HistoriaSołżenicyn w wannie Wujców. Tak KOR podkopywał PRL

Sołżenicyn w wannie Wujców. Tak KOR podkopywał PRL

Ludwika i Henryk Wujcowie w 2016 r. Fot. Tomasz Gzell / PAP
Ludwika i Henryk Wujcowie w 2016 r. Fot. Tomasz Gzell / PAP
Dodano
Działalnością w KOR Ludwika i Henryk Wujec „zapracowali” sobie na internowanie w stanie wojennym. W ich mieszkaniu na Stegnach nie raz nad pismami drugiego obiegu siedziały zespoły redakcyjne. Były spotkania opozycjonistów i wykłady Uniwersytetu Latającego. Jeśli o 6 rano na ich klatce było słychać tupot buciorów, można było się spodziewać, że to kolejna rewizja.

Neseberska 3 na warszawskich Stegnach, to jeden z ważniejszych adresów dla działaczy Komitetu Obrony Robotników. Ludwika i Henryk Wujec przeprowadzili się tam w 1974 r. i było to wówczas największe z mieszkań wśród grupy opozycjonistów związanych z KOR. Nic więc dziwnego, że to u nich – niekiedy we wszystkich pokojach na raz – toczyła się walka z PRL-owskim ustrojem. W jednym pokoju Ludwika Wujec z Heleną Łuczywo redagowały „Robotnika”, w drugim „Biuletyn Informacyjny” przygotowywała ze swoim zespołem Joanna Szczęsna – zameldowana zresztą u Wujców jako pomoc domowa.

Bywało, że w salonie w tym czasie trwał wykład Uniwersytetu Latającego. Nawet wanna Wujców służyła opozycji.

– Kąpał się w niej Sołżenicyn – śmieje się Ludwika Wujec. – Jeden z kolegów – zresztą mój były uczeń – wpadł na pomysł, żeby egzemplarz „Archipelagu GUŁag” wydany przez paryską „Kulturę” sfotografować strona po stronie. Gdzieś musiał to wywołać, zmyć z odbitek chemikalia i przydała się do tego nasza wanna – opowiada SuperHistoria.pl.

Podkreśla jednak, że choć w ich mieszkaniu wiele się działo, to toczyło się w nim ich normalne życie rodzinne. – Pracowaliśmy, wychowywaliśmy dziecko. Ja nie miałam wrażenie, że nie mamy życia prywatnego. Spotkania, prace nad kolejnymi numerami nie odbywały się przecież codziennie – opowiada.

Mieszkanie na Neseberska 3 miało tę zaletę, że w okolicy Stegien i Sadyby mieszkało wielu działaczy, współpracowników czy sympatyków KOR. SB zaczęło nawet nazywać te okolice „korówkiem”.

Bibuła wieziona składakiem

Choć na większą skalę Ludwika i Henryk Wujec zaangażowali się w działalność opozycyjną w 1976 r. po wydarzeniach w Ursusie i Radomiu, to już dużo wcześniej znaleźli się w opozycyjnym środowisku. Henryk Wujec od 1962 r. należał do Klubu Inteligencji Katolickiej. Jeszcze jako student był jednym z pomysłodawców stworzenia legalnego klubu dyskusyjnego w ramach Zrzeszenia Studentów Polskich. Tyle że na spotkania inicjatorzy klubu zapraszali nie tylko marksistów, ale i księży. Plakaty informujące o spotkaniach wisiały na uniwersytecie, więc dyskusja z udziałem księdza nie mogła zostać niezauważona. To wtedy Henryk Wujec po raz pierwszy miał do czynienia z SB. Jeden z oficerów groził mu nawet nawiązując do jego pochodzenia z biłgorajskiej wsi: „Jak się nie uspokoisz, to wrócisz do pasania krów”.

Klub dyskusyjny nie wrócił w tej samej formie, ale w bardziej umiarkowanej pod okiem socjologa, prof. Juliana Hochfelda. Na jedno spotkań przyszedł Jacek Kuroń i tak zaczęła się znajomość Wujca z Kuroniem. W 1968 r. Henryk Wujec brał udział w protestach po zdjęciu Dziadów w reż. Kazimierza Dejmka. Zarówno Henryk jak i Ludwika Wujec chodzili na procesy bohaterów marca ’68 a później „taterników” – oskarżonych o przerzut nielegalnej prasy przez granicę. Henryk podpisał się także pod listem przeciwko wpisaniu do konstytucji „kierowniczej roli partii”. W styczniu 1976 r. oboje zbierali także podpisy pod Listem 101 nazywanym także listem Jerzego Andrzejewskiego.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

W kręgach opozycyjnych wiadomo było, że można na nich liczyć. Ze Szwecji w pierwszej połowie l. 70 przemycali bibułę. W 1975 r. Henryk Wujec przywiózł ją w większych ilościach – składakiem w plecaku ze stelażem.

