HistoriaZOMO bije milicjantów. Kulisy buntu w MO przeciw komunie

ZOMO bije milicjantów. Kulisy buntu w MO przeciw komunie

Warszawa. Stan wojenny. Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. mają gwałtowny przebieg. Manifestacje uliczne gromadzą wielotysięczne tłumy. Interweniuje ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej).
Warszawa. Stan wojenny. Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. mają gwałtowny przebieg. Manifestacje uliczne gromadzą wielotysięczne tłumy. Interweniuje ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej). / Źródło: PAP / Teodor Walczak
Dodano 5
- Zomowcy i żołnierze zbliżali się… Nie będę oszukiwał - bałem się jak nie wiem co, czułem się bezradny. Cały czas chodziła mi po głowie jedna myśl: a jeżeli zaczną strzelać? - opowiada w rozmowie z Muzeum Wspomnień Stanu Wojennego Julian Sekuła, emerytowany funkcjonariusz milicji i policji, który na pocz. l. 80-tych współtworzył nielegalny związek zawodowy milicjantów i brał udział w strajku w Stoczni Szczecińskiej.

PIOTR WŁOCZYK: Pierwszego dnia stanu wojennego głodował pan w Stoczni Szczecińskiej i był pan otoczony strajkującymi stoczniowcami. A przecież jeszcze pół roku wcześniej był pan milicjantem...

JULIAN SEKUŁA: Na terenie Stoczni Szczecińskiej głodowało już dziewięciu moich kolegów z milicji, którzy podobnie jak ja zostali wyrzuceni z pracy za próbę utworzenia niezależnego od władz związku zawodowego funkcjonariuszy MO. Na różne sposoby próbowaliśmy przebić się z naszymi postulatami. Jednym z tych sposobów była właśnie głodówka. Do Stoczni Szczecińskiej przyjechałem dzień wcześniej, 12 grudnia 1981 roku, prosto z ostatniego posiedzenia Komisji Krajowej „Solidarności”.

Byłem tam przedstawicielem Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego Związku Zawodowego Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Staraliśmy się uzyskać od Lecha Wałęsy poparcie naszych postulatów, ale przywódca „Solidarności” nie za bardzo chciał wspierać milicjantów „buntowników”. Z perspektywy lat, mając dzisiejszą wiedzę na temat Lecha Wałęsy, jakoś mnie nie dziwi, że nie palił się on do wsparcia postulatu budowy niezależnego związku zawodowego milicjantów.

13 grudnia miał być u pana drugim dniem głodówki. Wczesnym rankiem okazuje się jednak, że to wszystko jest już kompletnie nieaktualne.

Spaliśmy wszyscy w sali, którą przygotowali dla nas stoczniowcy. Okazało się, że radio nie działało, potem ktoś przyniósł porażające wieści: stan wojenny, mnóstwo ludzi aresztowanych, czołgi na ulicach! Panika coraz bardziej się nakręcała. Stwierdziliśmy, że w takiej sytuacji kończymy głodówkę i dołączamy do strajku.

Stoczniowcy zachowali się fantastycznie. Chcieli nas chronić, bo wiedzieli, że przejęcie zakładu przez ZOMO będzie dla nas – uważanych przez tamtą stronę za „zdrajców” z MO – oznaczało szczególne represje. Dlatego zaproponowali, że mogą nam zorganizować nielegalny wyjazd za granicę na pokładzie statku pod obcą banderą. Chcieli nas przerzucić na ten statek motorówką. My jednak odparliśmy, że dziękujemy za troskę, ale nie uciekniemy z Polski. Postanowiliśmy pozostać ze stoczniowcami do końca strajku.

Jak wyglądały tego dnia nastroje?

Bezradność. Bo co my mogliśmy zrobić w takiej sytuacji? Stocznia została otoczona wojskiem i ZOMO. Z czym mieliśmy iść na te czołgi? Wpadłem jednak na pomysł, że opracuję odezwę do sił porządkowych. Przygotowaliśmy ją na powielaczach, które znajdowały się na terenie zakładu. Podpisałem się pod tą odezwą swoim nazwiskiem i stopniem w milicji. Generalnie apelowałem do wojska i zomowców, żeby nie wykonywali zbrodniczych rozkazów, że prawo międzynarodowe umożliwia im uchylenie się od takich działań. Ta odezwa rozrzucona została wokół stoczni, ale w komitecie strajkowym zaproponowali mi, żebym dodatkowo nagrał to na magnetofon. Tak też zrobiliśmy, a moje wezwanie było potem puszczane przy bramach stoczni. Odpowiedzią drugiej strony było ściągnięcie „dyskoteki” - sprzętu grającego, który włączany był, gdy stoczniowcy puszczali moje wezwanie.

