HistoriaZabijał, gdy żona rodziła. Ostatnie egzekucje w PRL

Zabijał, gdy żona rodziła. Ostatnie egzekucje w PRL

Areszt Śledczy przy ul. Montelupich 7 w Krakowie, w którym wykonano ostatnią egzekucję w Polsce
Areszt Śledczy przy ul. Montelupich 7 w Krakowie, w którym wykonano ostatnią egzekucję w Polsce / Źródło: PAP / Jacek Bednarczyk
Dodano 7
Sposób uśmiercania był wstrząsający nawet dla przyzwyczajonych do brutalności więziennych strażników.

Idący na śmierć spędzali ostatnie chwile życia w obskurnej celi. Jej drzwi otwierają się ok. godz. 17.50. Strażnik informuje jednego z więźniów, że ma widzenie. Dwaj funkcjonariusze skuwają osadzonemu ręce z tyłu i prowadzą przez więzienny korytarz. Asystuje im trzech strażników. Cała grupa idzie spokojnie, w milczeniu.

Gdy docierają na miejsce, okazuje się, że na skazanego nie czeka żaden gość. Są za to: naczelnik więzienia, dwóch prokuratorów, lekarz i ksiądz. Pod więźniem uginają się nogi. Już wie, co się zaraz stanie. Śmierć jest nieuchronna i nastąpi już za chwilę. Czuje się sparaliżowany, nie może nic zrobić. Nie opada na ziemię tylko dlatego, że trzymają go strażnicy.

Z dokumentu odczytanego przez prokuratora więzień dowiaduje się, że Rada Państwa zdecydowała, iż nie zostanie ułaskawiony i za chwilę kat wykona na nim wyrok śmierci.

Przestępca słyszy, że może porozmawiać z duchownym i ma prawo do ostatniego życzenia. Klęka. Strażnicy odsuwają się i więzień przez chwilę rozmawia z księdzem. Ostatnim życzeniem jest alkohol, ale regulamin zabrania spełnienia takiej prośby. Skazany prosi o papierosa. Wszyscy muszą cierpliwie poczekać, aż dopali do końca. Ostatnie słowa: błaganie o litość.

Strażnicy trzymają mocno szarpiącego się więźnia i zakładają mu czarną opaskę na oczy. Otwierają drzwi, które wcześniej nie były widoczne. Ukryty pokój ma ok. 20 mkw. Podłoga jest czarna, a ściany pomalowane są na biało. W pomieszczeniu czeka już dwóch katów. Mają czarne garnitury i krawaty, białe koszule i białe skórzane rękawiczki. Ich twarze są zasłonięte.

Więzień jest ustawiany na środku pokoju, a następnie obracany twarzą do nadzorujących egzekucję. Kat zakłada skazanemu pętlę na szyję i reguluje długość sznura. Strażnicy odwracają wzrok. Kat pociąga dźwignię, która uruchamia znajdującą się pod nogami przestępcy zapadnię. W niemal półmetrowym wgłębieniu znajduje się metalowy pojemnik na płyny fizjologiczne. Pod wpływem ciężaru ciała pęka rdzeń kręgowy. Śmierć następuje błyskawicznie. Ostatni etap egzekucji – od założenia pętli do śmierci – trwa kilka lub kilkanaście sekund. Lekarz nie czeka regulaminowych 20 min, po 10 min potwierdza zgon.

W podobny sposób w latach 1956–1988 w PRL uśmiercono 321 skazanych na najwyższy wymiar kary. W przypadku żołnierzy wykonanie kary wyglądało nieco inaczej. Byli rozstrzeliwani przez pluton egzekucyjny. Szubienica przeznaczona była dla cywili.

Świadkowie śmierci

Nie wszystkie egzekucje przebiegały oczywiście w taki sposób. Niektórzy więźniowie od początku byli agresywni i wykonanie wyroku było poprzedzone regularną bójką ze strażnikami. Niektórym nerwy puszczały dopiero na końcu, inni przez cały czas zachowywali się z godnością. Los skazanych na śmierć był jednak przesądzony. Egzekucja była zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Na tym etapie nie było już mowy o ucieczce.

