KrajSumliński: Czekam aż Bronisław Komorowski stanie się Bronisławem K. [WYWIAD]

Sumliński: Czekam aż Bronisław Komorowski stanie się Bronisławem K. [WYWIAD]

Wojciech Sumliński
Wojciech Sumliński
Dodano 1
Chciałbym dziś zapytać Bronisława Komorowskiego, jak mu nie wstyd i czy ma odwagę przeprosić mnie za swoje łgarstwa – mówi w rozmowie z DoRzeczy.pl Wojciech Sumliński. Dziennikarz został wczoraj prawomocnie uniewinniony w procesie dotyczącym tzw. afery marszałkowej.

DoRzeczy.pl: Po ponad ośmiu latach zakończył się – jak sam Pan to ujął – najtrudniejszy proces w Pana życiu. Jest Pan prawomocnie i ostatecznie niewinny. Co Pan czuł, kiedy słuchał Pan wyroku?

Wojciech Sumliński: Zgodnie z tym, co napisałem na gorąco, rzeczywiście towarzyszyły mi ambiwalentne uczucia. To tak, jakby pani przeszła bardzo długą i ciężką drogę, doszła pani do celu, ale koszt tego dojścia był tak duży, że już nie miałaby pani siły cieszyć się tym. Takie właśnie były te moje uczucia. Wielka radość, że coś bardzo złego się skończyło, definitywnie i nieodwołalnie, ale gdy sięgnąłem pamięcią w przeszłość do drogi jaką przeszliśmy, to wiem, że nie miałbym siły, by drugi raz przejść podobną drogę. Nie chcę uprawiać martyrologii, ale naprawdę nie życzę nikomu podobnych doświadczeń. To, co ludzie służb specjalnych i ich decydenci potrafią zrobić z człowiekiem, ciężko nawet opisać. To są pozornie drobne działania, ale jeżeli robione są systematycznie i długofalowo, to człowiek zostaje rozłożony na atomy i naprawdę bardzo ciężko to przeżyć.

Dużo dowiedział się Pan w tym czasie o ludziach?

Nikomu nie życzę takiej weryfikacji, ale jeśli już ona była, to stanowiła jakąś bolesną wartość. Pokazała, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto jest przyjacielem tylko na pogodę. To jest tak, jak mówił Churchill „jak mam takich przyjaciół, to nie potrzebuje wrogów” i ja mógłbym się pod tym podpisać. Natomiast pojawili się w to miejsce nowi, prawdziwi przyjaciele. Było też dużo takich refleksji, że ci, na których nie liczyłbym w ogóle, pozostali przy mnie i nie wierzyli w moją winę. Był też przypadek z bardzo, bardzo znanym europosłem z Prawa i Sprawiedliwości – mniejsza o nazwisko – z którym bardzo się przyjaźniliśmy, przyjaźniły się nasze żony, nasze dzieci. W momencie, gdy była próba aresztowania mnie i totalna nagonka, europoseł zniknął. Spotkaliśmy się parę lat później, przypadkiem. Przepraszał mnie tłumacząc, że nie wiedział, jak się zachować, zapraszał do siebie. On wiedział i ja wiedziałem, że nigdy się już nie spotkamy. Dużo było takich przykrych sytuacji. Ale były też dobre. Poznałem wspaniałych ludzi, chyba już tych prawdziwych przyjaciół. To są ludzie, których poznałem gdy byłem na dnie, miałem kilka procesów na raz, same długi i zszargane imię i nic im nie mogłem zaoferować poza wdzięcznością.

W swoim wczorajszym komentarzu, napisanym po ogłoszeniu wyroku, pisał Pan o „kolegach” po fachu. W wielu przypadkach chyba nie spotkał się Pan z dziennikarską solidarnością...

Jako, że pracowałem w mediach to wiedziałem, jak to działa... Wydawało mi się jednak, że mimo wszystko, w tym środowisku jest taka ludzka solidarność, kiedy dziennikarzowi dzieje się krzywda, nawet jeśli ma on inne poglądy na otaczającą rzeczywistość. Tymczasem „Gazeta Wyborcza” już w pierwszym miesiącu wydała na mnie wyrok. Czuchnowski pisał, że dowody na moją winę są absolutne, niepodważalne i nie ma wobec nich najmniejszych wątpliwości. Podobnie zachowywał się „Newsweek”. Bardzo ciekawie zachował się też branżowy miesięcznik „Press”, który przez 8,5 roku w ogóle nie zainteresował się losem dziennikarza. A to podobno miesięcznik dotyczący prasy. Nikt z tych ludzi nie przyszedł na żadną moją rozprawę, a było ich ponad 60. Za to w momencie ujawnienia rzekomych moich plagiatów, natychmiast mnie zaatakowali. Nie napisali ani słowa o tym, że zostałem uniewinniony wyrokiem pierwszej instancji i założę się że nie napiszą też, że zostałem uniewinniony wyrokiem drugiej instancji, ostatecznej i nieodwołalnej, gdzie sąd nie zostawił suchej nitki na prokuraturze. Gdy była okazja, żeby mi dokopać, stanęli w pierwszym szeregu z „Wyborczą” i „Newsweekiem”.

