KrajTerlikowski: Oskarżam MEN!

Terlikowski: Oskarżam MEN!

Terlikowski: Oskarżam MEN!
Terlikowski: Oskarżam MEN!
Dodano

Moja pięcioletnia córka trafi w tym roku do szkoły. Nie dlatego, że tego z żoną chcieliśmy, ale dlatego, że Platforma Obywatelska i Ministerstwo Edukacji Narodowej nie dały nam wyboru. Tak zresztą, jak nie dają nam takiej możliwości w wielu innych kwestiach- pisze w najnowszym wydaniu Do Rzeczy Tomasz P. Terlikowski.

- Eksperymentu tego nikt nie kontroluje, a przeprowadzany on jest tylko po to, by pokazać paskudnym prawicowcom (choć przeciwko bzdurnym założeniom reformy protestują ramię w ramię rodzice o różnych poglądach politycznych i sympatiach partyjnych), że Platforma potrafi coś zrobić. A że owo coś niewiele jest warte i że zaszkodzi przede wszystkim dzieciom, to już nie ma najmniejszego znaczenia.

Niszczenie przedszkoli

Zacznijmy od powodów, dla których moja córka nie może zostać w przedszkolu, które polubiła i które prezentowało naprawdę wysoki poziom. Powód jest niezmiernie prosty. Otóż – jako że partia rządząca zapewniła rodziców, iż każdy trzylatek trafi do jakiegoś przedszkola – grupa pięciolatków została przeniesiona do sali gimnastycznej, by zwolnić miejsce dla dodatkowej grupy trzylatków (którymi zresztą, jako że władza wprowadza oszczędności, zajmować się będzie mniejsza liczba pań). W praktyce dla dzieci oznacza to tyle, że nie będą one miały toalety we własnej sali i będą musiały chodzić na siku do innych sal. Pozostałe dzieci zaś (w tym mój średni syn) nie będą już miały leżakowania, bowiem nie ma miejsca na łóżeczka.

Brak elementarnych udogodnień w przedszkolu nie jest jednak głównym powodem posłania pięciolatki do szkoły. O wiele istotniejsze jest to, że przynajmniej oficjalnie moja córka nie będzie się mogła w przedszkolu nauczyć tego co w szkole. Ministerstwo zdecydowało bowiem, że dziecko nie może się w przedszkolu uczyć czytać czy pisać, bowiem zarezerwowane to jest dla szkół. Sytuacja ta jest tym bardziej absurdalna, że jeśli rodzice – mimo nieustających nacisków ministerstwa – zdecydują się pozostawić dzieci w przedszkolu, to będą one ponownie przerabiały program grupy poprzedniej. A że będzie się nudzić? Że straci rok? Minister Szumilas ma to w głębokim poważaniu, bowiem jej chodzi o zrealizowanie planu politycznego, a nie o dobro dzieci.

Niedostosowane szkoły

Wszystkie te argumenty sprawiałyby, że trudno pięciolatka do szkoły nie posłać. Jednak... gdy przyjrzeć się temu, co proponują takim maluchom szkoły, człowiekowi natychmiast odechciewa się takiej decyzji. Szkoły są bowiem – a niezwykle mocno pokazują to raport stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, organizatora akcji „Ratuj maluchy”, a także zamieszczone na jego stronie opowieści rodziców – generalnie nieprzygotowane do przyjęcia dzieci (szczególnie w różnym wieku). Grupy są za duże, ławki i krzesła – nie wspominając już o toaletach – nieprzystosowane, a nauczyciele zaskoczeni, że pięciolatek zachowuje się często zupełnie inaczej niż jego o rok starszy kolega. W szkołach często brak też miejsca na zerówki (co oznacza, że część dzieci nie ma WF, a inne są wypuszczane do domów po czterech godzinach lekcyjnych, bez prawa do świetlicy (ta bowiem zajmuje się dziećmi od pierwszej klasy).

