HistoriaEsbecy liczyli się z nami

Esbecy liczyli się z nami

Leszek Duklanowski
Leszek Duklanowski / Źródło: Fot. Archiwum
Dodano 1
Podczas jednej z rewizji dostrzegłem, że jednemu z esbeków trzęsą się ręce. Był wyraźnie przestraszony. Wtedy zrozumiałem, że jesteśmy jednak dla nich jakimś przeciwnikiem, że w pewien sposób z nami się liczą.

MACIEJ PIECZYŃSKI: Jak wspomina pan moment wprowadzenia stanu wojennego?

LESZEK DUKLANOWSKI: Zawsze bardzo interesowałem się pogodą, dlatego pierwsze, co przychodzi mi na myśl o 13 grudnia, to że był to bardzo mroźny i zimny, ponury dzień. Podobne były też nasze nastroje, jako grupy działaczy Solidarności w Porcie Szczecin. Czekaliśmy w napięciu na to, co się wydarzy. Myśmy już od kilkunastu dni spodziewali się jakiegoś uderzenia ze strony komuny, nie wiedzieliśmy jedynie, jaką formę ono przybierze. Organizowaliśmy dyżury nocne w porcie. Z 12 na 13 grudnia, około godz. 3 w nocy, dzwonkiem do drzwi obudziła mnie Luiza Kamińska z komisji zakładowej Solidarności. Powiedziała, że esbecy aresztowali jej męża, że coś się zaczyna dziać. Próbowałem zadzwonić, ostrzec tych, po których mogli przyjść. Telefon był już odłączony. Pojechałem ostrzec brata Wojtka, który również działał w Solidarności. Spodziewaliśmy się uderzenia, ale nie byliśmy na to dobrze przygotowani.

Jaka atmosfera panowała wśród działaczy opozycji w tych pierwszych godzinach, dniach?

Pamiętam dość dużą niepewnośćmiędzy ludźmi. Czuliśmy się zagubieni. Na początku stanu wojennego te więzi, które dopiero się kształtowały w okresie karnawału Solidarności, zostały naderwane. Komuna mocno w nas uderzyła. Gdy powoli dowiadywaliśmy się o kolejnych aresztowaniach naszych kolegów, gdy zobaczyliśmy na ulicach czołgi i transportery opancerzone, ogarniał nas pesymizm, traciliśmy wiarę, że uda się to przetrwać. Nastroje opadały. Wezwanie do strajku generalnego nie zostało w pełni wprowadzone w życie.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Ale panu udało się zorganizować strajk w zarządzie Portu Szczecin.

14 grudnia przyszedłem do pracy przygotowany na dłuższą walkę. Zabrałem ze sobą cieplejsze ubrania i lekarstwa. Wiedziałem już, że kilku działaczy Solidarności w porcie zostało internowanych. Do protestu nie udało się namówić nikogo z administracji zakładu. Na korytarzu spotkałem grupę pracowników, wcześniej zaangażowanych w działalność w Solidarności. Szli do dyrektora, jak gdyby nic się nie stało. Zdziwiony, pytam ich, co robią, bo przecież musimy strajkować! „Nie, dyrektor nas wezwał, musimy już iść” – usłyszałem w odpowiedzi. Wtedy zrozumiałem, że trzeba oddolnie się zorganizować. Zebraliśmy się spontaniczną grupą w jednej ze stołówek. Powiedziałem parę słów, i strajk się rozpoczął. Wraz z jednym z pracowników założyliśmy biało-czerwone opaski i pojechaliśmy w teren, na nabrzeża portowe, by zebrać ludzi. Odzew był jednak marny. Mało kto chciał przyłączyć się do protestu. Chyba najbardziej rozczarował mnie pewien mój kolega. W teorii był bardzo radykalny. W dyskusjach o sytuacji politycznej deklarował, że on to by wieszał czerwonych. To ja wtedy wychodziłem na liberała. Przekonywałem, że nawet trzeba z nimi rozmawiać, przekonywać ich, że nie można ich mordować, bo to tacy sami ludzie jak my. Spodziewałem się więc, że gdy przyjdzie moment próby, to Heniu pierwszy będzie rwał się do walki. Kiedy jednak spotkałem go na nabrzeżu i powiedziałem, że musimy strajkować, usłyszałem w odpowiedzi: „w dupie to mam, ja mam żonę i dzieci!”.

Jego radykalizm okazał się nic niewart?