„Heniek cały ten plecak wypchał książkami, a ubrania służyły tylko temu, żeby przykryć kanty tych książek. Jak pierwszy raz wsiadł z tym plecakiem na swój składaczek, to się wywrócił, bo środek ciężkości był za wysoko” – wspominała Ludwika Wujec w wywiadzie-rzece „Wujec. Związki przyjacielski”, dodając że jej mąż na wierzchu plecaka położył rogi renifera, a ponieważ był na rowerze, to z promu wyjeżdżał wyjściem dla pojazdów. „Tam byli zupełnie inni celnicy, ci nastawieni na bibułę sprawdzali pieszych. Popatrzyli na Heńka i powiedzieli: – Przejeżdżaj pan szybko”. Po 1976 r. żadne z małżeństwa Wujców nie dostało już paszportu.

– Dziś mówi się, że w 1976 r. przystąpiliśmy do opozycji, ale w rzeczywistości to się zaczęło od seminarium. Przez trzy lata od 1973 r. w grupie 20-30 osób – wśród nich była młodzież z Klubu Inteligencji Katolickiej, drużyny harcerskiej Czarna Jedynka oraz tak zwani komandosi, którzy byli wcześniej więzieni po wydarzeniach marca’68 r. – dyskutowaliśmy o PRL, o ustroju, w którym żyjemy – mówi SuperHistoria.pl Henryk Wujec. – Nawiązaliśmy tam wzajemne przyjaźnie i zastanawialiśmy się nad tym, czy jest jakiś sposób na to, żeby pozbyć się tego ustroju. Nie mieliśmy żadnego gotowego pomysłu, ale jedna rzecz była dla nas oczywista i wynikała z wcześniejszych doświadczeń – z wydarzeń marca’68 i grudnia’70. Doszliśmy do wniosku, że porażki, jakie wcześniej ponieśli występujący przeciwko ustrojowi – zarówno studenci jak i robotnicy – wynikały z tego, że działali oddzielnie. Władzy łatwo było pacyfikować takie ruchy. Nasz wniosek był taki, że tylko działając razem, we wspólnocie, można będzie się skutecznie sprzeciwić. Uznaliśmy, że nie wolno się dać podzielić, trzeba przełamywać bariery, jakie dzieliły młodych ludzi, inteligencję i robotników. Dlatego po wydarzeniach w Ursusie i Radomiu w czerwcu 1976 r., które skończyły się pobiciem ludzi, wsadzaniem ich do więzień, było dla nas oczywiste, że trzeba im pomóc, że jest to ludzki i chrześcijański obowiązek pomocy bliźniemu, który jest prześladowany. Ci robotnicy byli przecież bezradni, czuli się zaszczuci. Dla nas był to moment, w którym mogliśmy także zrealizować obowiązek wynikający z naszego myślenia – mieliśmy okazję pokazać, że musimy być razem, pomagać sobie – tłumaczy Wujec.

Podkreśla, że razem z żoną Ludwiką, choć byli rodzicami kilkuletniego dziec, nie zastanawiali się, czy oboje powinni stanąć po stronie robotników.

– To było tak spontaniczne, że myśmy o tym nie myśleli. To tak, jakby na drodze leżał ranny. Niezależnie od tego czy idę sam czy z żoną, czy z dzieckiem to mam obowiązek pomóc – mówi Henryk Wujec. – 17 lipca 1976 r. poszliśmy – uczestnicy tego seminarium – na ten pierwszy proces robotników. Ja wziąłem sobie przepustkę z pracy i byłem tam wcześniej, Ludka dołączyła później po zajęciach w szkole. Chcieliśmy wyrazić solidarność z tymi prześladowanymi robotnikami. Byliśmy bardzo stremowani, nieśmiali, ale w ten sposób chcieliśmy wyrazić naszą sympatię dla tych ludzi i oni to zauważyli. To tam na korytarzach sądu – bo na salę nas przecież nie wpuszczono – pojawiła się iskra, która uruchomiła tę cała akcje pomocy i w konsekwencji doprowadziła do powstania KOR. Inicjatorem rozszerzenia akcji pomocy był Antek Macierewicz – opowiada.

