Historia„Będą nas wywozić do Sowietów!"

„Będą nas wywozić do Sowietów!"

Tarcze milicyjne z Europejskiego Centrum Solidarności
Tarcze milicyjne z Europejskiego Centrum Solidarności / Źródło: Wikimedia Commons / Wojciech Pędzich
Dodano 6
Granica z Sowietami bliska. Wśród nas, świeżo aresztowanych, mówiono, że będą nas wywozić do Sowietów. Że już za kilka dni. Że jeszcze przed Świętami. Strach, czy zobaczymy się z rodzinami. Ten strach pamiętam do dziś.

Pracowałem jako główny specjalista ds. BHP i PPOŻ w PGR w Wydminach. Do osiągnięć zawodowych zaliczam dwukrotnie ogłoszenie mnie najlepszym specjalistą BHP w Polsce północnej w roku 1979 i 1980. Nagradzano mnie finansowo, dyplomy, puchary (puchary ładne, gliniane).

Zamknięto mnie w areszcie milicyjnym, na dołku, 14 grudnia 1981 r. Brutalnie wzięto mnie z pracy w Wydminach, z samego rana w poniedziałek, około godziny 8:00. Groźbą użycia siły oderwano od biurka. Do aresztu w Giżycku przewieziono mnie wołgą w asyście trzech cywili, mundurowy wysiadł przed posterunkiem milicyjnym w Wydminach. W budynku milicyjnym rewizja osobista z rozbieraniem się do naga. Bardzo upokarzające. Cela więzienna, obszerna, łoże drewniane, nic do przykrycia na noc. W nocy więc zimno. We wtorek już byłem podziębiony. Gardło, nos. Dwie noce w tej celi spędziłem sam.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Do pracy wziąłem z domu dwie kanapki, które trzymałem w torbie skórzanej. Zabrano mi wszystko przed wprowadzeniem do celi. Nie mogłem więc zjeść tych kanapek. Byłem głodny przez poniedziałek, wtorek aż do środy wieczorem. Dopiero w więzieniu w Suwałkach zjadłem straszliwy chleb. Była tam w celi na stole tzw. maryśka czyli coś w rodzaju margaryny oraz kawałki, resztki chleba. Margaryna, czyli łój jakiś bardzo twardy. Nie mieliśmy czym tego chleba posmarować. Nie dało się nawet palcem. Zjedliśmy po kawałku tego suchego, twardego chleba. To był mój pierwszy „posiłek” od śniadania jeszcze w domu 14 grudnia.

W areszcie milicyjnym w Giżycku: jakiś grubszy mundurowy kilka razy dziennie otwierał drzwi do celi mówiąc, że mi współczuje, że on wie, że nic złego nie zrobiłem i żebym odpowiedział szczerze na wszystkie pytania, jakie zadają mi na górze, to mnie puszczą. A tam przesłuchiwał mnie kilkakrotnie Tadeusz Goch. Przez dwa i pół dnia nie podano nic do jedzenia i picia. W środę, 16 grudnia, wyprowadzono z aresztu na zewnątrz, słyszałem gdzieś z daleka hejnał mariacki. Słońce, śnieg, mróz, prawie minus 20 - bardzo piękna pogoda. Przewieziono mnie do Suwałk.

Około 80 km, milicyjna suka wiozła mnie, skutego, kajdany na rękach, przez około 8 - 9 godzin. Na drogach głębokie tunele ze śniegu. Wiele razy suka się zatrzymywała. W pewnym momencie, było już szaro, otworzono tylne drzwi suki. Trzech mundurowych z AK-47 gotowymi do strzału. Jeden z nich krzyknął, że możemy wyjść na zewnątrz do lasu oddać mocz. Przy drodze śnieg powyżej jednego metra. Strach natychmiast skoczył nam do gardeł. W suce było trzech aresztowanych.

Przekrzykując się, odpowiedzieliśmy, żeby strzelali do nas tak, jak jesteśmy, w suce. Ci trzej z pistoletami maszynowymi gromko się zaśmieli zatrzaskując drzwi suki. Jazda dalej.

Tam w więzieniu, które nazwano obozem dla internowanych, pierwsze przesłuchania, pobrano odciski palców, jak od kryminalisty. Otrzymałem właśnie wtedy dokument o internowaniu. Kazano podpisać, czyli pokwitować. Pokwitowałem.

Ludzi zwożono z pięciu ówczesnych województw Polski północno-wschodniej. Szok, wstrząs samym pobytem w więzieniu i lęk, strach, co będzie jutro, co z nami zrobią. Granica z Sowietami bliska. Po prostu baliśmy się. Wśród nas, świeżo aresztowanych mówiono, że będą nas wywozić do Sowietów. Że już za kilka dni. Że jeszcze przed świętami. Strach czy zobaczymy się z rodzinami. Ten strach pamiętam do dziś.