Spośród dziennikarzy mediów głównego nurtu z tego braku solidarności wyłamał się jednak Bogdan Rymanowski, który w jednym z wywiadów w okresie kampanii prezydenckiej zapytał Bronisława Komorowskiego o Pana i Pańską książkę, za co zresztą został wówczas zaatakowany. Do tej rozmowy chciałam właśnie powrócić. Co dziś – jako prawomocnie uniewinniony – powiedziałby Pan byłemu już prezydentowi, który nazwał Pana wtedy człowiekiem „w stu procentach niewiarygodnym”, bo „oskarżonym o korupcję”?

Po pierwsze, chciałbym zapytać, jak mu nie wstyd. Jako bardzo ważny element kombinacji operacyjnej i prowokacji, od początku wiedział, że jestem niewinny. A po drugie, czy będzie miał odwagę przeprosić mnie za swoje łgarstwa. Dla mnie jest łgarzem, cynikiem, bardzo podłym człowiekiem. Mam nadzieję, że kiedyś znajdzie się na sali sądowej, gdzie tym razem będzie w innej sytuacji, może podobnej do mojej i jestem ciekawy, czy będzie miał wtedy odwagę spojrzeć mi w oczy. Ten mały człowiek, który był niestety prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej.

Mówi Pan o sądzie dla Bronisława Komorowskiego, ale z wczorajszego Pana wpisu wynika, że raczej nie wierzy Pan, że do takiej sytuacji dojdzie, że rzeczywiście stanie on przed wymiarem sprawiedliwości.

To była gorzka refleksja. Może nie to, że nie wierzę, bo nadzieję jeszcze mam. Nie ukrywam natomiast, że martwi mnie to, że mimo tylu twardych i niepodważalnych dowodów na działalność Bronisława Komorowskiego, która wielokrotnie miała wiele wspólnego z łamaniem prawa – i nazywam to najdelikatniej, jak się da – wciąż nie został za to jeszcze pociągnięty do odpowiedzialności. Jak się mówi, że każdy polityk ma trupa w szafie, to Komorowski ma całe cmentarzysko. On o tym wie, ja o tym wiem, i to co napisałem to tylko fragment tego cmentarzyska. Wie o tym także wiele innych osób. Zastanawia mnie, dlaczego Komorowski wciąż lansowany jest w mediach i dlaczego nie odpowiedział na bardzo wiele pytań, które zadawałem mu publicznie: odnośnie jego współpracy z fundacją Pro Civili, jego spotkań z ludźmi o których wiedział, że mogą współpracować z rosyjskim wywiadem, odnośnie ujawniania tajemnic państwowych rosyjskiej firmie GTS i wielu, wielu innych strasznych rzeczy. Dlaczego żaden z prokuratorów nie wezwie go i o to nie zapyta? Ja czekam na ten dzień i nie tracę nadziei. Martwię się, że to jeszcze nie nastąpiło. I nie ukrywam, że ten przedłużający się moment, kiedy on zostanie wezwany do prokuratury, budzi we mnie gorzkie refleksje. I żeby było jasne, nie chodzi o żadną zemstę, chodzi o uczciwość. Jeśli pani zrobi coś złego albo ja, powinniśmy za to odpowiedzieć. Komorowski nie jest świętą krową, a my nie żyjemy w świecie Orwella, że są równi i równiejsi. Wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. I obywatel Bronisław Komorowski także. Jeśli popełnił tyle zła, to powinien za to odpowiedzieć. Czekam na ten moment, kiedy Bronisław Komorowski stanie się Bronisławem K., bo tysiąckrotnie na to zasłużył.

Fot. Wikipedia/ Zbigniew Czernik/ CC BY 3.0

 1
  • Grzegorz R IP
    Zasadniczo bez artykułu wstępnego w GW nikt nie może być postawiony przed sądem. Takie jest bandyckie prawo i nikt tego nie zmieni, szczególnie że UE zabrania. Ma być tak jak chce KOD. Zresztą opisane zachowanie środowiska wskazuje na to, że zmiany na razie nam nie grożą, chyba że pojawią się tu tysiące wpisów.
    Dodaj odpowiedź 3 1
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także