HistoriaTajemnicza śmierć w stanie wojennym. Co się stało ze Stanisławem Królikiem?

Tajemnicza śmierć w stanie wojennym. Co się stało ze Stanisławem Królikiem?

Stan wojenny. Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. mają gwałtowny przebieg. Manifestacje uliczne gromadzą wielotysięczne tłumy. Interweniuje ZOMO
Stan wojenny. Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. mają gwałtowny przebieg. Manifestacje uliczne gromadzą wielotysięczne tłumy. Interweniuje ZOMO / Źródło: PAP / fot. Teodor Walczak
Dodano 3
Określenie „ofiara stanu wojennego” nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. O ile w przypadku górników z „Wujka”, protestujących z Lubina czy Grzegorza Przemyka to sformułowanie nie budzi wątpliwości, o tyle można znaleźć wiele innych historii, w których wina aparatu represji nie jest tak łatwa do udowodnienia. Przykładem takich niedopowiedzianych, a tragicznych losów jest tajemnica ucieczki Stanisława Królika.

Dr hab. Patryk Pleskot

Stanisław Królik, 39-letni pracownik firmy „Fotooptyka” w Warszawie, wyszedł z pracy jak zwykle o godz. 17.00 i udał się wraz ze swym kolegą Piotrem Krawczykiem na przystanek autobusowy na Krakowskim Przedmieściu, przy Uniwersytecie Warszawskim. Zamierzał wrócić stąd do domu autobusem linii nr 116. Rozglądał się wokoło z niepokojem – nie był to bowiem zwykły dzień, lecz 10 listopada 1982 r., kiedy to na warszawskie ulice, na wezwanie Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej „Solidarności”, wybiegli demonstranci protestujący przeciw delegalizacji NSZZ. Choć mobilizacja nie była duża, milicja nie zamierzała zastosować taryfy ulgowej. Wchodząc na Krakowskie Przedmieście, dwaj robotnicy zetknęli się z demonstrantami.

W chwili, gdy Królik z Krawczykiem znaleźli się pod pomnikiem Kopernika, nagle od strony Starówki nadjechały samochody milicyjne na sygnałach. Z jednej nysy wystrzeliwano petardy gazowe. Wielu protestujących i przechodniów wpadło w popłoch i zaczęło uciekać. Królik i Krawczyk wraz z innym ludźmi schronili się w bramie przy Krakowskim Przedmieściu nr 6. Z nysy poleciały w ich kierunku petardy dymne. Królik postanowił uciekać dalej, a Krawczyk pobiegł za nim, w głąb bramy, w kierunku wewnętrznych podwórek. Obaj wskoczyli na dach budynku przylegającego do muru znajdującego się na wprost bramy, zeskoczyli po drugiej stronie, przebiegli przez podwórko i zbliżyli się do krawędzi daszka usytuowanego nad zamkniętymi drzwiami w kolejnym budynku, chcąc przedostać się na drugie podwórko.

Pęknięta czaszka

Królik chwycił rękami za krawędź daszka, tyłem do podwórza, na które zamierzał przejść i zawisł na rękach. Zachęcił Krawczyka, by zrobił to samo, i – skoczył. Zeskoczywszy, usiadł, powiedział coś niewyraźnie i nagle przewrócił się na lewy bok.

Przestraszony Krawczyk nie skoczył i postarał się możliwie jak najszybciej wezwać pogotowie. Znalazł aparat telefoniczny w Domu Turysty przy ul. Oboźnej. Karetka przyjechała od ul. Browarnej przez specjalnie otwartą dla niej bramę. Lekarz pogotowia stwierdził, że Królik doznał urazu czaszki. Ranny został zabrany do szpitala, gdzie stwierdzono wystąpienie krwiaka i pęknięcia czaszki. Mimo wysiłków lekarzy Stanisław Królik zmarł 16 listopada 1982 r.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Gdzie w tej historii kryje się tajemnica? Młody mężczyzna nieszczęśliwie upadł i w efekcie stracił życie. Dlaczego więc w opracowanej przez Instytut Pamięci Narodowej wystawie pt. „Ofiary stanu wojennego” znalazło się jego zdjęcie, pośród takich osób, jak Emil Barchański czy Grzegorz Przemyk? Otóż w tej z pozoru prostej, choć smutnej historii, kryje się wiele zagadek.

Po pierwsze: znamy praktycznie tylko wersję wydarzeń zapamiętaną przez Krawczyka. Tymczasem sekcja zwłok wykazała dalsze obrażenia na czaszce, a także na prawym pośladku, w okolicy krzyżowej, na grzbiecie i w kroczu. Wydaje się mało prawdopodobne, że wszystkie te rany mogły powstać jedynie w czasie zwykłego zeskoku. Może części urazów zmarły nabawił się podczas wcześniejszej fazy ucieczki? Czy zresztą podczas sekcji wykryto wszystkie obrażenia?