Nocą 14/15 grudnia doszło do pacyfikacji. Na pierwszy ogień poszedł naprawdę ciężki sprzęt. Chyba nie dało się nie bać w takiej sytuacji?

Czołgiem rozwalili bramę i weszli na teren stoczni. Stoczniowcy stanęli twarzą w twarz z zomowcami i wojskiem… Stałem tam w pierwszym szeregu obok Adama Wiśniowieckiego, stoczniowca odpowiadającego za bezpieczeństwo strajku. Starałem się mu pomagać, jak tyko mogłem, żeby nikomu nie stała się krzywda.

Zomowcy i żołnierze zbliżali się… Nie będę oszukiwał: bałem się jak nie wiem co, czułem się bezradny. Cały czas chodziła mi po głowie jedna myśl: a jeżeli zaczną strzelać? Miałem przecież w pamięci Grudzień ‘70...

Jak już byli przy nas, to przyszedł mi do głowy tylko jeden pomysł. Wyszedłem przed szereg i przedstawiłem się: jestem porucznikiem milicji, wyrzucili mnie za niezależną działalność związkową, jestem z robotnikami, bo uważam, że walczą o słuszną sprawę. Apelowałem do uzbrojonych po zęby mężczyzn naprzeciwko, żeby nie używali broni wobec stoczniowców. Wiedziałem, że mimo posiadania broni zomowcy i żołnierze bali się. Pamiętałem doskonale te sytuacje, kiedy sam brałem udział w akcjach z bronią w ręku. Zawsze towarzyszy temu mniejszy lub większy strach.

Przekonywałem ich, że stoczniowcy nie zrobią im krzywdy i… w pewnym momencie widzę, jak jeden po drugim opuszczają tarcze i prostują się. To całe improwizowane przemówienie, sięganie po patriotyczne argumenty chyba trochę pomogło uspokoić nastroje wśród oblegających nas sił.

W każdym razie żaden stoczniowiec nie został poturbowany w trakcie opróżniania stoczni.

Jak pan stamtąd wyszedł? Wzywanie żołnierzy w czasie stanu wojennego do zignorowania rozkazów to proszenie się o kłopoty...

Stoczniowcy przebrali mnie w kufajkę i wsadzili mi na głowę czapkę uszatkę. Resztę moich kolegów z MO też otoczyli taką opieką. Przeszedłem z tłumem stoczniowców przez bramę. Żołnierze i zomowcy bali się chyba legitymować ludzi. W ten sposób wymknąłem się na wolność.

Myślę, że za te ulotki i nagranie trafiłbym wtedy prosto przed sąd i za kratki. Po wyjściu ze stoczni ukrywałem się przez cztery miesiące.

Zanim porozmawiamy o ukrywaniu się, muszę panu zadać pytanie, które samo ciśnie się na usta: skoro nie do końca było panu po drodze z „władzą ludową”, to po co w ogóle poszedł pan do milicji?

Prawdę mówiąc znalazłem się tam trochę przypadkowo. To nigdy nie było moje marzenie. Mój kolega ze studiów pedagogicznych w Lublinie poszedł do milicji i – spotkany zupełnie przypadkiem – zaczął zachwalać warunki materialne, jakie oferowano młodym milicjantom. Miałem dwójkę małych dzieci, ale nie miałem mieszkania… Zadecydowały głównie sprawy bytowe.

Milicja nie kojarzyła się panu jako zbrojne ramię PRL?

Kojarzyła mi się tak trochę, ale wtedy nie byłem jeszcze dojrzały politycznie. Wstąpiłem do milicji w 1975 r., miałem wtedy 24 lata. Po prostu nie myślałem jeszcze wówczas w takich kategoriach. Chciałem żyć na godnym poziomie i całkiem podobała mi się wizja ścigania przestępców.

Jak długo to u pana trwało?


