, Stoczni Szczecińskiej i kopalni Manifest Lipcowy w Jastrzębiu-Zdroju. Jednak tylko od nas 6 września 1980 r., 11 dni przed utworzeniem "Solidarności", wyszedł apel do ludzi pracy z całej Polski, by budować jedną ogólnokrajową organizację związkową pod jednym przywództwem. Nic mi nie wiadomo, aby Gdańsk, Szczecin i Jastrzębie wydały podobny dokument.

Co się działo w HK latem 1980 r.?

To była euforia. I to najdelikatniej mówiąc. Trzy czwarte załogi to byli bardzo młodzi ludzie i trzy czwarte popierało „Solidarność”. Czuć było poczucie misji, że tworzymy historię, że dzieją się rzeczy nowe, a Polska już nie będzie taka, jak wcześniej. To był czysto robotniczy strajk i potrzebni nam byli dobrze znający się na prawie doradcy, dlatego zwróciliśmy się ze stosownym apelem do kurii biskupich. Proszę pamiętać, że inaczej niż np. w Gdańsku, do nas nie wpuszczano dziennikarzy. Odmiennie niż było to w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu, naszemu strajkowi i zawieraniu porozumienia nie towarzyszyły kamery i aparaty zawodowych dziennikarzy. Nie znajdzie pan żadnego takiego materiału, a to świadczy o tym, że nasze wydarzenia odmiennie od tamtych, od samego początku skazano na próbę wymazania ze społecznej pamięci. Ponadto Stocznia Gdańska, Stocznia Szczecińska, czy kopalnia Manifest Lipcowy z Jastrzębia-Zdroju, leżą w środku miast. Huta Katowice natomiast położona jest poza miastem, wówczas jeszcze usytuowana była głęboko na terenach polnych i po wykarczowanych lasach. Nikt nie podchodził pod bramę, byliśmy odcięci od reszty społeczeństwa.

A mimo to przystąpiliśmy do budowy wolnych związków zawodowych, kiedy jeszcze nikt nie myślał o „Solidarności”. Jako pierwsi w Polsce zaczęliśmy tworzyć już w nazwie niezależny samorządny związek zawodowy z tymczasową siedzibą w HK. Myślę, że śmiało można powiedzieć, iż to, co działo się w 1980 r. w HK, miało najbardziej antykomunistyczny charakter spośród wszystkich wielkich zakładów w PRL.

Wróćmy do pierwszego miejsca pańskiego internowania – komendy wojewódzkiej MO w Katowicach.

Trzymali nas zawsze w przeładowanych celach. W dwuosobowych celach było nas nawet po kilkanaście osób. To była sama „Solidarność”. Spaliśmy pokotem na betonie, było zimno i brudno.

Czego od pana chcieli?

Przesłuchiwali mnie, nakłaniali do udzielenia wywiadu w mediach.

Żeby powiedział pan, że „Solidarność” była błędem?

Oczywiście, chcieli, żebym złożył samokrytykę i powiedział, że działaliśmy niezgodnie z prawem. Nie bili mnie, natomiast stosowali różne chwyty psychologiczne. Wyzywali mnie, wywierali presję w czasie wielogodzinnych przesłuchań. Po tych dwóch miesiącach przewieźli mnie do więzienia w Zabrzu-Zaborzu. Siedziałem tam do przełomu lipca/sierpnia 1982 roku. To więzienie było największym na Śląsku obozem internowania ludzi „Solidarności”.

Panował tam pełen zamordyzm. Były próby narzucenia nam regulaminu dla więźniów kryminalnych. Bojkotowaliśmy to. Ignorowaliśmy te wszystkie ich poranne apele, stawanie w szeregach, odliczanie… Wywalczaliśmy wtedy faktami dokonanymi dłuższe spacery, czy otwarte cele. Generalnie wyszarpywaliśmy im szersze prawa, chociaż i tak spotykały nas różne represje, jak choćby ograniczanie kontaktu z bliskimi czy zabieranie paczek.

Ale na pewno w tym wszystkim były też piękne obrazki...