Po drugie: śledztwo w sprawie było prowadzone bardzo opieszale, niechętnie. Nie zamierzano praktycznie przeprowadzać czynności śledczych, zadowalając się stwierdzeniem nieszczęśliwego wypadku. Rodzinie z trudem udało się uzyskać przedłużenie postępowania. Dopiero w marcu 1983 r. – niemal pół roku po zgonie – prokuratura zdecydowała się na przepytanie osób mieszkających w pobliżu miejsca zdarzenia. Poza tym ograniczono się do ustalenia personaliów członków załogi milicyjnej nysy. Było to zastanawiające działanie: skoro miał to być tylko wypadek, skąd pomysł na przepytanie załogi pojazdu? W ten sposób aparat partyjno-państwowy mimowolnie kierował podejrzenia w tę stronę.

Ostatecznie jednak już w maju 1983 r. śledztwo zostało umorzone stwierdzeniem, że między wyjściem z pracy a fatalnym zeskokiem nie doszło do bezpośredniego kontaktu zmarłego z funkcjonariuszami MO.

Skąd się wzięły rany?

Sprawa odżyła w momencie transformacji ustrojowej, po powstaniu słynnej Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW, zwanej „komisją Rokity”. Członkowie komisji podali w wątpliwość oficjalne uzasadnienie umorzenia sprawy z 1983 r. Zauważono, że ekspertyza Zakładu Medycyny Sądowej nie była pełna. Zwrócono uwagę na znamienny fakt, że ekspertyzy wynikało, iż obrażenia na ciele Królika były wynikiem więcej niż pojedynczego urazu. Gdzie zatem mógł dorobić się tych dodatkowych obrażeń? W każdym razie okazało się, że ani biegli, ani komunistyczna prokuratura nie wyjaśniła ówcześnie okoliczności powstania każdej z ran.

Czytaj także:
Okrutna zemsta władz PRL na zapomnianym bohaterze „Solidarności”

W raporcie końcowym „komisji Rokity” nie zdecydowano się na sformułowanie konkretnego oskarżenia pod czyimkolwiek adresem. Trzeba też przyznać, że wątpliwości, jakie budzi zgon Królika, to wciąż za mało, by bez wahania obarczyć aparat represji bezpośrednią winą za tę śmierć. Obrońcy wersji z wypadkiem mogą przy tym argumentować, że przecież sam Piotr Krawczyk, naoczny świadek, nie wspominał o ewentualnym pobiciu. Argument ten łatwo jednak obalić: wydaje się logiczne, że mężczyzna poważnie by się zastanowił, zanim zacząłby głosić winę zomowców i milicjantów. Czy był zastraszany i dlatego ukrywał niewygodne dla MO fakty? Tego nie wiemy, nie można jednak tego wykluczyć. Takie zastraszanie na pewno zastosowano wobec Huberta Iwanowskiego, jedynego świadka ostatnich chwil życia Emila Barchańskiego, który stracił życie pięć miesięcy przed Stanisławem Królikiem.

Jedno w całej sprawie jest jednak pewne: gdyby nie interwencja ZOMO i działanie milicyjnej nysy, Królik nie rozpocząłby swej ucieczki i nie stracił życia. W ten sposób aparat represji PRL jest przynajmniej pośrednio odpowiedzialny za tę śmierć, a młody robotnik może być uznany za ofiarę stanu wojennego. Dzisiaj nie możemy jednak z całą pewnością potwierdzić opisu zdjęcia Stanisława Królika z wzmiankowanej wystawy „Ofiary stanu wojennego”, w którym znalazły się słowa: „czekał na autobus na przystanku przy Uniwersytecie” i tam „został pobity przez milicjantów rozpędzających demonstrantów”.

Autor jest historykiem z IPN.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

/ pwł
 3
  • Hihihi IP
    Siepacze Błaszczak porazili go paralizatorem
    Dodaj odpowiedź 1 2
      Odpowiedzi: 0
    • GERWAZY IP
      NA TYM ZDJECIU Z PALAMI RODZICE DZIESIEJSZEJ SMIETANKI i WYBORCOW -PZPR-SLD-PO-NP !!!
      SMUTNE ALE PRAWDZIWE
      Dodaj odpowiedź 7 0
        Odpowiedzi: 0
      • esejendiej IP
        Już byłem w więzieniu i tam mnie dopadło to co Jaruzel z wroną ogłosił a Królika skoro zomowcy nie pobili pałami milicjanty strzelając trafili w głowę człowieka Był w szoku uciekając po zeskoku dopadła go śmierć Czaszka nie pęka prędzej noga
        Dodaj odpowiedź 9 1
          Odpowiedzi: 0

        Czytaj także