Zauważyłem, że bardzo często ludzie „mocni w gębie” w chwili próby okazywali się słabi i bojaźliwi. Ogólnie jednak trudno mieć pretensje o to, że ktoś bał się o swoją rodzinę…

Najczęstszym powodem odmowy wzięcia udziału w strajku był strach?

Na pewno strach miał wielkie znaczenie. Poza tym zawsze, w każdym społeczeństwie, w każdej podobnej sytuacji, tylko niewielki odsetek chce walczyć.

To jaka była mniej więcej skala?

Gdy zebraliśmy się na świetlicy, było nas około 150 osób na jakieś 7-8 tysięcy pracowników portu. Co ciekawe, byłem prawdopodobnie jedynym pracownikiem umysłowym, który na zakładzie Drobnica przyłączył się do protestu. Poza mną strajkowali właściwie wyłącznie robotnicy. Ale to też można zrozumieć – poza tym, że ludzie bali się o swoje rodziny, trudno było zebrać wszystkich chętnych do protestu, bo port był rozrzucony na bardzo dużym obszarze. Logistyka też mieszała nam szyki.

Po dwóch dniach strajk został spacyfikowany przez ZOMO.

Po zakończeniu strajku przyszli po mnie do pracy esbecy. Rozmawiali na mój temat z dyrektorem zarządu. Siedziałem w swoim pokoju, nie mogłem stamtąd się ruszyć, i czekałem na dalszy rozwój wypadków. Nie wiedziałem, co ze mną zrobią. Żaden z moich kolegów nie przyszedł wtedy podnieść mnie na duchu. Wszyscy się bali. Odwagą wykazała się jedynie pewna starsza pani, pracowniczka portu. Przyniosła mi lekarstwa na uspokojenie. Potem, jak mnie wzięli na przesłuchanie na komendzie portowej milicji, to koleżanka z pracy zaryzykowała i zadzwoniła (mimo podsłuchów na telefonach) do mojej żony, by poinformować, że jestem w rękach esbeków. Generalnie mam takie wrażenie, że kobiety często okazywały się odważniejsze od mężczyzn. Gdy w listopadzie 1982 r. przyszli mnie internować, mieliśmy w domu przygotowany tekst odezwy do uczniów, który miał być kolportowany w szkołach. Rewizja w mieszkaniu trwała dość długo, mieliśmy więc czas, by zniszczyć dowody. Moja żona zjadła kartkę z tekstem odezwy. Ja nie dałem rady, zaschło mi w gardle. Trochę z przymrużeniem oka, ale to kolejny dowód, że kobiety miały wówczas wielką wolę walki!

Jak to się stało, że nie został pan internowany na początku stanu wojennego?

Niektórym SB pozwalała na działalność, żeby ich kontrolować. Mnie „tylko” wyrzucili z pracy tuż po spacyfikowaniu strajku w zarządzie portu. Zostałem internowany w listopadzie 1982 r. W obozie w Wierzchowie słyszałem, jak niektórzy chełpili się, że siedzą już od trzech miesięcy. Ich zdaniem to był dowód szczególnego bohaterstwa. Tymczasem prawdziwym wyczynem, pożytecznym dla działalności opozycyjnej, było unikanie aresztowania czy internowania. Czasami zatrzymywane były zresztą osoby przypadkowe – np. cinkciarze, którzy dołączali się do protestów, by pod sztandarem „S” porzucać kamieniami w milicjantów.

Jaki moment był dla pana najtrudniejszy?

Pewnego razu esbecy przyjechali po mnie do pracy. Zabrali mnie i wieźli do domu. To była dość nietypowa sytuacja, bo z reguły przesłuchiwali w pracy albo zabierali na komendę. Wiele razy wcześniej mnie zatrzymywali, ale ani razu nie wieźli mnie do domu. Byłem więc mocno podenerwowany. Nogi mi się tak trzęsły ze stresu, że musiałem je trzymać rękami. Okazało się, że chcieli tylko zrobić rewizję w mojej obecności. Przyszli wcześnie rano, ale mnie nie zastali. Mieli nieaktualne dane – po wyrzuceniu z zarządu portu zmieniłem po raz kolejny miejsce pracy, dlatego trochę czasu im zajęło, zanim do mnie dotarli.

A czy ze strony esbeków można było wyczuć jakiekolwiek emocje? Pogardzali wami? Współczuli? Bali się?