– Myśmy na miejscu zaczęli zbierać pieniądze na pomoc dla rodzin – wspominał Jacek Kuroń w filmie dokumentalnym „KOR” prod. Video Kontakt. – Niesłychaną rolę w kontaktowaniu się z nimi odegrał Heniek Wujec i Gajka (Grażyna Borucka-Kuroń – pierwsza żona Kuronia – przyp. red.). – Oni mieli taki łatwy kontakt, momentalnie żeśmy się z nimi (robotnikami – przyp. red.) zbratali.


– Tego akurat nie zapamiętałem, że Henio miał jakąś szczególną łatwość do kontaktów z robotnikami, ale rzeczywiście zauważyłem, że w którymś momencie po 1976 r. w efekcie tych wyjazdów Henia do Ursusa na salonach opozycyjnych pojawiła się pewna liczba robotników – wspomina prof. Ryszard Bugaj, od 1976 r. współpracownik KOR, KSS KOR, a od 1978 r. publicysta niezależnego „Biuletynu Informacyjnego”. Zwraca też uwagę, że Henryk Wujec w odróżnieniu od dużej części warszawskiej opozycji z czasów korowskich nie wywodził się z osadzonej w stolicy inteligenckiej rodziny. – Henio podobnie jak ja nie pochodzi z Warszawy. To nie było częste wśród zaangażowanych w działalność opozycyjną w Warszawie. Nie dlatego, że to środowisko było zamknięte, ale raczej ze względu na barierę kulturową. Obaj pochodziliśmy z domów, w których nie było książek – tłumacz prof. Bugaj.

Robimy słuszną rzecz”

Henryk Wujec zwraca uwagę, że w 1976 r., kiedy na sądowych korytarzach myśleli jak pomóc robotnikom, SB nie traciła ani chwili. – Od razu po procesie poszli za nami, sprawdzali dokąd pójdziemy z sądu. Nie wszystkich nas jeszcze znali, wielu dopiero poznawali. Pamiętam, że kiedy szedł za nami esbek z takim podkręconym wąsem, to Ludwik Dorn odwracał się w jego stronę i robił różne miny, żeby go ośmieszyć – wspomina Wujec.

Odkąd zaangażował się w pomoc robotnikom jego dzień zaczynał się wcześnie rano, a kończył późna nocą. – Raniutko na godzinę szóstą z minutami jechałem z synem do przedszkola, o siódmej byłem w pracy. Po ośmiu godzinach biegłem już na dworzec śródmieście, gdzie wsiadałem w elektryczkę do Ursusa. Tam byłem już umówiony z Wojtkiem Onyszkiewiczem i Darkiem Kupieckim. Chodziliśmy we trójkę do późna w nocy. Znaliśmy niektóre adresy, pod którymi mieszkały osoby potrzebujące pomocy, nowe poznawaliśmy dzięki poczcie pantoflowej. Przez dwa miesiące – od 17 lipca do 23 września kiedy zawiązał się KOR mieliśmy zebrane 100 adresów, wszystko było udokumentowane. Staraliśmy się robić to dyskretnie. Początkowo nawet byliśmy anonimowi, nie zdradzaliśmy swoich nazwisk. Esbecy wówczas za nami nie chodzili, ale informacje i tak się rozchodziły tam na miejscu, więc po jakimś czasie już o nas wiedzieli. Zdarzało się, że gdy przychodziliśmy do ludzi, którzy potrzebowali pomocy, mówili nam: „Czemu tak późno do nas przychodzicie. Wszyscy mówią, że chodzą agenci CIA i pieniądze przynoszą”. Ja przedstawiałem się, że jestem z KIK-u, czasami czytałem list Jerzego Andrzejewskiego: „Do prześladowanych robotników polskich”. Pieniądze na pomoc robotnikom zbieraliśmy wśród znajomych, kolegów z pracy. Duże kwoty przekazywali artyści, reżyserzy.