Przełomowy był oczywiście rok 1980. Powstanie „Solidarności” dało impuls do stworzenia niezależnego związku milicjantów, który dbałby o to, by MO była wykorzystywana tylko do utrzymywania porządku, a nie do tłumienia oporu społecznego wobec „władzy ludowej”. Po prostu nie chcieliśmy walczyć z robotnikami.

Po jakimś czasie zaczęto nas utożsamiać z „Solidarnością” w milicji, ale początki ZZ FMO były zupełnie inne. Wręcz nie chcieliśmy by ludzie traktowali nas jako milicyjną „Solidarność”, bo MSW od razu by nas rozdeptało. Dlatego podkreślaliśmy, że nie chcemy zakładać „Solidarności” w MO. ZZ FMO powstał przecież na bazie organizacji partyjnych w milicji.

Pan sam był w PZPR.

Tak, w l. 1978-1981 byłem członkiem Komitetu Zakładowego PZPR przy Komendzie Miejskiej MO w Lublinie. Na początku wszystko wyglądało zachęcająco. Chęć wstąpienia do ZZ FMO zgłosiło ponad 30 tys. milicjantów. To było ok. 1/3 sił milicyjnych! 1 czerwca 1981 r. zorganizowaliśmy zjazd ogólnopolski w Warszawie. Zebrało się wówczas w stolicy ok. tysiąca delegatów, zawiązany został Ogólnopolski Komitet Założycielski Związku Zawodowego Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej.

Ale najpierw trzeba było zarejestrować ten związek. Na to oczywiście władze nie mogły pójść.

Ale żaden przepis nie zabraniał tego! Ktoś to przeoczył pisząc prawo regulujące działalność MO. Coś takiego przecież nie mieściło się w głowie (śmiech). Sąd robił różne sztuczki, byleby tylko nas nie zarejestrować. Zwracał się np. do Sądu Najwyższego z pytaniem, czy funkcjonariusze MO to pracownicy czy nie.

Na pewno Czesław Kiszczak nie mógł tego przeżyć.

Szef MSW był tym bardzo zbulwersowany. Kiszczak próbował nas zastraszyć, niektórzy koledzy związkowcy przeszli autentyczne załamanie.

Ilu milicjantów zostało w ten sposób wyrzuconych ze służby?

Formalnie ok. 130. Ale wielu milicjantów poddano innym szykanom, a także zwalniano ich powołując się na inne przyczyny. Prawda jest taka, że my byliśmy traktowani w MSW gorzej niż opozycja antykomunistyczna. Nas bowiem uważano za zdrajców systemu. ZOMO dało nam to odczuć na własnej skórze. Bezpieka miała nas pod szczególnym nadzorem i cały czas uprzykrzała nam życie.

Czytaj także:
Mój tata wytrwał w „Wujku” do końca - do śmierci

Po tym, gdy 26. września 1981 roku sąd odmówił rejestracji naszego związku zawodowego, zaczęliśmy okupować Halę Gwardii w Warszawie. Przyjechał wtedy cały pododdział ZOMO i siłą nas stamtąd wyrzucili. To nie był ładny widok.

Milicja kontra ZOMO. Takie rzeczy były możliwe chyba tylko w PRL...

(śmiech) Dokładnie tak to wyglądało – MO kontra ZOMO. Jak już wspomniałem, staraliśmy się przekonać Lecha Wałęsę, żeby poparł nasz postulat legalizacji ZZ FMO. Kilka razy rozmawiałem z Wałęsą na ten temat, obiecywał nam wsparcie, ale w końcu nic nie zrobił. Ostatecznie jednak „Solidarność” wsparła nas, ale odbyło się to poza Wałęsą. Tuż przed stanem wojennym KKW „Solidarności” wydała odezwę z poparciem dla utworzenia ZZ FMO.

Działacze „Solidarności” nie patrzyli na was nieco podejrzanie? Milicjanci opozycjoniści - to brzmi trochę jak żart.

Początkowo ludzie z „Solidarności” faktycznie zachowywali w stosunku do nas dużą rezerwę. Zresztą bezpieka rozpuszczała plotki, że celowo nas zwolniono z MO, żebyśmy mogli wejść do „Solidarności” i zniszczyć ją od środka. Wielu opozycjonistów w to wierzyło.

Oczywiście nie dziwiło to pana.

