Komentarz dniaRosja chce całej Ukrainy

Rosja chce całej Ukrainy

Wildstein: Putin Wygrał
Wildstein: Putin Wygrał
Dodano
Jeśli ktoś sądzi, że rosyjskie działania na Ukrainie nie są zagrożeniem dla Polski powinien przeczytać poniższy tekst. Rzadko kiedy można spotkać tak cynicznie szczery wykład polityczny. Nazwa „Polska” tam nie pada, ale zaprezentowana metoda może być zastosowana przez Rosję wobec każdego kraju. Także wobec nas.

Autorem poniższego tekstu jest Rostisław Iszczenko, politolog z Ukrainy. Jeszcze niedawno był prezesem instytucji nazywającej się Ukraińskie Centrum Analiz Systemowych i Prognoz, teraz kieruje czymś co nazywa się Centrum Analiz Systemowych i Prognoz Noworosji, przy czym zmianę nazwy możemy uznać za nieprzypadkową.

Tekst poznałem dzięki temu, że zareklamował go Aleksandr Dugin, czyli osoba, której nie trzeba prezentować. Oba nazwiska świadczą o tym, że tezy tekstu Iszczenki są miarodajne dla pewnych kręgów w Rosji. A być może nawet dla jej kierownictwa. Jest też modelowym przykładem rosyjskiej propagandy, której charakteru polska opinia publiczna w zasadzie nie zna.

Przepraszam za niezgrabne, szybkie tłumaczenie. Pominąłem drobne dygresje, ale podaję link do całości tekstu.


Strategiczny plan Putina
 
Wychodząc z analizy wypadków krymskich, można założyć, że Moskwie potrzebna jest cała Ukraina. Noworosja, w logice realizacji tego scenariusza – to tylko projekt tymczasowy, stworzony do zabezpieczenia wojennego zwycięstwa, tak, aby nie wciągać w to Rosji. Oraz przeprowadzić zgodnie z normami prawa międzynarodowego likwidację kijowskiego państwa neonazistowskiego.
 
Dochodzący do logicznej finalizacji proces tworzenia regularnej armii Noworosji i likwidacja atamańszczyzny, oraz stopniowe tworzenie w miarę sprawnej struktury administracyjnej regionu, aktualizuje kwestię dalszych losów Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Szczególnie w tym czasie ożywili się defetyści. Trzeba nienawidzić Putina wszystkimi włóknami duszy, aby proces przeformowania pospolitego ruszenia w armię – co przyznają nawet panikarze – traktować jako opuszczenie przez niego Noworosji. Niczym, oprócz nienawiści do rosyjskiego prezydenta, nie można logicznie wyjaśnić stanowiska rosyjskich patriotów-alarmistów, twierdzących za ukraińskimi nazistami, że Putin jest winny wszystkiemu. Bo zawsze jest winny on.

Gdyby chciał porzucić Noworosję, dawno by jej nie było. W kwietniu lub maju 2014 r., także w sierpniu, można było spokojnie powiedzieć: „Tak, uratowaliśmy Krym, a na resztę brakuje nam sił”. I na fali patriotycznego wzmożenia po odzyskaniu Krymu społeczeństwo spokojnie by przełknęło odmowę poparcia dla Noworosji. I żaden emerytowany pułkownik FSB, choćby był Eugeniuszem Sabaudzkim, księciem Marlborough, Bonapartem, hrabią Suworowem w jednej osobie, z dwudziestką swoich kolegów, nie byłby w stanie powołać armii (nawet takiej, jak ukraińska) bez bezpośredniej pomocy rosyjskiej.

Nie jest możliwe, aby jedna państwowa instytucja podtrzymywała „sprawiedliwą walkę Noworosji”, a druga ją „olewała”, przy pełnej bierności prezydenta w przeciwstawianiu się złu. Legendy o wiecznie szkodzących kremlowskich „basztach” dobre są dla miłośników teorii spiskowych. Inaczej Rosja nie byłaby w stanie oprzeć się potędze amerykańskiej, jeszcze niedawno wyraźnie przewyższającej możliwości Moskwy.