Ludwika Wujec na wsparcie robotników zbierała wpłaty w szkole, w której była wicedyrektorem. Do 1978 r. formalnie należała do partii, ale jednocześnie w pokoju nauczycielskim opowiadała o represjach wobec robotników z Ursusa i Radomia, przynosiła niektórym bibułę, nie ukrywała sympatii do KOR. Po tym jak w kościele św. Marcina w maju 1977 r. odbyła się głodówka w obronie uczestników wydarzeń z czerwca 1976r., którzy wciąż siedzieli w więzieniach, Henryk Wujec został wyrzucony z pracy w fabryce półprzewodników TEWA, Ludwika straciła w szkole stanowisko wicedyrektora.

Czytaj także:
„Spóźniona” ofiara stanu wojennego

Współpracownicy i działacze KOR musieli liczyć się z represjami. – Kiedy już nas namierzyli były rewizje, przesłuchania. Myśmy się tego bali, ale to było trochę jak z lekarstwem, którego z czasem podaje się coraz większe dawki. Człowiek się na to uodpornia. Kiedy byłem przesłuchiwany wiedziałem co trzeba mówić i jak się trzeba zachować, bo doświadczeni koledzy mi to przekazywali. Kiedy wsadzali nas na dołek człowiek już był jakoś do tego przygotowany. Choć to było przykre, siedziało się w strasznych warunkach, z pluskwami, to jakoś się na to uodparnialiśmy – opowiada nam Henryk Wujec.

Zbigniew Romaszewski, zmarły w 2014 r. działacz KOR wspominał, że Wujec, obok Wiesława Kęcika, był rekordzistą w liczbie zatrzymań na 48 godzin. „Te gierkowskie zatrzymania teraz wielu wydają się zupełną zabawą, czymś niemal nieistotnym. (…) Tylko, że te zatrzymania na 48 godzin, pomijając już fakt, że bezprawne, zdarzały się często. Dołki były brudne, często zarzygane, często nie było kibla, do spania były nary bez materacy, na których wszyscy będący akurat w celi spali pokotem. Jeśli ktoś średnio dwie doby w co drugim tygodniu spędził »na dołku« w którejś z komend milicji, to trudno nie uznać tego za coś dotkliwego” – mówił Romaszewski („Romaszewscy. Autobiografia”, Trzecia Strona, 2014).

– Stres był, zwłaszcza jak o 6 rano na schodach naszego bloku na Stegnach słyszałem tupot nóg – wspomina Wujec. – Po plecach mi przechodziły ciarki, że znowu ktoś wejdzie do mieszkania na rewizję i zrobi totalny kipisz. Niewiele mogli znaleźć w mieszkaniu, ale już sama rewizja była represją. Chodziło o to żeby człowieka przestraszyć, żeby zestresować małe dziecko w domu. To było straszne, ale myśmy byli przekonani, że robimy słuszną rzecz, więc to znosiliśmy – mówi. I dodaje, że w działalności KOR odnalazł wówczas sens życia. – Człowiek szuka jakiegoś sensu, chce wiedzieć, że po coś żyje. Sprawy zawodowe związane z fizyką były mi bardzo bliskie, ale jednak abstrakcyjne. A tu chodziło o to, że robi się coś dla ludzi. Chodząc po biednych mieszkaniach czy chałupach w Ursusie i na jego obrzeżach czułem się jakbym chodził po mojej biłgorajskiej wsi. Byłem pierwszym z mojej miejscowości, który poszedł na studia i czułem jakieś zobowiązanie moralne, żeby się jakoś za to odwdzięczyć. Nie było innego sposobu i czułem, że chodząc po tych ubogich mieszkaniach robotników spłacam mój dług. Nie w tym, ale w innym miejscu. Działalność w KOR dawała bardzo silne poczucie satysfakcji. To był jeden z bodźców dających mi przekonanie, że nic mnie nie złamie, bo to jest po prostu rzecz, którą powinno się zrobić. Myślę, że to samo odczuwali moi koledzy: Darek Kupiecki, Wojtek Onyszkiewicz, Janek Lityński i wielu innych, którzy też chodzili po tych domach.

Sposób na ogon

Profesor Bugaj wspomina, że szczególnie częsty kontakt miał z Henrykiem Wujcem w czasach, kiedy obaj pracowali niedaleko siebie, w Śródmieściu. – Henio brał na siebie wiele czynności organizacyjnych. Nosił ogromne ilości papieru, całe biuro miał przy sobie – opowiada SuperHistoria.pl prof. Bugaj. – Przychodził do mnie z jakimś tekstem czy wydawnictwem drugiego obiegu, które przygotowywaliśmy. Kiedy wychodził zawsze rzucał się do biegu. Kiedyś go w końcu zapytałem: Heniu, dlaczego zawsze tak szybko biegniesz? Odpowiedział mi, że w ten sposób sprawdza czy nie ma ogona. Prosty sposób, a skuteczny – mówi prof. Bugaj.