Aby procedura uśmiercania przebiegała spokojnie, więźniów wyprowadzano z celi pod pretekstem np. widzenia lub wezwania od lekarza. Jeśli skazany zorientował się, że jest prowadzony na śmierć, strażnicy zanosili go siłą.

W 2004 r. Wojciech Knap przytaczał na łamach „Rzeczpospolitej″ relację naczelnika więzienia, który nadzorował egzekucje. Twierdził, że scenariusz był rozpisany co do minuty. – Nigdy nie wracałem do gabinetu wcześniej niż o godz. 18.27 i nigdy później niż o godz. 18.35 – wyjaśniał.

Wykonanie egzekucji mogło być opóźnione przez ostatnie życzenie skazanego. Jego realizacja nie mogła jednak trwać dłużej niż godzinę. Życzenie nie mogło też naruszać zasad moralności i powagi sytuacji. Alkohol był wykluczony, ponieważ więzień w czasie egzekucji nie mógł być w stanie ograniczonej poczytalności. W grę wchodziły tylko środki uspokajające. Rozmowa z księdzem również była opcjonalna.

Śmierć robiła wrażenie nawet na obytych z przemocą strażnikach. Wsparcia psychologicznego nie było. Jedyną formą terapii było wspólne picie wódki. Nie wszyscy wytrzymywali presję, stąd obecność dwóch prokuratorów przy niektórych egzekucjach. Gdyby jeden z nich zemdlał, drugi mógł nadzorować wykonanie kary. Przy powieszeniu nie mogło być rodziny skazanego. Na egzekucję miał prawo przyjść adwokat, jednak nie każdy decydował się na oglądanie śmierci człowieka, którego bronił.

Czytaj także:
Esbecy zabili 16-latka, bo ujawnił wstrząsającą prawdę

W PRL wykonywanie wyroków śmierci powierzano dwóm katom. Nie byli etatowymi egzekutorami. Mieli normalną pracę w służbie więziennej, a zawodowe pozbawianie życia było dla nich dodatkowym zajęciem. Ich tożsamość była znana niewielkiej grupie ludzi, a o drugim, ukrywanym zawodzie nie wiedziała nawet najbliższa rodzina. Za każdą egzekucję otrzymywali dodatkowe, niewielkie wynagrodzenie.

Takie zlecenia dostawali zwykle kilka razy w roku. Najwięcej egzekucji wykonano w 1973 r. Uśmiercono wtedy 27 osób, najmniej – dwie osoby – powieszono w 1982 r. Kaci przyjeżdżali do jednego z sześciu miast, w których wykonywano wyroki: Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia, Poznania i Łodzi. Miejsca egzekucji mogły różnić się szczegółami, procedura była jednak podobna. Przepisy regulowały nawet precyzyjnie strój kata, włącznie z kolorem skarpetek, które miały być czarne. Nie zawsze jednak trzymano się ściśle tych regulacji.

Wyrwałem chwasta

Od 1945 do 1956 r. w Polsce wykonano co najmniej 3,5 tys. egzekucji. Zadawanie śmierci w majestacie komunistycznego prawa było w tym czasie powszechne i często niejawne, dlatego nawet dziś trudno wskazać precyzyjną liczbę wykonanych wyroków. Na karę śmierci skazywano wówczas zarówno więźniów politycznych (narodowych bohaterów, takich jak rtm. Witold Pilecki i gen. August Fieldorf „Nil″), jak i zwykłych przestępców i niemieckich zbrodniarzy wojennych. Do 1950 r. niektóre egzekucje wykonywano publicznie.