Ci, którzy mają być „olani”, nie są w stanie stworzyć armii. To oczywiście nie znaczy, że w problemie noworosyjskim nie ma skrytych zamiarów, że los tego politycznego bytu jest niczym nie zagrożony. Po pierwsze, kierownictwo każdego kraju (oprócz Ukrainy) działa w związku z określonym celem strategicznym. Tym bardziej to oczywiste w odniesieniu do kierownictwa rosyjskiego. Tylko człowiek nieprzytomny może szczerze wierzyć w to, że dopóki Amerykanie, nie szczędząc sił, trudzili się nad całkowitą likwidacją Rosji jako potęgi geopolitycznej, Moskwa tylko niekiedy i ociężale reagowała na ich brutalne podchody. A w rezultacie USA razem z UE i NATO, oficjalnie ogłosiwszy swoim celem rozbicie Rosji i pozbawienie Putina władzy, cały rok nie mogły rozprawić się z Rosją. (…)

Po drugie, przypominając działania rosyjskich władz na kierunku ukraińskim (w tym także te sprzed buntu), możemy określić miejsce Ukrainy w planie strategicznym, a wychodząc z tego – prognozować los Noworosji.
 
Rosja potrzebuje całej Ukrainy
 
Jeszcze w 2004 r., było oczywiste, że Moskwa walczy o całą Ukrainę. Inaczej Noworosja mogła by się pojawić w czasie pierwszego (juszczenkowskiego) przewrotu. W 2004 r., zamiast charkowskiego bałaganu stworzonego przez Dobkina w 2014 r., z sukcesem pracował Północnodoniecki zjazd deputowanych wszystkich szczebli. Znaleźć jakiegoś przywódcę i rozkręcić go przy pomocy rosyjskich spec-służb nie było problemem. Tym bardziej, że po kraju nie hulały uzbrojone bandy neonazistów, a władza w Kijowie nie mogła być legitymizowana bez „trzeciej tury” wyborów, to stolica i zachodnia Ukraina nie miały siłowych argumentów wobec sprzeciwu Południowego Zachodu. (…)

Sytuacja 2004 r. zasadniczo odróżniała się od sytuacji 2014 r. tylko jednym: nie skończyła się walka polityczna, i można było zmieść Juszczenkę drogą pokojową za pomocą wyborów. Co i później się zdarzyło. W związku z tym nie było konieczności tworzenia na wschodzie wojennej bazy sprzeciwu wobec Kijowa. Dążenia Janukowicza i jego ekipy do politycznego rewanżu i ich wymuszona orientacja na elektorat prorosyjski – jedyny, który mógł przywrócić go do władzy – okazały się być wystarczające. Sprzeciwiając się UE w kwestii umowy stawarzyszeniowej Moskwa walczyła o całą Ukrainę. Inaczej nie byłoby sensu przeprowadzać ostrego ekonomicznego nacisku na Janukowicza już w sierpniu 2013 r., aby pokazać mu, co się wydarzy po podpisaniu umowy stowarzyszeniowej z UE. Przecież ruina Ukrainy i nieuniknione straszne skutki ekonomiczne (Janukowicz to nie Jaceniuk, jemu Zachód nie dałby nawet tego, co daje Jaceniukowi) były gwarantowane. Tym bardziej miasta Południowego-Wschodu, mocno związane z lokalnym przemysłem, pierwsze by odczuły opłakane skutki i tak tam znienawidzonej umowy o stowarzyszeniu.
W końcu, po lutowym przewrocie 2014 r. Moskwa walczyła i walczy o całą Ukrainę. Krym musiała zająć nie dlatego, że miejscowi Rosjanie są bardziej rosyjscy niż ci z Doniecka czy Charkowa. I nie dlatego, że Krym powstał. Powstał Charków, a krymskie władze, charakteryzujące się serwilizmem wobec oficjalnego Kijowa (jeśli nie liczyć niejednoznacznej prezydentury Mieszkowa), gotowe były oddać półwysep juncie bez żadnych warunków. Ale na Krymie stała rosyjska flota, i banderowcy jechali tam nie po to, aby rezać rosyjskich aktywistów, lecz by sprowokować flotę do strzelania.

Wtedy decydowała się główna kwestia – wciągnięcie Rosji w zbrojny konflikt na Ukrainie. Dlatego trzeba było pośpiesznie nadać Krymowi status rosyjskiego terytorium, bo wtedy junta kijowska, próbując przedrzeć się przez Perekop, stałaby się agresorem, który zamachnął się na rosyjską ziemię. USA i UE mogą nie uznawać de iure przyłączenia Krymu do Rosji, ale – de facto – to rosyjska ziemia i wszyscy muszą z tym się liczyć.