Oddajmy zresztą głos rodzicom. I to zarówno tym z dużych miast, jak i z małych miejscowości. Zacznijmy od Brwinowa. „Sytuacja w szkole nr 1 w Brwinowie, jeśli chodzi o pięciolatki, jest bardzo zła. Dzieci są ściśnięte w małej salce, brak im ruchu przez kilka godzin. Na korytarzach gimnazjaliści, którzy wyganiają ich z ubikacji, używają wulgaryzmów. Szkoła kompletnie nie ma warunków na zajęcia dla tych dzieci” – pisze matka. A inna z Sulechowa uzupełnia: „U nas w szkole są trzy zerówki, w tym dwie mieszane: dla pięcio- i sześciolatków razem, nie ma miejsca do zabawy dla tych dzieci, nie ma nawet zabawek tyle, aby one mogły wszystkie w jednym czasie się bawić. Grupy są liczne – po 27 i 21 dzieciaczków, a miejsca mało. Pani ucząc czegoś, trafia tylko do sześciolatków, to one biorą udział w zajęciach, a pięciolatki się nudzą, kręcą, chodzą, wstają od stolików. Nasza grupa nie ma toalet w sali. Dzieci muszą przechodzić do toalety w szkole, dla klas I-III, wchodzą wówczas między duże dzieci, w hałas. Zlewy i muszle są wysoko, maluchy myją ręce na palcach – woda leci im po rękach, po rękawach, gdy siadają na muszle, to się muszą wciągać, nogi mają w powietrzu, pisuary są za wysoko, chłopcy siusiają po ziemi. Plac zabaw razem z uczniami klas I–III jest otwarty. Przychodzą nawet dzieci starsze – od klasy IV do VI, a maluchy się gubią, boją. Na stołówce o godz. 10 na śniadanie: krzesełka są jak dla dorosłych, wysokie”. Mocne, nieprawdaż? A podobnych opinii można znaleźć setki. I dlatego nawet nie próbowałem posłać dziecka do szkoły rejonowej (opinie rodziców z podwórka, które zbliżone są w treści, a o wiele ostrzejsze w formie do tych cytowanych powyżej, w zupełności mi wystarczyły).

Najgorsze przed nami

A trzeba mieć świadomość, że najgorsze dopiero przed nami. Za rok bowiem (a wtedy – przypominam – do szkoły też idzie moje dziecko, tyle że syn) rodzice nie będą już mieli takiego wyboru, jaki mamy moja żona i ja. Pięciolatki urodzone w pierwszej połowie roku będą zmuszone do pójścia do szkoły. Oznacza to, że w szkołach będzie jeszcze większe zamieszanie, placówki będą jeszcze bardziej zagęszczone, a lekcje w zerówkach będą się już odbywać nie na dwie, ale na trzy zmiany. A odbijać się to będzie na dzieciach, które i tak w wieku pięciu lat – jak wynika z zatajonego przez MEN raportu – szybciej zniechęcają się do nauki. (...)

Kształcenie ćwierćinteligentów

Jednak żeby nie koncentrować się tylko na pięcio- i sześciolatkach, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, w jakim kierunku (znowu bez choćby wsłuchania się w głos rodziców) idzie edukacja w ogóle. Gdy w ręce wpadły mi podręczniki mojej starszej córki do historii i języka polskiego (takie już mam zboczenie, że to one interesują mnie najbardziej), włosy stanęły mi dęba na głowie. Zamiast normalnej historii Polski (od czasów słowiańskich, przez Mieszka, Chrobrego itd.), którą zapamiętałem z własnej, jeszcze komunistycznej szkoły, mamy rozważania o tym, co to jest nazwisko, jakie mogą być rodzinne pamiątki. Obok tego są wysoce ogólne rozważania na temat tego, czym jest Polska, a także kilka lekcji o starożytności. Można mi oczywiście zarzucić, że się czepiam, ale poziom niewiele tylko wyższy prezentowany jest także podczas lekcji historii w gimnazjum, a do tego zasada jest taka, że jak raz już się coś tam przerobiło, to do tematu już nigdy się nie wróci... (...)

Cały artykuł dostępny w 32. wydaniu Do Rzeczy.

 0

Czytaj także