Mnie wprowadzono do celi obszernej. Prycz zdaje się było 12. Bałagan w celi. Część prycz miała materace więzienne. Jakieś koce stare, brudne, śmierdzące. Miski aluminiowe tzw. platery na stole, podłodze i w szafce wiszącej na ścianie. Brud, smród, zimno. Jedna szybka w oknie ogromnym, dubeltowym, wybita. Wiatr z zewnątrz. Okna zamarznięte, szron. Odnieśliśmy wrażenie jakby chwilę przed naszym przybyciem, z celi wyprowadzono innych więźniów. Do około godziny 11:00 w nocy bałagan, powiedziałbym, organizacyjny. Ludzi sporo nazwożono. Drzwi co chwilę otwierano, kogoś wprowadzano, kogoś wyprowadzano, przydzielano do celi.

Czytaj także:
Okrutna zemsta władz PRL na zapomnianym bohaterze „Solidarności”

W pewnym momencie wprowadzono do celi kilkanaście osób. Nocowały w końcu w „naszej” celi 3 osoby. Aresztowani głośno mówili o bliskości Sowietów, o bliskości granicy. W pierwszych dniach aresztowania spotkałem znajomych mi osobiście ludzi, znanych mi ze słyszenia, a także spotkałem swojego kuzyna Mariana Wyszyńskiego z Szepietowa. Działał on w Solidarności Rolników Indywidualnych. Powszechne wśród nas wówczas było przedstawianie się.

Wymienialiśmy swoje imiona, nazwiska, skąd jesteśmy. Stan rodzinny, okoliczności aresztowania - by przekazać, jak będzie okazja, na zewnątrz. Kilkanaście zapisanych na karteluszkach nazwisk, później przekazałem żonie. W tym samym tygodniu przeprowadzono mnie do innej celi. Było nas tu osiem osób. Tłoczno, prycze ustawione piętrowo.

Stolik, przy którym można zjeść. Przeraziły nas aluminiowe talerze. Pogniecione, powyginane, brudne. Mieliśmy dostęp tylko do zimnej wody. Ciężko było wymyć. W celi była beczka na oddawanie moczu. Okrutny smród. Do ubikacji wypuszczano nas dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. W ubikacji nie było sedesów, a tzw. oczka w podłodze. Przyzwyczajenie organizmu do wypróżniania się na rozkaz, na określoną godzinę było niemożliwe. Zmuszanie się do tego, (przepraszam, że to mówię) powodowało dotkliwe kłopoty zdrowotne. Hemoroidy miała większość z nas w wyniku tego właśnie. Brak ciepłej wody utrudniał higienę osobistą. Bardzo przykre dolegliwości. Wspominam to z przekonaniem, że ta sytuacja była specjalnie dla nas zorganizowana.

Mnie fizycznie dokuczał wszechobecny bród w celach. Brak jakiekolwiek szansy na sprzątnięcie. Brak środków i narzędzi. Zimną wodą i mała szmatką, gdzieś znalezioną, szorowaliśmy stół.

Wkrótce Boże Narodzenie. I ja miałem, jak większość z nas, nadzieję, że przed świętami puszczą nas do domu. Że wszystko się wyjaśni, że pomyłka, że to, że tamto. Sami siebie tak pocieszaliśmy. Dni przedświąteczne to wezwania na rozmowy z esbekami. Mnie przesłuchiwał płk Z. 19, 20, oraz 21 grudnia w poniedziałek. Propozycja podpisania lojalki i współpracy, jak nam tłumaczono, do wspólnej walki z patologią społeczną. I od razu obietnica pomocy w karierze, w zdobyciu takich czy innych dóbr materialnych. Mieszkanie obiecywał ten esbek, ułatwienia w kupnie samochodu, pomoc w karierze zawodowej i takie tam podobne obiecywanki. Tylko podpisać. Natychmiastowy powrót do domu na święta Bożego Narodzenia. Bo pan ma młodą żonę, małe dziecko. Odmawiałem. W pewnym momencie powiedziałem, że nie mogę nic podpisać, współpracować, bo jestem katolikiem. Z. odpowiedział: „u nas katolików jest”. Te słowa wstrząsnęły mną. Już wiedziałem z kim mam do czynienia. Ta odpowiedź, mimo że brzmiała po polsku, była myślą po rosyjsku. Trzeciego dnia przesłuchań i namawiania do współpracy, zniknęła gdzieś uprzejmość Z., który powiedział, że mają na mnie haka, bo ta ulotka, więc jak nie podpiszę to będę siedział 10 lat w więzieniu.

