Komentarz dniaWitajcie w tuskolitaryźmie

Witajcie w tuskolitaryźmie

Dodano

To nieprawda, że w Polsce nie ma demokracji. I oczywista nieprawda, że w naszym kraju czysta demokracja jest. Mamy jej wschodnioeuropejską podróbkę – wyrób demokracjopodobny.

Sztabowcy Prawa i Sprawiedliwości, doradcy Jarosława Kaczyńskiego, zrobili błąd marketingowy. Planowaną na sobotę uliczną demonstrację przeciwko manipulacjom i fałszerstwom wyborczym nazwali Marszem w Obronie Demokracji. To wystarczyło, by zagotowali się bliscy rządowi dziennikarze, by zaczął się wyścig na epitety i zniewagi.

A wystarczyło – wzorem środowisk lewackich – zacząć krzyczeć, że manipulacje i nieprawidłowości wyborcze to faszyzm. I zorganizować dajmy na to Antyfaszystowski Marsz 13 grudnia. Głowę daję, że cały medialny salon na czele z Jerzym Baczyńskim, Tomaszami – Wołkiem i Lisem nie pisnąłby wówczas ani słowa. No bo jak zwalczać walkę z faszyzmem? Nie godzi się przecież, zwłaszcza herosom lewicowego słowa. Pomaszerowaliby w pierwszym szeregu, merdając w takt werbli czerwonymi różami.

Specjalista od walki z wyimaginowanym faszyzmem, redaktor „Gazety Wyborczej” pan Seweryn Blumsztajn raczył w czwartek powiedzieć radiu TOK FM, że głoszenie przez uczestników Marszu PiS, iż jest to demonstracja w obronie wolności słowa, to „szalony humbug”.  I dalej zagrzmiał :„Jaka obrona wolności słowa? Mieliśmy dwa przypadki ingerencji policyjnej.”

Na szaleństwach redaktor Blumsztajn (redaktor organu, który fundował lewackim bojówkarzom gwizdki, by ci mogli zakłócać parę lat wstecz legalną, prawicową manifestację), zna się na pewno lepiej ode mnie. Nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że primo – w Polsce doszło do tylko dwóch policyjnych ingerencji w wolność słowa i secundo – że zagrożenie dla demokracji i wolności wynika tylko z działań policji i służb.

Po kolei. Redaktor Blumsztajn, mówiąc o „policyjnej ingerencji”  w wolność słowa, wymienia niedawne wejście policji do redakcji tygodnika „Wprost” oraz zatrzymanie dziennikarzy w siedzibie PKW. Wszystko to prawda.

Ale obok tego uderzenia w dziennikarzy w ciągu kilku lat rządów Platformy Obywatelskiej mieliśmy do czynienia z dwiema bardzo poważnymi próbami ocenzurowania wolności słowa w Internecie. Z obu rząd PO-PSL wycofał się  dopiero po bardzo silnych protestach. Pierwszym takim zamachem na wolność słowa była próba wprowadzenia – przy okazji prac nad ustawą hazardową – tzw. Indeksu Stron Zakazanych. Rząd chciał, by urzędnicy mogli blokować strony internetowe, które ich zdaniem niosły treści niedozwolone. Drugim – próba poddania stron internetowych, na których zamieszczane są filmy i tzw. videoblogi pod kontrolę upartyjnionej, upolitycznionej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT).

Mało? Była wreszcie tzw. „poprawka Rockiego” zgłoszona przez senatora Marka Rockiego (PO) i przyjęta przez Senat niespodziewanie, pod osłoną nocy zmiana, która  miała w sposób zdecydowany ograniczać prawo społeczeństwa do informacji publicznej. Poprawkę udało się obalić w Sejmie tylko dzięki zdecydowanej postawie organizacji pozarządowych, które podniosły larum (i chwała im za to). Ale dziś rząd i pan prezydent Bronisław Komorowski i tak nader często bimbają sobie z tego prawa społeczeństwa do zadawania pytań i uzyskiwania na nie publicznej odpowiedzi.

Demokracja oznacza możliwość głoszenia swoich poglądów i przekonań również publicznie. A przypomnę, że niedawno Sejm przyjął przygotowaną przez prezydenta Bronisława Komorowskiego nowelizację ustawy prawo o zgromadzeniach. Prezydencka nowelka ogranicza i utrudnia obywatelom możliwość organizowania demonstracji, głoszenia swoich poglądów w przestrzeni publicznej.

Tym, którzy jednak chcą je głosić, wierząc, że w Polsce jednak panuje demokracja, przygląda się policja i służby specjalne. Tak jak uczestnikom Marszu Niepodległości organizowanym co roku 11 listopada. I z roku na rok bardziej i bardziej policja inwigiluje organizatorów marszu, przewoźników i uczestników.

Nadal mało? Ba. Policja i służby specjalne też uważają, że nadal mało. Dlatego z roku na rok rośnie lawinowo liczba wniosków o założenie podsłuchów obywatelom. Stały i niekontrolowany przez nikogo dostęp do wrażliwych danych o użytkownikach sieci telekomunikacyjnej ma w Polsce 11 służb oraz sądy i prokuratury. A jak informował w marcu tego roku „Dziennik Gazeta Prawna” wg danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej w 2013 r. różne służby przesłały do operatorów komórkowych 1,75 mln żądań udostępnienia danych o miejscu, czasie i uczestnikach rozmów. Kilka lat wstecz „Rz” ujawniła, że ABW podsłuchiwało również dziennikarzy i adwokatów. Warszawski sąd uznał, że taka sytuacja to standardy białoruskie, że w państwie demokratycznym to niedopuszczalne. Ale ani prokuratura, ani ówczesny premier Donald Tusk, któremu służby podlegały nic z tym nie zrobili.

Na to wszystko nakładają się wspomniane wcześniej manipulacje wyborcze, przygotowanie wyborów w sposób, który zostawiał szeroko otwartą furtkę do fałszerstw wyborczych. Próby spychania na margines życia publicznego, medialne niemalże pozbawianie praw obywatelskich różnych niewygodnych dla rządów grup społecznych: począwszy od emerytów, których w 2005 r. nazwano pogardliwie "moherami", po kibiców i narodowców.

Czy to wszystko oznacza, że demokracji nie ma, jak sugerują politycy PiS? Nie. Demokracja w Polsce jest. Prawie. A jak w reklamie – prawie czyni różnice. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której od lat rządząca koalicja testuje, jak bardzo może, nie wywołując protestów społecznych, ograniczać prawa i przywileje wynikające z demokracji, kontrolować strefy związane z wolnością słowa i prawem do wyrażania własnych poglądów. Kiedy rozlegają się protesty – władza wycofuje się rakiem. Gdy ich nie ma, tych składników prawdziwej, czystej demokracji, takiej o jakiej Polacy marzyli w latach komunistycznego zniewolenia, ubywa.  I jak w PRL , gdy zamiast czekolady serwowano wyrób czekoladopodobny,  tak dziś coraz bardziej mamy do czynienia z wyrobem demokracjopodobnym. Na swój użytek nazywam system, w którym przyszło nam funkcjonować –  tuskolitaryzmem. Dużo podrabianej słodyczy i skrywana gorycz, obietnica cudów, a zamiast tego hochsztaplerka, wolność słowa… tak, ale tylko w „rozsądnych granicach”.

 0

Czytaj także