Po 1956 r. zdecydowaną większość wyroków śmierci wykonano na kryminalistach. Wydawano też wyroki za szpiegostwo, jednak najczęściej skazanymi byli mordercy, których zbrodnie wstrząsnęły społeczeństwem, a procesy relacjonowano w mediach. Sprawy stały się głośne również dzięki filmom inspirowanym prawdziwymi wydarzeniami.

Tak było w przypadku 23-letniego Waldemara Krakosa i 28-letniego Wiktora Matuszewskiego, którzy w nocy z 31 grudnia 1982 r. na 1 stycznia 1983 r. zamordowali taksówkarza. Dokonali zbrodni, aby zdobyć pieniądze potrzebne na sylwestrową wódkę.

Prokurator domagał się wymierzenia mordercom kary śmierci. W czasie stanu wojennego wydanie takiego wyroku wymagało jednomyślności całego składu orzekającego. Po wielogodzinnej naradzie jedynym sędzią, który się wyłamał, był Lech Paprzycki. W obowiązującym wówczas Kodeksie karnym z 1969 r. (wszedł w życie 1 stycznia 1970 r.) nie było dożywocia, zasądzono więc drugi najwyższy wymiar kary. Zamiast stryczka przestępców skazano na 25 lat więzienia. Gazety i telewizja były oburzone zbyt łagodnym wyrokiem. Oczekiwana przez społeczeństwo surowa kara miała przyczynić się do poprawienia wizerunku rządu, zdruzgotanego po wprowadzeniu stanu wojennego.


23 czerwca 1983 r. pięciu sędziów Sądu Najwyższego było już jednomyślnych. Waldemar Krakos został skazany na śmierć, Matuszewskiemu podtrzymano 25 lat więzienia. Wyrok wykonano 10 października 1983 r. o godz. 20.30 w więzieniu na warszawskim Mokotowie. Historia Krakosa została opowiedziana w „Krótkim filmie o zabijaniu″ Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza z 1988 r. Finałowa scena przedstawia ponurą procedurę egzekucji stosowaną w latach 80.

Dzięki filmowi legendą stał się również Tadeusz Wencel. To na nim wzorowana jest postać Wyrka granego przez Sławomira Suleja w drugiej części „Psów″ Władysława Pasikowskiego. W pierwszej scenie spowiada się z dokonanych morderstw swojemu współwięźniowi Franzowi Maurerowi, granemu przez Bogusława Lindę. „Po co taki człowiek żyje jak ten chwast? Wyrwałem chwasta″ – mówi o zamordowaniu współwięźnia.

„Czuję się upoważniony do zgładzania kanalii. Uwolniłem społeczeństwo od chwastów, wyrwałem je″ – mówił pierwowzór Wyrka Tadeusz Wencel w swojej ostatniej mowie przed sądem, w maju 1982 r.

Do pierwszego morderstwa przyznał się sam. W Boże Narodzenie pił wódkę z kolegą i jego konkubiną. Mężczyźni podarowali jej pieniądze i wysłali ją do trojga porzuconych przez nią dzieci. Gdy przy następnym spotkaniu kobieta przyznała się, że zamiast pomarańczy dzieciom kupiła alkohol i upiła się z jednym ze stałych bywalców meliny, w której mieszkali, Wencel zaczął ją dusić. Sam przyznał się do morderstwa i wskazał ciało. W późniejszych zeznaniach twierdził, że widział w ofierze podobieństwo do własnej matki, która sprzedała go, gdy miał zaledwie rok. Matka miała za niego otrzymać „alkohol i amerykańskie ciuchy″.

Czytaj także:
Bezsilność komuny. Jak Jaruzelski próbował osądzić literata

Przed sądem w 1977 r. prosił o wymierzenie kary śmierci. Dostał ją. Po apelacji obrońcy Sąd Najwyższy zmniejszył wyrok do 25 lat więzienia. Tadeusz Wencel szukał jednak dalej śmierci na szubienicy. Otrzymał swoją szansę, gdy do jego celi trafił recydywista Jan G., którego nawet wielokrotnie skazywany Wencel uznał za degenerata. Gdy Jan G. zaczął opowiadać, że chciałby zabić papieża, Tadeusz Wencel nie wytrzymał. Udusił współwięźnia. W maju 1982 r. sąd w Pile wymierzył mu karę śmierci. Egzekucję wykonano w Poznaniu 7 lipca 1983 r.