Umiejętności szybkiego biegania przydała się w czasie sierpnia ’80 kiedy władza starała się, żeby działacze KOR znaleźli się pod kluczem. Zgarniała ich na 48 godzinną odsiadkę i kiedy się ona kończyła zatrzymywała od razu na kolejne 48 godzin przewożąc na inną komendę.

– To był bardzo racjonalne ze strony władz. Ich zadaniem była bowiem izolacja środowisk strajkowych, a my rozpowszechnialiśmy informacje o kolejnych strajkach. Kiedy był strajk w Lublinie, to nikt o tym nie wiedział, a my owszem, bo koledzy z Lublina przekazali nam tę informację natychmiast. Nie było na ten temat żadnych oficjalnych wiadomości, potem władze dały dziwny komunikat o przestojach. Polska się zorientowała o co chodzi, ale to nie było jasne. O wcześniejszym strajku WSK Świdnik w ogóle nikt nie wiedział. A nam chodziło o to, żeby dotrzeć jak najszybciej do miejsca gdzie są strajki, zdobyć wiarygodną informację. O godz. 6 trzeba było być pod zakładem, jeśli była jakaś informacja, że tam jest strajk. Łapało się ludzi, wypytywało, co się dzieje. Potem chodziło o to, żeby taka informacja przedostała się dalej, żeby przełamać barierę izolacyjną. Z informacją jechało się do Jacka Kuronia. On dzwonił za granicę, przez swoich przyjaciół docierał z informacją do Radia Wolna Europa. Wtedy Polska wiedziała o strajkach i ten pożar się roznosił. Myśmy po prostu byli w sieci informacyjnej. Dlatego władzom zależało, żeby nas zaaresztować. Nie dawali sankcji, ale wsadzali na 48 godzin – nie tylko mnie, ale całą naszą grupę. W areszcie siedział Romaszewski, Lityński, Kuroń, Michnik, Borusewicz – opowiada Wujec.


– Najpierw zamknęli mnie na Żytniej na Woli – wspomina. – Potem przewieźli na Pragę na Cyryla i Metodego. Wtedy się zorientowałem, że to jest ich metoda. Z jednej komendy przewozili na drugą. Kiedy na Cyryla i Metodego już miałem wychodzić i odbierałem depozyt, nic nie dałem po sobie poznać, ale tak się staranne przygotowałem, że w momencie, kiedy mi go oddawali udając pokornego nagle rzuciłem się do biegu i uciekłem z tej komendy. Samochodem mnie ścigali, złapali za bluzę, ta bluza pękła. Myślałem, że mnie rozjadą, ale nie rozjechali. Wbiegłem gdzieś w bok, schowałem się w jakimś garażu i nieznany zupełnie mi człowiek schował mnie w swoim samochodzie. A oni biegali jak wściekli. Kiedy przestali biegać ten człowiek wywiózł mnie w bagażniku – oczywiście do mieszkania znajomych. Poszedłem do lekarza po zwolnienie i zszedłem do podziemia, a moi koledzy dalej siedzieli na dołku. W końcu i mnie złapali, kiedy zgłosiłem się do lekarza po przedłużenie zwolnienia. Czekali w przychodni. Dostałem od prokurator Detko-Jackowskiej trzymiesięczną sankcję, ale po kilku dniach nas wypuścili, bo zażądali tego strajkujący robotnicy w Gdańsku.

Ludwika Wujec w gorącym okresie sierpniowych strajków redagowała „Robotnika”, który wówczas rozchodził się w gigantycznych nakładach. W tamtym czasie szczególnie ważne było tworzenie kalendarium strajków, by pokazać jak duża jest solidarność ze strajkującymi na Wybrzeżu. „Robiliśmy makietę na ogromnej płachcie brystolu; rysowało się szpaltki i naklejało paseczki z wypisanymi na maszynie informacjami o kolejnych strajkach” – wspominała w „Wujcowie. Związki przyjacielskie”.

W karnawale Solidarności Ludwika Wujec współtworzyła pismo regionu Mazowsze „Niezależność”, w 1981 r. została zatrudniona w Agencji Prasowej „S” (AS). Henryk Wujec był doradcą Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Mazowsze, członkiem prezydium MKZ, delegatem na I Krajowy Zjazd NSZZ Solidarność i członkiem Komisji Krajowej.