Każdego 13. organizowaliśmy miesięcznice. Konspiracyjnym sposobem robiliśmy w puszkach po konserwach znicze z tłuszczów spożywczych. Wieczorem w świetlicy stawaliśmy cały obozem i ustawialiśmy w kratach te nasze znicze. Ludzie mieszkający w sąsiednich budynkach wspominali po latach, że słyszeli nasze śpiewy. Naszą najsłynniejszą pieśnią było: „My internowani, w Zabrzu zatrzymani”... na melodię „Pierwszej Brygady”:

Zaborze – to skazańców nuta
Zaborze – to więzionych los
Zaborze – to związkowców buta
Zaborze – to ekstremy głos

Refren: My, internowani,
w Zabrzu zatrzymani.
Na stos rzuciliśmy
Swój życia los, na stos, na stos.

Mówili, żeśmy stumanieni
Nie wierząc w to, że chcieć to móc.
Lecz trwaliśmy osamotnieni
A przeciw nam był Albin Buc.

Refren

Nie chcemy dziś od was uznania
Ni waszych łez, ni waszych słów.
Skończyły się dni kołatania
Do pustych serc, do ciemnych głów.

Refren

Jak wyglądała u was opieka medyczna? Ze wspomnień wielu internowanych wynika, że ludzie masowo tracili wtedy zdrowie...

Sprawy zdrowotne wyglądały wręcz dramatycznie. Nad dwoma barakami więziennymi, w których przetrzymywani byli internowani, przechodziła linia wysokiego napięcia (jest ona tam do dziś). Po jakimś czasie zaczęło to powodować, że kolejne osoby zgłaszały problemy z sercem, dochodziło do zasłabnięć. Pogotowie wywoziło internowanych do szpitali.

Również mnie to spotkało, ale ja akurat traktowałem to jako okazję do ucieczki. Nie dane mi było jednak spróbować uciec, bo już na początku mojej hospitalizacji grupa zomowców z bronią maszynową wywlokła mnie z łóżka w szpitalu cywilnym w Zabrzu i przewiozła do szpitala MSW w Katowicach. Cały czas byłem pilnowany.

Musiał mieć pan ciekawych sąsiadów.

To prawda. Na korytarzach pełno chorych esbeków, milicjantów, ormowców… Nie mogłem pójść spokojnie do łazienki, bo mnie atakowali fizycznie, wyzywali. Oczywiście „mój” wartownik w ogóle na to nie reagował. W takich warunkach ucieczka była niemożliwa.

Po paru dniach wróciłem do więzienia w Zabrzu-Zaborzu. Do końca lipca 1982 roku większość z nas wypuścili. Na koniec została nas grupa ok. 20 osób. Zapakowali nas do suk milicyjnych i wywieźli do Grodkowa do starego więzienia. Zebrali tam ludzi „Solidarności” z innych więzień i wysłali nas wszystkich w Bieszczady.

Z Bieszczadami i stanem wojennym większości Polaków kojarzy się pewnie rządowy ośrodek w Arłamowie, gdzie internowany był Lech Wałęsa.

Arłamów to był luksusowy rządowy ośrodek wypoczynkowy. Internowanie tam Wałęsy było żartem. Nas przewieźli do więzienia w Uhercach. I znowu to samo, co poprzednio: walka z klawiszami o godność, o status więźniów politycznych, o swobody. Oni oczywiście nie chcieli o tym słyszeć i traktowali nas gorzej niż kryminalnych.

Gorzej, czyli jak?

Kryminalnych nie wzywa się co i rusz na przesłuchania, nie dręczy się poprzez odmawianie widzeń, odbieranie paczek. Ostro z nami pogrywali, ale my byliśmy jeszcze ostrzejsi. W końcu pękali. Wywalczyliśmy otwarte cele, możliwość odwiedzania się w ciągu dnia, przebywanie do południa na placu.

To był sierpień, zaraz mieliśmy drugą rocznicę porozumień, więc uszyliśmy konspiracyjnie sztandar „Solidarności”. Mieliśmy piękną uroczystość. Wszyscy internowani zebrali się na boisku na uroczystym apelu. Ja zostałem na bloku, ponieważ miałem wywiesić ten sztandar na zewnątrz.

Tymczasem władze więzienia ściągnęły do nas zomowską atandę. Zomowcy ruszyli na „Solidarność”, zaczęli chłopaków wywlekać z boiska do bloków więziennych.

Ja cały czas stałem w oknie ze sztandarem w ręku. To było na pierwszym piętrze. W pewnym momencie widzę, jak jakiś zomowiec zaczyna się wspinać z parteru, żeby wyrwać sztandar.

Pozwolił pan na to?