Ogólnie rzecz biorąc, wszystkie działania Rosji w trakcie rozwijającego się przez ostatnie dziesięciolecie kryzysu ukraińskiego, świadczą o zamierzonej przez Moskwę całościowej, a nie częściowej, integracji Ukrainy w rosyjski projekt euroazjatycki. Do przewrotu 2014 roku rzecz szła o to, aby Ukraina stała się jedną z ważniejszych części Unii Celnej, a potem Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Rosja miała nadzieje na ustanowienie w Kijowie i umocnienie przyjaznego układu politycznego, który rozpocząłby realizować politykę równoprawnej współpracy gospodarczej. Nie przewidywała bezpośredniego podporządkowania politycznego Kijowa, tak jak nie przewiduje podporządkowania Moskwie Mińska czy Astany. Naturalnie ekonomiczny i militarny potencjał, także położenie geograficzne Rosji (jej terytorium jest ogniwem wiążącym całą Eurazję) jednoznacznie czyni ją lokomotywą integracji postsowieckiej. Także i jedność kulturalną zapewnia Rosja. Kazachowie i Ormianie nie mówią po ukraińsku, ale po rosyjsku.
 
Rerusyfikacja rosyjskiego świata
 
Mówić po przewrocie o ustanowieniu jakiegokolwiek państwa ukraińskiego byłoby zbyt optymistycznie. Po pierwsze, koniecznie trzeba będzie powołać zewnętrzny organ dla przeprowadzenia denazyfikacji. Po drugie, konieczna będzie międzynarodowa wojskowa i policyjna kontrola dla rozbrojenia nazistowskich bojówkarzy i bandytów. Po trzecie, odbudowa gospodarki zajmie zbyt wiele czasu i wymaga ogromnych inwestycji. Wkładać jakieś nierealnie wielkie pieniądze w cudzą gospodarkę, przy tym bez żadnych gwarancji, że za kilka lat znowu w Kijowie nie zacznie rządzić kolejny neo-banderowski reżim, byłoby niewybaczalną naiwnością.
Zatem Ukraina jest potrzebna Rosji cała. W przeciwnym przypadku możliwości całkowitego oczyszczenia Noworosji od banderowców, nawet w granicach ośmiu obwodów, już byłyby spełnione. Ukraina nie może wejść w skład integracyjnych projektów euroazjatyckich jako samodzielne państwo, ponieważ nie ma tego państwa, a na jego odbudowę stracilibyśmy zbyt wiele czasu, sił i zasobów. To znaczy, że pozostaje tylko jeden wariant – integracja w przestrzeń euroazjatycką jako część Rosji.

Oczywiście, dziś na Ukrainie rozwinęła się rusofobia, 40-50 proc. ludności uważa Rosję za wroga. Ale nie należy zapominać, że w większości to ruscy ludzie, otumanieni wrogą propagandą. Ukrainiec – to termin mający znaczenie terytorialne. Z tego punktu widzenia, Riazaniec – też nie Rosjanin. On mówi po riazańsku, nosi riazańską odzież. Ma swoją riazańską historię, i w tej historii Riazań nie raz czubił się z Wielkim Księstwem Włodzimierskim i z Moskwą.

Ogólnie, ruskich ludzi, nawet częściowo zderusyfikowanych, koniecznie trzeba rerusyfikować. Nie ma innego wyjścia. Imperium odrzucające terytoria, zamieszkałe przez rdzennie imperialny państwowotwórczy etnos, tylko dlatego, że część tego etnosu wpadła w niewolę nazistowskiej propagandy, podcina własną podstawę. Ale jeśli łukaszenkowska Białoruś, przy całej swojej ruskości i ekonomicznej zależności od Rosji, cały czas jest zdolna istnieć jako samodzielne państwo, i dlatego proces jej reintegracji w Rosyjski Świat będzie poważnie rozciągnięty w czasie (mechanizmy integracyjne przewidują maksymalnie możliwy stopień samodzielności), to Ukraina wyczerpała swoje możliwości samodzielnego rozwoju państwowego. Własnymi siłami nie wyjdzie z tego chaosu, w który wpędzili ją jej przywódcy.