Najbardziej zaskoczyło mnie, gdy podczas jednej z rewizji dostrzegłem, że jednemu z esbeków trzęsą się ręce. Był wyraźnie przestraszony. Wtedy zrozumiałem, że jesteśmy jednak dla nich jakimś przeciwnikiem, że w pewien sposób z nami się liczą. Bywały też komiczne sytuacje. Mieliśmy na ścianie wymalowany wielki napis „Solidarność”. Esbek, przeszukujący nasze mieszkanie, nie wiedział, co z tym fantem zrobić. Zadzwonił więc przy nas do przełożonego. Nie wiem, co usłyszał, ale z bezradnością w głosie odpowiedział „jak to, mam całą ścianę wynieść?!”.

Kiedy indziej uderzyła mnie ich brutalna szczerość. „Ciekawe, kiedy wam się znudzi, bo my to robimy za pieniądze, a wy za darmo!” – rzucił do mnie oficer SB podczas rewizji. I rzeczywiście, to była ich główna motywacja, a nie jakaś idea. Z firmy Meratronik, w której pracowałem po wyrzuceniu z zarządu portu, odeszła kiedyś pewna kobieta i pochwaliła się kolegom, że teraz będzie agentką SB. Była na tyle głupia, że przyznała, skąd ten wybór. Po pierwsze – potrzebowali kobiet, bo te trudniej było opozycjonistom podejrzewać o działalność agenturalną. Po drugie – można tam było zarobić dobre pieniądze. I teraz ta sama kobieta protestuje, bo zmniejszono jej emeryturę…

Działalność opozycyjna w czasie stanu wojennego była dla pana w pewnym sensie sprawą rodzinną… W Solidarności działała pańska żona, ważną rolę pełnił pański brat, a i pańscy kilkuletni wówczas synowie Marek i Andrzej zapewne dobrze pamiętają tamte trudne czasy.

Marek i Andrzej byli ministrantami. Gdy pewnego razu szli do kościoła, włożyliśmy im ulotki Solidarności za pazuchę. Żona nie zdążyła powiedzieć Markowi, że ma ich się pozbyć, więc wrócił z nimi do domu (śmiech).

W czasie stanu wojennego mieli 8-9 lat. Pewnie cała ta konspiracja była dla nich jakąś frajdą, przygodą?

W pewnym sensie tak. Marek miał świetną pamięć do liczb. Dlatego, gdy pod domem parkował jakiś obcy samochód, zapamiętywał numery rejestracyjne. Jeśli w niedługim odstępie czasu dwa razy przyjeżdżał ten sam, byliśmy pewni, że to esbecy nas śledzą. Obaj synowie chodzili z nami na demonstracje, msze za ojczyznę, pielgrzymki Solidarności. Mocno się w to wszystko wczuwali, dużo już rozumieli. Podczas jednej z pielgrzymek naszą uwagę zwrócił jeden z uczestników. Miał na koszulce wielki napis Solidarność. To było dziwne, bo my oficjalnie nie szliśmy pod szyldem S, która była wtedy nielegalna. Jeśli ktoś tak demonstracyjnie obnosił się ze swoim radykalizmem, ze swoją deklarowaną odwagą, musiał budzić podejrzenia. Po pewnym czasie nabraliśmy pewności, że to agent. Gdy podczas pątniczej drogi śpiewaliśmy pieśń „Podaj rękę swemu bratu”, mój mały syn Andrzejek powiedział ze śmiertelną powagą o „podejrzanym”: „nie będę podawał ręki esbekowi!”. Przy pierwszej nadarzającej się okazji zajrzeliśmy do torby tego człowieka i znaleźliśmy dyktafon. Okazało się, że mój syn wyczuł esbeka (śmiech).

Leszek Duklanowski (ur. 1947 r.) działał w szczecińskiej Solidarności. W dniach 14-15 grudnia 1981 r. współorganizował strajk w zarządzie Portu Szczecin. Za działalność opozycyjną zwolniony z pracy. Współpracował z podziemnymi pismami. W listopadzie 1982 r. internowany, przetrzymywany w areszcie WSW w Szczecinie, następnie – w ośrodku odosobnienia w Wierzchowie.


Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

/ pwł
 1
  • Radek IP
    Ręce się trzęsły bo esbek miał właśnie napić się kawy i wódy a został wysłany na akcję
    Dodaj odpowiedź 1 2
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także