Nie. Nie wiem, jakich dokładnie słów wtedy użyłem, ale jakimś cudem przemówiłem mu do sumienia. Myślę, że mogłem powiedzieć coś w rodzaju: „My nie jesteśmy przestępcami. Chcemy tylko, żeby w Polsce była demokracja i wolność, żeby wam też było lepiej”. Ten człowiek odpuścił i zszedł na dół... Zomowcy przez ten czas powynosili siłą ludzi z placu apelowego. Tak się skończyła nasza uroczystość. Ukryliśmy sztandar i przy najbliższej okazji przemyciliśmy go na zewnątrz.

Jakim cudem?

Dzięki pewnemu księdzu. Wywalczyliśmy już wtedy Msze Święte w każdą niedzielę. W świetlicy zorganizowaliśmy kaplicę. Po Mszy Świętej ksiądz schował sztandar pod sutanną i zawiózł go do Częstochowy.

I można go tam dziś oglądać?

Nie. Niestety niektórzy zaczęli się burzyć, że sztandar ma wrócić. I znów, za pośrednictwem księdza, sztandar wrócił do więzienia. Ledwo się u nas pojawił i przyjechała do nas zomowska atanda. Szli od celi do celi aż go znaleźli. Zapędzili nas na korytarz, ustawili pod ścianami. Od zomowców cuchnęło wódą. Rozerwali ten sztandar, podeptali go. Serce się kroiło…

23 grudnia 1982 roku zostało nas w Uhercach tylko kilku ostatnich internowanych. Zaprowadzili mnie pod bramę, a tam z kolei jacyś cywile mnie odebrali, zakuli w kajdany, wepchnęli do cywilnego fiata i wywieźli do Warszawy do siedziby MSW.

Miał pan jeszcze jakieś złudzenia?

Nie miałem żadnych złudzeń. Skoro nie wyszedłem razem z resztą kolegów, to wiedziałem, że o coś mnie oskarżą i będę dalej więziony. I tak się stało. Stanąłem przed prokuratorem Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Przecież to takie oczywiste, że cywilny działacz „Solidarności” staje przed wojskowym prokuratorem… Po nieudanej próbie przesłuchania, zostałem oskarżony o „próbę obalenia przemocą ustroju PRL i próbę podważenia jego mocy obronnych”.

Ile za to groziło?

Od 10 lat do kary śmierci włączenie. Był to art. 123 KK.

Ale chyba mimo wszystko nie dopuszczał pan do siebie myśli, że za „Solidarność” dostanie pan karę śmierci?

Niczego już nie wykluczałem. Wiedziałem w czyich rękach byłem… Prokurator powiedział, że jestem aresztowany na 3 miesiące. Wywieźli mnie na Rakowiecką do słynnego więzienia.

Po latach patrzy pan na to jako pewnego rodzaju zaszczyt?

To był wielki zaszczyt. Tym bardziej, że uwięzili mnie w tym samym bloku, w którym trzymali m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego i gen. Emila Fieldorfa Nila. Spędziłem tam prawie dwa lata. Cały czas w śledztwie, tymczasowo aresztowany. Ale nie byłem w tym sam. Okazało się, że w takiej samej sytuacji było jeszcze sześciu innych członków władz krajowych „Solidarności”. Poza mną na Rakowieckiej uwięzieni byli wówczas Marian Jurczyk, Seweryn Jaworski, Jan Rulewski, Grzegorz Palka, Andrzej Gwiazda i Karol Modzelewski. Obok nas siedziało kierownictwo KOR-u. Było ich czterech: Jacek Kuroń, Adam Michnik, Henryk Wujec i Zbigniew Romaszewski. Tak wyglądała czołowa jedenastka więźniów politycznych PRL w l. 1982-84.

Presja nie ustawała?

Nie. Pewnego dnia zostałem doprowadzony przed oblicze nieznanych mi esbeków. Przesłuchiwali mnie na najwyższym piętrze tego więzienia, tam, gdzie trzydzieści lat wcześniej przesłuchiwali żołnierzy wyklętych. Człowiek, który mnie przesłuchiwał powiedział krótko: „No widzisz, sku***synu, w 24 godziny nakryliśmy was czapkami”... Czekali na moją reakcję. Chcieli mnie sprowokować do agresji, ale nie dałem im pretekstu. Poszturchiwali mnie, ale ani słowem się nie odzywałem. Przetrwałem te wszystkie szyderstwa, wyzwiska. Ich perfidia nie znała granic.

To znaczy?