Kiedy 13 grudnia po ogłoszeniu stanu wojennego milicja załomotała do drzwi Wujców, nikogo nie zastała. Ludwika Wujec nocowała u znajomych. – Siedziałam do późna w AS-ie, bo było cicho i można było trochę popracować. Zajrzał tam kolega Henryk Lipszyc i namówił mnie na wizytę u znajomych. Mój syn Pawełek nocował u mojej mamy, bo u nas akurat były zimne kaloryfery, więc poszłam i się zasiedziałam. Zwłaszcza, że u nich było przyjemnie ciepło. Namówili mnie, żebym przenocowała – opowiada nam Ludwika Wujec. Tym sposobem uniknęła zatrzymania 13 grudnia, ale następnego dnia wróciła do własnego mieszkania. – Wcale nie miałam przekonania, że będą chcieli mnie internować. Po pierwsze w siedzibie Regionu Mazowsze, gdzie tego dnia Pawełek z babcią mnie szukali, kręciło się sporo ludzi. Po drugie wiedziałam, że jak wchodzili do domów to zwykle zabierali męża, a żonę zostawiali. Poza tym był Pawełek, trzeba było się nim zając, położyć spać, więc wróciliśmy do siebie – wspomina. Bezpieka zapukała do niej w poniedziałek. Najpierw została internowana na Olszynce Grochowskiej, potem w Gołdapi.

Henryka Wujca zatrzymano w Sopocie w Grand Hotelu. Nocowała tam część działaczy „S”, którzy przyjechali na obrady Komisji Krajowej. W nocy z 12 na 13 grudnia hotel został otoczony. Z okien zamiast widoku na plaże widać było szpalery ZOMO-owców. Milicyjnymi sukami działacze „S” zostali wywiezieni do Strzebielinka koło Wejherowa. Wujec wspominał, że akcja była drobiazgowo przygotowana – zatrzymywał go esbek, który przyjechał z Warszawy. Chodziło o to, żeby nie było pomyłki, bo funkcjonariusze z Wybrzeża nie znali opozycjonistów z innych miast.

W Strzebielinku Wujec nie miał żadnych informacji z zewnątrz. Nie miał pojęcia, co się stało z rodziną, czy żona także została internowana. – Żadne informacje do mnie nie dochodziły. Miejsce naszego internowania to był obóz pracy dla więźniów, w lesie. Więźniów gdzieś przeniesiono, a nas wsadzili do baraków, które wcześniej zajmowali. Tam internowana była tzw. ekstrema – ci, których władza uznała za szczególnie niebezpiecznych. Teren był otoczony drutami, pełna izolacja. Jedynie jeśli złapali kogoś nowego i wsadzali do celi, to można było się dowiedzieć co słychać na zewnątrz. Ale oni zwykle niewiele wiedzieli, bo to byli przeważnie miejscowi działacze. Wiadomości słuchaliśmy o godz. 19 z włączonego non stop głośnika zwanego betoniarą. Kiedy je nadawano, wszyscy z napięciem słuchali, co się dzieje w kraju. Choć oczywiście to były wiadomości przetworzone przez propagandę stanu wojennego. Dopiero po przewiezieniu części z nas helikopterem do Warszawy i osadzeniu w dwuosobowych celach w oddzielnym pawilonie śledczym na Białołęce wystąpiłem o widzenie. Przyszła mama żony i wtedy dowiedziałem się, że Ludka też została internowana – opowiada Henryk Wujec.

Ludwika Wujec z internowania zwolniona została w marcu 1982 r. – Chciałam się w coś zaangażować, ale Pawełek bardzo mnie wtedy pilnował, bał się żeby mnie znów nie zamknęli. Po wyjściu czułam się zresztą dość zagubiona. Nie byłam znowu taka bardzo odważna. Pamiętam jak wracałam z jakiś imienin i przekroczyłam godzinę policyjną. Samochodem przejeżdżał nawet jeden patrol. Strasznie się bałam, że mnie zatrzymają, ale nawet na mnie nie zwrócili uwagi – wspomina. – Strasznie się ucieszyłam jak Hanka Fedorowicz zaproponowała mi, żebym pomagała na Piwnej w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom. Dlatego, że to było półlegalne i pożyteczne, bo realnie się pomagało potrzebującym – mówi. Po wyjściu z internowania współpracowała także z podziemnym „Tygodnikiem Mazowsze”, zbierała informacje z zakładów pracy. Do redagowania „Tygodnika” włączyła się dwa lata później, kiedy jej mąż wyszedł na wolność.