Co więcej, każdy zachowany kawałeczek niepodległej Ukrainy będzie wrogi Rosyjskiemu Światu i będzie stwarzał problemy dla Rosji, UE i rosyjsko-europejskiej współpracy. Nie można pozwolić wrogowi pozostać na progu. W istocie, Rosja nie ma alternatywy dla włączenia ukraińskiego terytorium i pozostającej tam ludności w skład właściwego państwa rosyjskiego. Jest przy tym możliwe, że jakieś peryferyjne zachodnie obszary mogą odpaść i być przyłączone do terytoriów europejskich sąsiadów (żeby ci się zbytnio nie oburzali), ale raczej na obecnym etapie rosyjskie kierownictwo uważa podział Ukrainy za niepożądany.

Deklaracje Kremla i ministerstwa spraw zagranicznych FR o przywiązaniu do idei neutralnej federacyjnej Ukrainy (w starych granicach, ale bez Krymu) są hołdem wobec konwenansu dyplomatycznego, a nie realnym planem. Kto zmusi do życia w jednym państwie ludność Donbasu i haliczan, którzy wywołali wojnę domową przeciw Donbasowi. Trzeba utrzymywać tam korpus ekspedycyjny, który rozdzielałby dwie wrogie strony, tak żeby kraj znów nie został wciągnięty w krwawy domowy konflikt. W istocie, żeby ocalić Ukrainę trzeba ją okupować.

Nie jestem przekonany, czy na Kremlu już zapadła dokładna decyzja, gdzie powinna przebiegać zachodnia granica Rosji po uregulowaniu kryzysu ukraińskiego. Z Galicją, czy bez niej, ale nawet z nią nie będzie szczególnych problemów. Po pierwsze, haliczanie z łatwością i zadowoleniem podporządkowują się sile, tak, że jeszcze oni sami staną się najbardziej aktywnymi denazyfikatorami (lubią oni przeprowadzać lustracje wszelkiego rodzaju). Po drugie, dzisiaj Ukrainą rządzi najbardziej nacjonalistyczna z możliwych władz. Mogą być jeszcze bardziej nacjonalistyczne, ale wtedy nie będzie to już władza centralna, lecz zlepek Machnowskich „republik”.
W konsekwencji, w tym momencie halicki nacjonalizm popada w logiczną sprzeczność – „patrioci” u władzy okazują się być gorsi od „przestępczego reżimu”. W momencie obalenia „patriotów” średniostatystyczny haliczanin pogodzi się z tym, że Ukraińcy nie mogą sami sobą się rządzić, więc niech rządzi ktokolwiek z zewnątrz. A ponieważ Zachód okazał się być niezdolnym do wzięcia odpowiedzialności za Ukrainę, zostaje tylko Rosja. Po trzecie, haliczanie ucieszą się z tego, że będzie dużo łatwiej jeździć na zarobek do Tiumenia (dla gazowników) i na budowy Podmoskowia (dla pozostałej masy). W ogóle, największym problemem może okazać się zbyt masowe wstępowanie haliczan w szeregi „Jedynej Rosji”.
 
Projekt czasowy?
 
Ale dla integracji z Rosją całej Ukrainy jakaś Noworosja potrzebna nie więcej, niż dla stworzenia jednej federacyjnej neutralnej Ukrainy, to znaczy, że nie jest potrzebna wcale. Po co tworzyć jakąś tam Noworosję, jeśli Charków i Donieck, Odessa i Dniepropietrowsk spokojnie zintegrują się z Rosją obwód za obwodem? Oprócz tego, jeśli powstanie jakieś noworosyjskie państwo, to szybko pojawi się w nim własna elita polityczna, która będzie chciała z Rosji więcej brać niż jej dawać. A potem narodzi się idea narodu noworosyjskiego – bo przecież trzeba jakoś uzasadnić istnienie państwa noworosyjskiego. W końcu Rosja otrzyma za własne pieniądze nową Ukrainę u swoich granic, tyle, że pod nazwą Noworosji. I wszystko zaczyna się od nowa…

