Komentarz dniaPo drugiej stronie nowej żelaznej kurtyny

Po drugiej stronie nowej żelaznej kurtyny

Dodano
Szczyt w Warszawie, Polaków, Bałtów z owej gorzkiej śpiewanej lekcji Kaczmarskiego postawił po drugie stronie „żelaznej kurtyny”, którą odbudowuje i próbuje przesuwać na zachód Rosja. Po stronie USA, Wielkiej Brytanii, etc. Chyba po raz pierwszy, ci dufni władcy świata, zwycięzcy II wojny światowej i zimnej wojny, choćby na chwilę, przyjęli naszą perspektywę Polaków i Bałtów. Oby nie tylko na chwilę

 

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.
Mógł mylić się zwiedziony chwilą –
Nie był Polakiem ani Bałtem…
Tylko ofiary się nie mylą –
I tak rozumieć trzeba Jałtę!

To „Tylko ofiary się nie mylą / I tak rozumieć trzeba Jałtę!” – jak złowieszcze memento powraca w co rusz w zmiennym refrenie „Jałty”, kongenialnej syntezy Jacka Kaczmarskiego. Po 1945 r., my – zupełnie inaczej niż oni – my, Polacy, Bałtowie, Środkowi Europejczycy, staliśmy się, ofiarami porozumienia krymskiego trzech mocarstw. I na długie półwieku, wbrew naszej woli, byliśmy przyspawani do Sowieckiej satrapii, która (nie tylko) Polakom szykowała realnie atomowy armagedon, byleby tylko zniszczyć swoich sojuszników z lat 41-45. – Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię wraz z przyległościami.

Taki był sens Układu Warszawskiego jak nazywano sowieckie Imperium Zewnętrzne. Po 1989 r. Europa Środkowa miała przejść w szarą strefę – niby trochę zachód z dzikim kapitalizmem, ale taki, który nigdy nie były realnie częścią jego prawdziwych struktur (NATO i EWG). Taki, z nad którego ZSRS/Rosja nigdy nie zdejmie swego złowieszczego cienia. Dlatego, przy pomocy generałów LWP, miała tak długo wycofywać Armię Czerwoną z Polski, by raczej z niej nie wyjść (aż po połowę lat 90.!), taki był sens osławionych de facto ex-terytorialnych spółek join-venture w dawnych bazach sowieckich, na które Lech Wałęsa miał się zgodzić w Moskwie (plany GRU zablokował szyfrogramem premier Jan Olszewski i dlatego został „oszołomem”, oraz… stracił władzę). Gdy i to się nie udało – i przez ten sam rząd Olszewskiego – formalnej rozpoczętej drogi do NATO nie udało się powstrzymać i dążyli nią nawet postkomuniści – Rosja wymusiła na naszych aliantach (deja vu!), aliantach, którzy zawsze powtarzali „Russia first”, że będziemy członkiem II kategorii (patrz: porozumienie Rosja-NATO z 1997 r.). Takim bez stałych baz (mimo wysiłku wojennego i ofiar Wojska Polskiego m.in. w Iraku i Afganistanie) i bez dostępu do broni, która swoją śmiercionośną powstrzymała sowietów i samego Stalina przed III wojną światową.

Właśnie o broń atomową pytali dziennikarze angielskojęzyczni premiera Davida Camerona. Najważniejszy polityk najważniejszego sojusznik amerykańskiego Imperium powtarzał w odpowiedzi starą łacińską maksymę: vis pacis, para bellum – chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Więc to był szczyt na poważnie.

Szczyt w Warszawie, Polaków, Bałtów z owej gorzkiej śpiewanej lekcji Kaczmarskiego postawił po drugie stronie „żelaznej kurtyny”, którą odbudowuje i próbuje przesuwać na zachód Rosja. Po stronie USA, Wielkiej Brytanii, etc. Chyba po raz pierwszy, ci dufni władcy świata, zwycięzcy II wojny światowej i zimnej wojny, choćby na chwilę, przyjęli naszą perspektywę Polaków i Bałtów. Fakty na Ukrainie spowodowały, że zrozumieli, że to o czym mówili rządy Kaczyńskiego czy… Millera, to nie rusofobia, ale doświadczenie faktów. Nie skończyło się na poklepywaniu po plecach. I jak przyznał jeden z francuskich dyplomatów RTBFinfo był to szczyt konkretów, a nie „jak zawsze – w 99% – nuda, a w 1% – histeria”.

Gorzej, że w przeddzień rocznicy Bitwy o Anglię, gdzie to polskie dywizjony myśliwskie walczyły najwaleczniej z ówczesnym agresorem (a w 1945 r. nawet nie brali udziału w londyńskiej defiladzie), tak niewiele zrobiliśmy dla naszych wschodnich sojuszników – Gruzji i Ukrainy – którzy chcą na zachód równie mocno jak my przez cały PRL. Tylko min. Antoni Macierewicz rozpoczął nasz mały „lend lease act” (a przecież od tego zaczął się euroatlantycki sojusz). Zwróćmy uwagę – to Polska (po Węgrach, które zrobiły to już dawno) wyśle broń na Ukrainę. Polska, członek NATO, a nie całe NATO. Pakt nie zdecydował się nawet wesprzeć pobratyńców witanej tu owacyjnie Nadii Savczenko perspektywą za którą dosłownie co rusz giną – otwartymi drzwiami do Zachodu. To niebezpieczne.

Dlaczego? Bo to oznacza, że Putin osiągnął choć połowiczny sukces gwałcąc właśnie te po-jałtańskie granice i międzynarodowe prawo. Władimir Władimirowicz, gdy obradowano w Warszawie, zastraszał czynnie Finów, by… nie myśleli o NATO.

I to właśnie pokazuje najlepiej, jak bardzo warszawski szczyt jest nie odległy od Jałty i PRL, kiedy to marzyła się nam finlandyzacja. Gdybyśmy nie weszli do NATO w 1999 r., to pewnie bylibyśmy dziś w sytuacji pomiędzy Finlandią a… Ukrainą. Rok ów 1999 to był finał dekady rozpoczętej manifestacyjnym wyborem Polaków dokonanym 4 czerwca 89. Lecz i wykorzystanie peredyszki, która dobiegła końca wraz z dojściem do władzy Putina. Przypomnijmy, że ta sukcesja też nastąpiła w tym samym 1999 r.

I to właśnie udowadnia jak bardzo potrzebna jest prawdziwa polityka z prawdziwego zdarzenia.

Więc jeśli coś szczyt w Warszawie zmienił, to to, że nową przypowieść Polak sobie kupił. Że teraz po szkodzie… mądry. I to, po troszę, próbuje sprzedać ją naszym Aliantom. Tak by Ci nie sprzedali nas jak w Jałcie „sojusznikowi naszych sojuszników” (jak nazywaliśmy Sowietów w czasie II wojny światowej). I bardzo potem żałowali.


ANTONI TRZMIEL, POLSKIE RADIO; frag. opublikowano także na TVP.INFO

 0

Czytaj także