Nie, ponieważ MO siłą rzeczy nie miała najlepszej prasy wśród opozycji. Początkowo ludzie wręcz na nas pluli. Inna rzecz, że orientowałem się, jak wielu było w opozycji TW. Jednym z zadań agentów było podkręcanie złych emocji wokół naszego środowiska. W miarę jednak jak tłumaczyliśmy, jaki jest nasz plan, to ludzie „Solidarności” przekonywali się do nas. Mało tego – pojawiało się coraz więcej ofert pomocy materialnej, żebyśmy mogli utrzymać rodziny – przecież po wyrzuceniu z MO nie mieliśmy środków do życia.

Jak wyglądała wasza współpraca?

Na przykład doradzaliśmy sobie nawzajem. My mówiliśmy ludziom z „Solidarności”, czego powinni się spodziewać po naszym byłym resorcie. Jak zachowywać się w czasie zatrzymania, jak reagować na prowokacje. Ostrzegaliśmy, że władze przygotowują jakiś większy atak na „Solidarność”. Mieliśmy przecież wciąż swoje kontakty. Zresztą nie tylko w milicji, ale nawet w SB – znałem bowiem esbeków, którzy zachowali resztki przyzwoitości. Powiedzieli nam, że są tworzone jakieś „listy ludzi”. To były listy ludzi do internowania… W SB zaczęto tworzyć grupy, które potem były wykorzystywane do aresztowania działaczy „Solidarności”. Oczywiście te nasze kontakty w SB to były wyjątki potwierdzające regułę – SB robiła przecież potwornie złą robotę.

Co słyszeliście od znajomych z MO?

W milicji na całego szła praca obrzydzająca „Solidarność”. Przełożeni wmawiali milicjantom, że opozycja to ekstremiści, że będą krzywdzić milicyjne rodziny. Sam słyszałem takie hasła na własne uszy tuż przed tym, jak mnie zwolnili. Żeby sprawić, by ta antysolidarnościowa psychoza była jak najbardziej realna uciekano się nawet do prowokacji – np. „nieznani sprawcy” malowali groźne hasła na drzwiach mieszkań milicjantów. Takie historie oczywiście rozchodziły się w MO lotem błyskawicy.

Wróćmy na koniec do przełomu 1981 i 1982 r. Po wyjściu ze Stoczni Szczecińskiej ukrywał się pan cztery miesiące.

Wspomniany już stoczniowiec Adam Wiśniowiecki mi w tym pomagał. Pomieszkiwałem np. u państwa Karasiewiczów, którzy byli jego rodziną. Potem ukrywałem się w moim rodzinnym Lublinie.

W pańskim biogramie w Encyklopedii Solidarności napisano bardzo krótko, że w tym czasie SB zniszczyła pański samochód. Co to za historia?

Miałem kilkuletniego moskwicza. Wtedy to była całkiem dobra maszyna. Esbecy kompletnie go zniszczyli, nie zostawili żadnego elementu w całości. Musieli poświęcić na to sporo czasu.

Wpadł pan w kwietniu na meczu piłkarskim.

Wydał mnie pewien funkcjonariusz. Posiedziałem tydzień w areszcie. Dostałem wówczas „propozycję” wyjazdu za granicę. Małżeństwo mi się przez ten ostatni rok działalności rozpadło, więc zacząłem myśleć nad tą „propozycją”. Ale już tydzień później wycofali się z niej. Miałem zostać w kraju. Oczywiście bez możliwości zatrudnienia. Musiałem więc pracować na czarno.

Byłem m.in. świniopasem. Nie wstydzę się tego. Pracowałem też na budowie, wytwarzałem boazerię. W tym czasie znalazło się trochę ludzi, którzy mimo ryzyka zdecydowali się zatrudnić wyrzuconego z pracy milicjanta.

W 1986 roku uciekł pan do RFN, ale już cztery lata później wrócił pan do Polski. Pański powrót do służby można chyba uznać za udany. W l. 1996-2000 był pan nawet zastępcą komendanta miejskiego Policji w Lublinie. To historia z happy endem?

Nie do końca. Zabrakło bowiem prawdziwego oczyszczenia szeregów policji po latach komunizmu. Wielu milicjantów było porządnymi ludźmi, ale wielu też zhańbiło się w PRL-u. Niestety, reforma policji po 1989 r. była w znacznej mierze pozorna.