Myślę, że tymczasowością, nawet chwilowością projektu Noworosji można wyjaśnić ten fakt, że z wyjątkiem struktur koniecznych dla prowadzenia efektywnych działań wojennych, nie powstają inne instytucje państwowe. Wszystko pozostaje w ramach DRL/ŁRL, czyli w istocie na poziomie obwodowym. A szeroko kiedyś reklamowany parlament Noworosji pod kierownictwem Olega Cariewa cały czas jest organem dekoratywnym, w praktyce pozbawionym wpływu na cokolwiek i nic nie znaczącym. Z tego powodu wynikają krytykowane przez wielu nominacje na stanowiska kierownicze w obu republikach dla ludzi pozbawionych autorytetu, ale łatwo sterowalnych. Po co tworzyć struktury państwowe, skoro za niedługo przyjdzie je likwidować? Po co kompletować kadry kierownicze Noworosji z kompetentnych, ambitnych specjalistów, skoro nikt nie przewiduje dłuższego funkcjonowania Noworosji? Potrzebni są ludzie, którzy odejdą bez szmeru w oznaczonym czasie i nie zaczną walczyć o zachowanie noworosyjskiej quasi-państwowości, wpychając starszym kolegom kije w szprychy.
 
Jaka ma być rola dzisiejszej Noworosji?
 
Po pierwsze, jak już powiedziano, organizuje ona na terenie ukraińskim ognisko oporu przeciw juncie. Po drugie, formuje armię wyzwoleńczą, zdolną przeprowadzić ofensywę na Kijów i dalej - jak tylko junta zacznie się sypać, a zacznie się to. Po trzecie, ktoś powinien zgłosić deklarację wstąpienia do Rosji w imieniu całej Ukrainy. Bo jak? Przyjmować ją kolejnymi obwodami?

Zatem oswobodzenie Ukrainy od nazizmu przeprowadzą wojska formalnie ukraińskie. Armia Noworosji – to taka sama strona wojny domowej, jak armia Kijowa. W konsekwencji mamy do czynienia nie z zewnętrzną agresją, a wewnętrzną walką. Zwycięzca w wojnie domowej jest legitymizowany samym faktem wygranej, dodatkowa legitymacja nie jest mu potrzebna. Nowy ukraiński rząd będzie miał prawo do dowolnych kroków zewnętrznopolitycznych. Przy tym decyzję o ustanowieniu jedności państwowej Ukrainy i Rosji będzie można uzasadnić tym, że jest to wymuszony skutek katastrofy humanitarnej, której winny będzie reżim nazistowski, a której skutków samodzielnie nie sposób naprawić. Właściwie wejście Ukrainy w skład Rosji będzie odpowiadało też samym nazistom i ich poplecznikom (tym z nich, którzy nie zdążą skryć się za granicami Ukrainy).

Rzecz w tym, że w Rosji działo regularne sądownictwo, a prawo chroni wszystkich, niezależnie od ideologicznych preferencji. Dlatego stronnicy nazistów, jeśli nie przelali krwi, a tylko „wojowali” w sieciach społecznościowych, mogą czuć się bezpiecznie. A ustanowienie władzy zwycięzców wojny domowej, którzy napiszą własne prawa, a do tej pory będą kierować się „motywacją rewolucyjną”, w pełni zrozumiałą po barbarzyńskim ostrzale Doniecka i Ługańska, po odeskim Chatyniu i melitopolskim rozstrzelaniu, po setkach zamęczonych antyfaszystów, może wielu się nie spodobać.

Tak więc są podstawy, aby sądzić, że Noworosja to projekt tymczasowy, przewidziany na czas wojny domowej i powołany dla zabezpieczenia zwycięstwa wojennego i międzynarodowego uzasadnienia likwidacji kijowskiego neonazistowskiego państwa, bez formalnego wciągania Rosji w ten proces. Przekonany jestem, że po zwycięstwie armii Noworosji dowodów na bestialstwa reżimu kijowskiego będzie więcej niż dostateczna liczba dla tego, by światowa wspólnota, w tej liczbie i poplecznicy kijowskich nazistów z USA i UE, uznała nową władzę za legalną. A kiedy prawomocna i legalna władza zdecyduje, że Rosjanie Noworosji koniecznie muszą wrócić do domu – do historycznej Rosji, to wtedy na oburzenie będzie zbyt późno”.
 

 0

Czytaj także