Zabijał, gdy żona rodziła

Ostatni wyrok śmierci w Polsce wykonano na Andrzeju Czabańskim z Tarnowa. 10 czerwca 1984 r. 25-letni Czabański pił z kolegami już od południa. Jego żona była w zaawansowanej ciąży. Przed północą znudziło mu się męskie towarzystwo i postanowił spędzić resztę dnia z jedną z koleżanek. Padło na 40-letnią Annę B.

Zjawił się u niej o godz. 2. Powiedział, że jej mąż, który pracował w Chicago, ma wkrótce zadzwonić na najbliższą pocztę, aby z nią porozmawiać. Anna B. uwierzyła. Wsiedli do należącego do niej fiata 125p. Na poczcie okazało się, że nikt nie dzwoni, a pracownicy nie wiedzą, o co chodzi. Mężczyzna zaproponował, by udali się do kolegi, od którego dostał informację o telefonie. Gdy wysiedli z samochodu, aby pokonać resztę drogi pieszo, wyjawił znajomej, że wyciągnął ją z domu po to, aby uprawiać z nią seks.

Odmowa kobiety była jednoznaczna i spotkanie zakończyło się kłótnią. Czabański pobił i zgwałcił swoją koleżankę. Próbował ją udusić, aby nie opowiedziała nikomu o zbrodni. Zaciskał ręce na jej szyi, aż zemdlała. Zanim gwałciciel uruchomił fiata, Anna się ocknęła. Nic nie pamiętała i wsiadła do samochodu ze swoim oprawcą. Gdy skręcił w polną drogę, zorientowała się, że dzieje się coś złego, wyskoczyła z jadącego auta i próbowała uciekać. Czabański dogonił swoją ofiarę i zadał jej 25 uderzeń kluczem do kół. Po ostatnim ciosie Anna B. znów straciła przytomność. Jednak kobieta ocknęła się znowu i nie dawała za wygraną. Morderca roztrzaskał jej czaszkę podnośnikiem do samochodu i porzucił ciało na pobliskim polu.

Gdy zdał sobie sprawę, że córki ofiary widziały go wychodzącego razem z ich matką, postanowił zabijać dalej. Dotarł do mieszkania przy ul. Skowronków w Tarnowie po godz. 6. 18-letniej Darii i 13-letniej Beacie oznajmił, że zaopiekuje się nimi do powrotu matki. Gdy młodsza z dziewczyn wyszła z pokoju, morderca rzucił się na Darię i próbował udusić ją krawatem. Beata wróciła i próbowała ratować nieprzytomną już siostrę, rzuciła się na napastnika. 25-latek nie zdołał obezwładnić obu dziewcząt. Sąsiedzi zareagowali na wołanie o pomoc. Gdy wbiegli do mieszkania, Czabańskiego już tam nie było. Nastolatki przeżyły.

Czytaj także:
ZOMO bije milicjantów. Kulisy buntu w MO przeciw komunie

W czasie gdy Czabański gwałcił i zabijał, jego żona rodziła.

Przed sądem nie wyraził skruchy. Wyrok śmierci wykonano na nim 21 kwietnia 1988 r. o godz. 17.10 w areszcie śledczym w Krakowie przy ul. Montelupich. Była to ostatnia wykonana w Polsce kara śmierci.