Odpowiedziałem, że kiedyś 10 lat też minie. I w tym momencie okazał wściekłość, wyzwiska od najgorszych, krzyk. Odmówiłem zdecydowanie, tak samo, jak odmawiałem podpisywania współpracy z esbekami pierwszego i drugiego dnia tych dziwnych przesłuchań. Kapusiem nie zostałem i tym samym wg słów Z. naraziłem się na duże kłopoty.

Za każdym razem, wracając do celi, szczegółowo informowałem innych więźniów z „Solidarności” jak przebiegały rozmowy i jak się kończyły. Bo tak się umawialiśmy.

Czytaj także:
Tajemnicza śmierć w stanie wojennym. Co się stało ze Stanisławem Królikiem?

Dnia 22 grudnia odnalazła mnie żona. Od chwili mojego zatrzymania przez esbeków, nikt żony nie powiadomił co ze mną, gdzie jestem. Żona szukała mnie na własną rękę. Dopuszczono bym się z Nią spotkał. Była pierwszą kobietą, która znalazła internowanych w tamtym miejscu. Do dziś nie potrafię Jej zrozumieć i wystarczająco podziękować, jak tego dokonała. Przywiozła mi jedzenie którego nam tak w więzieniu brakowało. Łącznie z kilkoma kawałkami usmażonego karpia. W czasie widzenia z żoną towarzyszył nam jeden mundurowy, który powiedział, żebym na wszystkie tematy nie rozmawiał w celi, bo wszędzie są konfidenci.

A już samego 24 grudnia od rana jakaś dziwna cisza panowała w celi. 8 ludzi stłoczonych. Już nie było głośnych rozmów, rozważań, co dalej co z nami...

Tego dnia wyrwałem z więziennej szafki bukowe prowadnice drzwiczek, wybiłem łokciem kawałek szkła z okna dubeltowego i tymi kawałkami szkła wystrugałem krzyż. Ten krzyż, tak cenna dziś relikwia przeszła ze mną wszystkie więzienia, a było ich aż 6. Bo aresztowanie w internowaniu, wyrok do odsiadki 3 lata, rewizje których było bez liku, było 57 różnych cel w tym dźwiękochłonna, tygrysówa, cela z twardym łożem. I nigdy, i nigdzie nikt z nich tego mojego krzyża nie tknął palcem.

Zawsze trzymał się prosto wciśnięty w szczebelki stołka więziennego przy pryczy.

Gdy wtedy jak skończyłem strugać ten krzyż (który mam do dziś) przystąpiliśmy do organizacji wieczerzy wigilijnej. Mieliśmy chleb więzienny (glina) i ten z domu, prawdziwy. Wypadło dla każdego po kawałeczku karpia. Trochę śledzia z domu świetnie przyprawionego. Stół był jakoś nakryty. Zasiedliśmy. Ciągle taka cisza, powaga. Chwila zadumy i podjęliśmy modlitwę. W modlitwie prośba do Nowonarodzonego, by pamiętał też i o Polsce. O nas, o naszych rodzinach, dzieciach, żonach. I podziękowania, że przychodzi i do nas, do więzienia.

Nie wszystkie oczy były suche. Zaczęły się trochę pocić. Ukradkiem ktoś otarł łzę. Trwało to dłużej trochę, bo trzeba było przełknąć ślinę, by można było się odezwać. Opłatek, święta sprawa!! Taki mały bieluchny kawałek chleba. W tym momencie już wszystkie oczy były mokre.

A pośród nas nie było wiarusów więziennych. Sami nowi bez więziennego doświadczenia. Czas jakby stanął. Każdy z nas był przy więziennym wigilijnym stole, ale też i w domu, przy rodzicach, żonie, dzieciach. I ktoś pod koniec posiłku zaczął z cicha... „Wśród nocnej ciszy”...Kolęda nas zmroziła...na moment, bo zaczęła się podnosić, wzmacniać. Była już potężna. Przy drugiej zwrotce dołączały głosy z innych cel, też więźniów z „Solidarności”. A później były inne kolędy. „Bóg się rodzi”...Kolędy potężniały, ale i my byliśmy silniejsi z kolędami. Zniknął gdzieś strach zupełnie. I każdy z nas znał, jak się okazało, wszystkie kolędy, wszystkie słowa. A przecież nasze głosy do śpiewu nie były nawykłe. Wtedy byliśmy mistrzami śpiewu!

Dziwna to była wigilia, w dziwnym miejscu, ale taka droga, że nie można z pamięci ani wyrwać, ani zapomnieć. Wigilia zorganizowana nam Polakom przez komunistów. Nikt z nas nie był kryminalistą, a był w więzieniu. Nikt nie stanął jeszcze wtedy przed sądem, a był w więzieniu. Bo pragnęliśmy Polski prawdziwej. Polski z opłatkiem w ręku i z Chrystusem w sercu. W czasie mojego internowania nikt mnie nie bił, nie torturował. To było później, po aresztowaniu.