Musieli się jakoś dowiedzieć, że od dziecka mam awersję do pająków. Któregoś dnia, po powrocie do celi z przesłuchania, na ścianie odkryłem kilka dużych czarnych pająków… Zmroziło mnie. Chwyciłem za chodaka i walnąłem pierwszego z brzegu. Wie pan, że to był plastikowy pająk?

O perfidii SB może pan chyba powiedzieć bardzo wiele. Bezpiece udało się przecież złamać jedną z najbliższych panu osób, chociaż na szczęście ta „współpraca” nie była z jej strony zbyt aktywna.

Komuniści byli zdolni do najgorszych zachowań, ale wolałbym tego wątku już nie rozwijać. Wyjaśniliśmy to już sobie i chciałbym te bolesne sprawy zostawić za sobą.

Na Rakowieckiej siedziałem na ogół ze zwykłymi kryminalnymi, bo naszą polityczną jedenastkę izolowali od siebie nawzajem. Jednak wiosną 1984 roku wokół nas zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Któregoś dnia zaprowadzili mnie na spotkanie z człowiekiem, który został mi przedstawiony jako dyrektor gabinetu sekretarza generalnego ONZ. Przedstawił mi propozycję: jeżeli zgodzę się na wyjazd z Polski, to natychmiast zostanę wypuszczony z więzienia i będę mógł się wybrać do dowolnego kraju na świecie. Ten dyplomata pozwolił sobie wtedy na żart: „Może pan nawet wyjechać do Związku Sowieckiego, jeżeli będzie pan chciał”. Zaoferowano mi dom, pracę, studia i pieniądze na start. Oczywiście odmówiłem. Podobną propozycję usłyszało pozostałych 10 członków jedenastki.

Potem przyszła druga propozycja, zupełnie innego charakteru: jeżeli zobowiążemy się wobec prymasa Polski kardynała Józefa Glempa, że zaprzestaniemy działalności lub zgodzimy się wyjechać na pewien czas za granicę, to nas wypuszczą. Tę propozycję przedstawiali nam czołowi doradcy „S”. Najbardziej aktywny był na tym polu Tadeusz Mazowiecki.

I wreszcie najdziwniejsza sprawa. Propozycję tą otrzymałem nie na terenie więzienia, tylko poza nim. Wyprowadzili mnie z celi na dziedziniec, zapakowali do suki, w której siedział już Seweryn Jaworski. Wywieźli nas za Warszawę. Widać było, że wjeżdżamy do lasu. Oczywiście byliśmy w asyście uzbrojonych strażników. Zatrzymaliśmy się w końcu. Wcześniej obaj się pomodliliśmy – widziałem, jak Seweryn się żegna. Ja też się przeżegnałem.

Naprawdę myśleliście, że to już koniec?

Tak. Dzisiaj to inaczej wygląda, ale wtedy mieliśmy takie właśnie odczucia. Objęliśmy się, pożegnaliśmy się ze sobą. Drzwi suki otworzyły się i kazali Sewerynowi wyjść. Zamknęli za nim drzwi. Zostałem w środku sam. Za jakiś czas drzwi się otworzyły i rozkazano mi wyjść. Staliśmy na polanie. Jakiś głos kazał mi iść przed siebie. Za drzewami migały mi jakieś sylwetki. Szedłem z myślą, że Seweryn być może już nie żyje. Prawdę mówiąc czekałem na strzał. To są przeżycia niepowtarzalne. Myślę, że do pewnego stopnia rozumiem, co mogli czuć nasi oficerowie prowadzeni katyńskim lasem.

Jakiś inny głos powiedział do mnie po drodze: „wejdź do tego budynku”. Myślałem, że zabiją mnie w środku. Trudno to dobrze opisać po latach. W środku otwierały się przede mną kolejne drzwi. W pokoju na kanapie siedział... Tadeusz Mazowiecki. Myślałem, że się przewrócę z tych emocji… Obok siedział też Seweryn Jaworski, który był już po rozmowie. Widać było, że był bardzo zdenerwowany. Mazowiecki z uśmiechem powiedział: „Panie Andrzeju, mam dla pana pewną propozycję”...

Co było na stole?

Powiedział, że w imieniu prymasa Polski ma dla nas propozycję, która została ustalona z rządem. Odrzuciłem ją i zapytałem Mazowieckiego, jak nas tak może traktować? Przecież my nie byliśmy przestępcami, terrorystami. Powiedział, że jeszcze się spotkamy. I faktycznie – za jakiś czas znowu nas wywieźli z Rakowieckiej suką w to samo miejsce na podobne spotkanie. Tym razem obok Seweryna Jaworskiego, zobaczyłem jeszcze Karola Modzelewskiego. Znowu powiedzieliśmy „nie”. Usłyszeliśmy jednak, że to nie koniec spotkań.