W tym samym roku władze zarządziły nieoficjalne moratorium na egzekwowanie najwyższego wymiaru kary. Mimo że po 1988 r. sądy orzekły wyroki śmierci wobec 10 osób, nie przeprowadzono już żadnej egzekucji. Ostatni w Polsce wyrok skazujący człowieka na śmierć zapadł w Elblągu 7 lutego 1996 r. Skazanym jest urodzony w 1972 r. Zbigniew Brzozowski, który w wieku 20 lat zamordował dwie kobiety – matkę i córkę. Jego kara została zamieniona na dożywocie. Może ubiegać się o przedwczesne zwolnienie od 15 kwietnia 2017 r.

Nowy Kodeks karny, w którym nie ma już kary śmierci, został wydany w 1997 r. i wszedł w życie 1 września 1998 r.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2017
Artykuł został opublikowany w 7/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 7
  • Pan Utu IP
    Bezsensowne liberalizowanie prawa to większa zbrodnia, niż pojedyncze zabójstwa. Profesorowi Zollowi więcej Polaków zawdzięcza śmierć w wyniku przestępstwa, niż wszystkim powojennym "wampirom". Jak opętany łagodził kodeks karny, gdy lawinowo rosła przestępczość. Nigdy nie zrozumiem co kieruje takimi ludźmi, poza ich własną pychą i brakiem wyobraźni.
    Dodaj odpowiedź 1 1
      Odpowiedzi: 0
    • xxxxxxx IP
      W PRL było wiele nieprawidłowości, zbrodni ale niektórym "antykomunizm" odbiera zdrowy rozsądek, czym innym jest mord sądowy na działaczu niepodległościowym (1944-56) a czym innym wyrok na zbrodniarzu wojennym,ludobójcy z SS,Gestapo czy terrorystach z Werwolfu czy UPA albo zwyrodnialcach kryminalnych kapo. Czym innym tez jest kara śmierci wykonana w PRL na bestiach mordercach,gwałcicielach,pedofilach. A teraz istnieje obawa że po 25-30 latach taki może wyjść.
      Dodaj odpowiedź 17 0
        Odpowiedzi: 0
      • Słuszna śmierć dla zwyrodnialców IP
        Ostatnie egzekucja mordercy Andrzeja Czabańskiego jest znamienna - usunięto ze świata żywych zwyrodnialca, który nie zasłużył na łaskę.
        Takich należy usuwać na zawsze, a nie trzymać dożywotnio w sanatorium. Zakład jest karny dla alimenciarzy, złodziei i im podobnych przestępców, gdyż kiedyś wyjdą z niego i będą musieli znów o siebie zadbać, podjąć trud życia. Dożywotnicy są tylko odizolowani od świata zewnętrznego i hodowani jak zwierzęta laboratoryjne. Nic nie muszą i niewiele mogą, a sporo kosztują. Po co?
        Dodaj odpowiedź 35 3
          Odpowiedzi: 0
        • Odpowiadek IP
          Brak kary śmierci powoduje dwa negatywne skutki: 1. Przestępca jest zachęcony do zabijania, w celu uniknięcia schwytania. 2. Policja i inne służby są zachęcone to pozasądowych likwidacji osobników, którzy w powszechnym mniemaniu zasługują na śmierć.
          Dodaj odpowiedź 23 3
            Odpowiedzi: 0
          • Prawda boli IP
            Cała prawda
            youtube
            Dodaj odpowiedź 8 2
              Odpowiedzi: 0
            • RUCH NARODOWY IP
              Zabili morderce ale widocznie twórca tego paszkwila pomieszał żołnierzy niewinnie skazanych z mordercą kobiety który był zwyrodnialcem. Wymiar kary w którym nie ma kary śmierci jest nie cywilizowany i pobłaża bandytom stawia ich na piedestał i odwraca wszystko do góry nogami cały system zmienia się w komedie z skompromitowanymi sędziami i zwykłymi złodziejami w togach. To coś ma być jako anty kara śmierć ma przestraszać a tak naprawdę utrwala tylko jedno że kara śmierci jest czymś dobrym dla morderców zdrajców.
              Dodaj odpowiedź 24 0
                Odpowiedzi: 1

              Czytaj także