Strażnicy, klawisze, choć pokrzykiwali, to bez wulgaryzmów. Fakt osadzenia mnie w więzieniu był dotkliwą karą, represją. W dniu, w którym wręczono mi dokument o aresztowaniu (bo ta ulotka) próbowano mnie przewieźć do Giżycka. Po śniadaniu kazano mi się ubrać, wyprowadzono na zewnątrz. Pamiętam, jak słońce odbijające się od śniegu poraziło moje oczy. Musiało upłynąć kilka minut nim oczy przyzwyczaiły się do światła dziennego. To było pierwszy raz od internowania, kiedy wyprowadzono mnie na świeże powietrze.

Następnie kazano mi wejść do łazika sowieckiego - uaz, na tylne siedzisko po prawej stronie. Prawy nadgarstek zakuto w kajdany a drugą część kajdan do poręczy przedniego siedzenia. Siedziałem na brzegu tylnego siedziska bo ręka ciągle wyciągnięta w kajdanach przykuta do poręczy siedziska przede mną. Bardzo, ale to bardzo niewygodna pozycja. Tak mnie trzymano aż do godzin wieczornych. Do 7 czy 8 wieczorem. Okazało się, że na drogach śniegu tak dużo, że uaz nie przejedzie. Gdy kazano mi z tego samochodu wyjść, miałem problemy by utrzymać się na nogach.

Chwiałem się, zataczałem. To było zdaje się we czwartek 6 stycznia 1982 r.

W czasie pobytu jako internowany w więzieniu w Suwałkach jedzenie było bardzo słabe. Małe ilości. W pierwszych dniach nie wszystko zjadałem, bo było to po prostu niedobre.

Dlatego tak bardzo potrzebowaliśmy prawdziwej żywności z domu. W czasie, gdy ja tam byłem, nikt nas nie odwiedził, nie wspomógł (za wyjątkiem mojej żony). Zdawało mi się, że nikt o internowanych nie pamięta.

10 stycznia w poniedziałek, 1982 r. jako aresztowanego już, przewieziono mnie do Giżycka rejsowym autobusem, gdzie mnie straszliwie pobito. Po wyroku sądowym było jeszcze gorzej.


Muszę powiedzieć, że bardzo ciężko pisze mi się wspomnienia z tamtego okresu mojego życia.

Tamten okrutny czas diametralnie zmienił moje życie. Cierpiałem i ja, i moja rodzina.

Janusz


Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 6
  • Ruch11listopada IP
    No dalej sympatycy chin komunistycznych wzdychajcie do chin ze to taka potęga i ze kasa ....PAMIĘTAJCIE rosja i chiny MAJĄ WSPÓLNY CEL ZNISZCZYĆ WOLNE NARODY A TO WYNIKA Z komunizmu
    Dodaj odpowiedź 4 1
      Odpowiedzi: 0
    • kaloo IP
      Od tego czasu nic się nie zmieniło.No może bo(c)haterzy i bo(c)haterki.Czyli ;mieli gwałcić i nie gwałcą,jacy wszyscy zawiedzeni.I niedowartościowani.Panie Friszke,toć to czysty plagiat.Czy nie lepiej zająć się nieszczęsnymi sędziami
      którzy umierają z głodu w obronie Konstytucji?
      Dodaj odpowiedź 3 2
        Odpowiedzi: 0
      • A SPRAWCY WCIĄŻ BEZKARNI IP
        A ci, co te okropności robili Polakom, do dziś bezkarni. Oni i ich rodziny. To bardzo niesprawiedliwe, prawda? Kiedyś trzeba będzie za to wszystko zapłacić, czyż nie, komuchy?
        Dodaj odpowiedź 10 1
          Odpowiedzi: 0
        • Grucha IP
          Sprawa jedenastu ??? Aresztowany Adam Michnik vel Szechter i wszystko jasne.Amen.
          Dodaj odpowiedź 6 0
            Odpowiedzi: 0
          • te jajcarz IP
            nie czytałem i nie zamierzam, sprawy jedenastu, znam inne historie bardziej tragiczne, jestem tylko ciekaw czy coś tam było o Bolku który dla Friszke nie był Bolkiem
            Dodaj odpowiedź 11 0
              Odpowiedzi: 0
            • Jajcarz IP
              To przepiękny fragment prześwietnej książki autorstwa Pana Profesora IPN Andrzeja Friszke
              "Sprawa jedenastu".
              Gorąco polecam.
              Dodaj odpowiedź 9 8
                Odpowiedzi: 0

              Czytaj także