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

/ pwł
 5
  • EMOWIEC IP
    Czy pan o inicjałach WJM81 jest kolegą organizacyjnym pana Mazgały z KOD-u i kandydatem na tajnego współpracownika (KTW) komunistycznej służby bezpieczeństwa o numerze teczek: IPN BU 001102/787 i IPN BU 00200/1184 ? -  Jeśli tak to jakiekolwiek komentowanie jego wpisu jest absolutnie zbyteczne – sam daje świadectwo o sobie.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • WJM81 IP
      Wiele bzdur – ZOMO nigdy nie biło milicjantów.
      – 25 września 1981 r. w  proteście w  Hali Gwardii w Warszawie uczestniczyło ok.40 byłych milicjantów związkowców w towarzystwie działaczy zarządu regionu NSZZ Solidarność Mazowsze, którzy po rozprawie w sądzie weszli tam ok.godz.11. Ok. 11,45 do budynku weszła kompania ZOMO w mundurach wyjściowych (bez środków przymusu i ochronnych). Z-ca komendanta stołecznego MO wezwał do opuszczenia budynku, dwaj koledzy (z Warszawy i Łodzi) wygłosili godnościowe przemówienia i parę minut po godz.12 wszyscy spokojnie, śpiewając hymn, wyszli z Hali, a  część protestujących udała się do siedziby regionu. Fotograf regionu zrobił dobrą dokumentacją (gdyby ktoś pamiętał inaczej).
      – ruch związkowy milicjantów poparło nie 30 tys. funkcjonariuszy, ale nieco ponad 13 tys. tj. ok.18% stanu zatrudnienia.
      – inaczej wyglądała także sprawa poparcia ZZFMO przez Solidarność. Delegacja KZ ZZFMO wystąpiła 26 września podczas obrad Krajowego Zjazdu NSZZ „Solidarność” w  Hali Olivii w Gdańsku,14 listopada Lech Wałęsa przyjął delegację KZ ZZFMO (nic mi nie wiadomo o udziale Sekuły) i obiecał poparcie, o czym poinformował Tygodnik Solidarność oraz AS i BIPS.12 grudnia, Krajowa Komisja NSZZ”S” podjęła uchwały żądające zarejestrowania ZZFMO i przywrócenia do służby zwolnionych milicyjnych związkowców.
      – posiedziałem tydzień w areszcie, ha,ha,ha. Nie ma dokumentów nt. zatrzymania Sekuły w kwietniu 1982 r. We wcześniejszych wypowiedziach i biogramach Sekuła podaje o kilkunastogodzinnym przesłuchaniu. Mógł być zatrzymany najwyżej na 48 godz., dłużej to tylko jako tymczasowo aresztowany lub internowany. Ale nie został internowany, w przeciwieństwie do 25 innych milicyjnych związkowców. Dlaczego?
      – w 1986 r. uciekł do RFN (gdzie indziej podaje, że został wyrzucony z Polski). W rzeczywistości, jako porządny obywatel, nie notowany za działalność antypaństwową, dostał paszport turystyczny na wycieczkę do Rzymu i jak tysiące Polaków pozostał w Niemczech aby dorobić trochę dojczmarek.
      Dodaj odpowiedź 3 7
        Odpowiedzi: 0
      • zwis i pis IP
        prawie jak budyń z Wrocławia,picowanie.
        Dodaj odpowiedź 0 4
          Odpowiedzi: 0
        • amnezja? czy POlinezja IP
          Bez jaj z ta milicją. Lukrowanie PRL-u. Jak tak się naogląda człowiek: 07 zgłoś się, Psy to gotów pomyśleć, że Eldorado w tym smutnym jak pi.da mieście. Teraz same "Borewicze" a ja pamiętam mendy do kwadratu. Był "porządek" ludzie się bali, spałowali, w każdej klatce gumowe esbeckie ucho . Fajnie było milicjantom, esbekom, trepom, sekretarzom. Komu ten kit wciskacie resortowe pieszczochy?
          Dodaj odpowiedź 10 8
            Odpowiedzi: 0
          • 13 posterunek IP
            Teraz to wszystkie bohatery z mazgulom na czele
            Dodaj odpowiedź 16 8
              Odpowiedzi: 0

            Czytaj także