Henryk Wujec nie został wypuszczony tak jak inni internowani. Jemu, jak i 10 innym, m.in. Jackowi Kuroniowi, Adamowi Michnikowi, Zbigniewowi Romaszewskiemu, postawiono zarzut próby obalenia ustroju siłą. Zagrożony był karą od 5 lat więzienia do kary śmierci.

– Pierwszy zarzuty dostał Kuroń. Myśleliśmy, że wychodzi do domu. Pożegnaliśmy się z nim. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że dostał poważne zarzuty. Ja się tego nie spodziewałem, bo nie byłem szczególnym radykałem czy osobą bardzo wojowniczą. SB miało jednak dobre rozpoznanie, wiedziało że mam wiele kontaktów, więc zasłużyłem sobie na to, żeby mnie wsadzić. Kiedy wychodził Michnik już wiedzieliśmy, że czeka go to samo co Kuronia. Pożegnaliśmy się niemal z płaczem i wtedy strażnik powiedział do mnie: Panie Wujec, pan też się ubiera. Zmartwiałem. Wkrótce znalazłem się przed obliczem prokuratora Kubali, który poinformował mnie o sankcji prokuratorskiej i przeniesieniu na Rakowiecką – opowiada Henryk Wujec.

Jedenastkę z zarzutami władze próbowały rozmiękczać, zmusić do podpisania lojalki. Ściągnięty został nawet przedstawiciel ONZ, który proponował wyjazd zagraniczny na parę lat z całymi rodzinami. – Inną propozycją miała być nasza zgoda na zaniechanie jakiejkolwiek działalności publicznej, wówczas wyszlibyśmy na amnestię, a po nas reszta. Propozycje te przepadły w głosowaniu w willi SB-eckiej w Konstancinie, gdzie nas wywieźli. Na dziewięciu biorących udział pięciu było przeciw – opowiada Henryk Wujec.

Czytaj także:
Zemsta SB za odrzucenie roli TW

Na proces czekał na Rakowieckiej. – Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to poważne zarzuty. Wtedy myślałem sobie, że kary śmierci raczej nie dostanę, że może 25 lat i wyjdę po 15. Powtarzałem sobie, że to jest do przeżycia. Potem zarzuty zmieniono. Z próby obalenia ustroju zostało przygotowanie do próby obalenia ustroju przemocą. I wtedy mi ulżyło. Proces, który trwał od czerwca skończył się totalną kompromitacją władzy, która nie miała żadnych dowodów. Ostatecznie wobec naszego sprzeciwu, by pójść na jakieś układy, władza zrobiła amnestię i wypuściła wszystkich. Wyszedłem jako jeden z ostatnich pod koniec sierpnia 1984 roku – mówi.

Okrągły Stół i III RP

Po wyjściu na wolność w 1984 r. Henryk Wujec pracował w Centralnym Ośrodku Badawczym Normalizacji. Na Rakowiecką wrócił jeszcze 1986 r. Aresztowano go w związku z zatrzymaniem Zbigniewa Bujaka (ukrywał się do maja 1986 r.) zwolniono go na mocy amnestii we wrześniu. Działał w podziemnych strukturach koordynujących prace zdelegalizowanej „S”, później był członkiem Komitetu Obywatelskiego „S”, uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu. W latach 1989-2001 był posłem – wybranym z list najpierw Komitetu Obywatelskiego „S”, potem Unii Demokratycznej i Unii Wolności. W latach 1999-2000 pełnił funkcję wiceministra Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Od 2002 r. pracował w sektorze organizacji pozarządowych. W latach 2010-2015 był doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Ludwika Wujec w latach 1989-90 pracował w biurze KO „S”, została jego wicedyrektorem. Podczas obrad Okrągłego Stołu była asystentką Tadeusza Mazowieckiego. Działał w Ruchu Obywatelskim Akcja Demokratyczna, UD, UW, Partii Demokratycznej demokraci.pl. W latach 1995-2002 r. działał w samorządzie gminy Warszawa Centrum.

W 2006 r., w 30. rocznicę powołania KOR Henryk Wujec został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a Ludwika Wujec Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

/ pwł
 0

Czytaj także