Na trzecim takim spotkaniu była nas dziewiątka. Brakowało Adama Michnika, który odmawiał wszelkich kontaktów. Grał człowieka bezkompromisowego. Twierdził, że to prowokacje. Do celi wpuszczano mu Jacka Kuronia, który namawiał go do uczestniczenia w spotkaniach. Normalnie takie rzeczy tam się nie zdarzały. Myślę, że to była jakaś gra w oczekiwaniu na Okrągły Stół. Ktoś mu pomagał wyrobić sobie rzekomo wielki autorytet. Brakowało też Mariana Jurczyka, który był wtedy ciężko chory w więziennym szpitalu.

Poza nami obecna była jeszcze grupa ponad 20 czołowych doradców „S”. Pod ścianą stał szwedzki stół z frykasami, który tak kontrastował ze świństwami, jakimi karmiono nas Rakowieckiej. Myślę, że mocno bym się pochorował, jeżeli sięgnąłbym wtedy, z tak zniszczonym żołądkiem, po to wykwintne jedzenie. Namawiali nas, żebyśmy dali sobie spokój z oporem i skorzystali z oferty.

Ostatecznie naszą jedenastkę komuna wypuściła latem 1984 roku na mocy pseudoamnestii. Ja wyszedłem jako jeden z ostatnich na początku sierpnia 1984 roku.

Jak się panu siedziało z ludźmi, którzy dziś politycznie są już po drugiej stronie barykady?

Prawie cały okres uwięzienia na Rakowieckiej byliśmy izolowani od siebie. Dopiero pod sam koniec, tuż przed zwolnieniem, naszą jedenastkę zaczęli łączyć w celach. W ten sposób „dodano” do mnie do celi Seweryna Jaworskiego. Po zwolnieniu Seweryna przenieśli mnie do celi z Henrykiem Wujcem i Zbigniewem Romaszewskim. Siedzieliśmy zgodnie, nie żarliśmy się (śmiech).

Podliczmy to wszystko. Jaką cenę zapłacił pan za „Solidarność”?

Straciłem prawie trzy najlepsze lata życia za kratami, ale także podupadłem na zdrowiu. W więzieniu nabyłem m. in. zwyrodnienia kręgów szyjnych i dopadła mnie okropna infekcja jamy ustnej, której nie pozwalano mi leczyć. W efekcie po wyjściu na wolność w ciągu kilku następnych lat straciłem całe swoje uzębienie, gdyż nie było już czego leczyć. Miałem wtedy dopiero 39 lat…

O znalezieniu pracy nie było oczywiście mowy?

Absolutnie nie. Żyłem dzięki wsparciu ze strony ludzi „Solidarności”, Kościoła i darów z Zachodu. Było bardzo ciężko, ale nie zostawiono mnie wtedy w potrzebie. Poza tym nie przestawałem prowadzić jawnej i konspiracyjnej działalności niepodległościowej, będąc poddawany dalszym represjom.

Ale gdy dochodziło do rozmów okrągłostołowych, nie było już pana w Polsce...

W styczniu 1988 roku musiałem wyjechać do USA, żeby leczyć żonę. W warunkach peerelowskiej służby zdrowia nie miałaby ona szans. W Ameryce spędziłem dwadzieścia dwa lata. Z wielkim niepokojem i krytyką przyglądałem się stamtąd Okrągłemu Stołowi i temu, co działo się potem. Pisałem o tym artykuły w czołowej prasie polonijnej. Gdybym był na miejscu, nigdy nie usiadłbym do tego typu negocjacji z komunistami i robiłbym wszystko, by powstrzymać takie gry, które przez następne lata umożliwiały nierozliczenie komunizmu i komunistów oraz okradanie i niszczenie Polski.

Andrzej Rozpłochowski (ur. 1950 r.) w czasie PRL był działaczem opozycji, jednym z twórców śląskiej "Solidarności". W 1980 roku kierował strajkiem w Hucie Katowice. W l. 1981-1984 był więźniem politycznym.


Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

/ pwł
O północy z piątku na sobotę (19 na 20 października) rozpoczyna się cisza wyborcza [Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę (21 października). Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.

Czytaj także