Dlaczego spada liczba nowych zakażeń? Ekspert odpowiada

Dlaczego spada liczba nowych zakażeń? Ekspert odpowiada

Dodano: 14
fot. zdjęcie ilustracyjne
fot. zdjęcie ilustracyjne / Źródło: PAP / Valdemar Doveiko
Wiele osób z objawami infekcji nie zgłasza się do lekarza POZ, bo nie chce być objętych automatyczną kwarantanną, a w przypadku pozytywnego testu, izolacją trwającą co najmniej 10 dni – tłumaczy konsultant krajowa ds. medycyny rodzinnej dr hab. n. med. Agnieszka Mastalerz-Migas.

Automatyczna kwarantanna nakładana jest na pacjenta, któremu lekarz wystawi skierowanie na badania wykrywające koronawirusa, a na wszystkich domowników, gdy wynik jego testu okaże się pozytywny.

– Część pacjentów nie chce wymazu, by wykryć koronawirusa, bo wiedzą, że będą musieli być poddani prewencyjnej, automatycznej kwarantannie do uzyskania wyniku. To wielu odstrasza – powiedziała Mastalerz-Migas.

Dodała, że niejednokrotnie jest tak, że pacjent zgłasza określone objawy i lekarz chce go skierować na badanie, ale pacjent kategorycznie odmawia.

– Lekarz oczywiście powinien je wystawić, ale często odpuszcza, bo wiąże się to z pretensjami pacjenta. Część lekarzy jednak nie ugina się i wystawia te skierowania – dodała.

Przypomniała, że ustawa z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi mówi jasno, że osoba podejrzana o zakażenie taką chorobą ma obowiązek poddać się badaniom, by ją wykryć, ale ten obowiązek jest nie do wyegzekwowania w praktyce.

Jednocześnie zaznaczyła, że wiele osób, podejrzewając u siebie COVID-19 i czując się dość dobrze, pozostaje po prostu przez 10 dni w domu. Jak wytłumaczyła, w ten sposób chce uniknąć kontroli wojska czy policji, nakładanej w przypadku wykrycia choroby u pacjenta, zachowuje się jednak odpowiedzialnie, tzn. unika wszelkich kontaktów i wychodzenia z domu. W mniejszych miejscowościach dochodzi do tego obawa przed stygmatyzacją. Dodatkowo też coraz więcej osób pracuje zdalnie, więc wychodzi z założenia, że nikomu nie zagraża i nic się nie dzieje, jeśli przebieg choroby jest łagodny.

W projektowanym rozporządzeniu Rady Ministrów w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii kwarantanna ma obowiązywać od dnia wystawienia takiego skierowania. Obecnie nakładana jest od dnia następnego po wystawieniu skierowania.

Wszyscy są zmęczeni

– Automatyczna kwarantanna nakładana jest po to, by pacjent podejrzany o COVID-19, dopóki czarno na białym nie ma wyniku, nie zarażał innych, nie chodził np. do sklepu, znajomych – przypomniała dr Mastalerz-Migas.

Jej zdaniem pewien opór przed wykonaniem badania może wynikać również z tego, że jeszcze do niedawna były spore kolejki do punktów wymazowych, a na wynik badania czekało się kilka dni. Zaznaczyła, że system co prawda zaczął funkcjonować pod tym względem lepiej, ale obawa pozostała. Ludzie są też coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani.

– Na przełomie października i listopada zachorowań infekcyjnych i zgłoszeń do POZ było bardzo dużo. Czym to skutkowało? Na teleporadę czekało się kilka dni, a na wynik wymazu kolejnych kilka. Od pierwszych objawów do uzyskania wyniku mijało często ponad 10 dni, a dopiero od tego dnia była nakładana izolacja. W momencie, kiedy przychodził wynik pacjent już był zdrowy – zauważyła. To zniechęciło pacjentów z niewielkimi objawami do zgłaszania się.

– Poziom frustracji i nieufności jest bardzo duży – dodała.

Czytaj też:
Sośnierz: Szczepionka przyniesie problem, o którym teraz nikt nie mówi

Kwarantanna realnie dłuższa

Do tego – jak mówiła dalej – dochodzi jeszcze fakt, że izolacja nakładana jest na osobę chorą od momentu otrzymania dodatniego wyniku, co wydłuża czas zamknięcia w czterech ścianach takiej osoby, ale również wszystkich domowników. Odbywają oni kwarantannę dodatkowo jeszcze przez 7 dni od dnia, gdy ozdrowieniec został z izolacji swojej zwolniony. Jeśli się policzy te dni, to rodzina zakażonego może przebywać w kwarantannie nawet miesiąc.

Równocześnie wskazując przyczynę spadku liczby zleceń POZ na testy diagnostyczne wymieniła fakt zamknięcia szkół, który wpłynął na zmniejszenie infekcji w ogóle, w tym również zachorowań na koronawirusa.

– Tutaj z jednej strony mamy do czynienia z efektem częściowego lockdownu, czyli przede wszystkim zamknięcia szkół. To niewątpliwie wpłynęło na zmniejszenie przemieszczania się ludzi. Szkoły zawsze są w sezonie infekcyjnym miejscem szerzenia się różnych patogenów – również koronawirusa – wskazała dr hab. Mastalerz-Migas.

Przechodzenie na naukę zdalną następowało sukcesywnie wraz ze wzrostem zakażeń i pogarszaniem sytuacji epidemiologicznej. Najpierw wprowadzono ją w szkołach wyższych i ponadpodstawowych, pod koniec października dołączyły dzieci z klas IV-VIII szkół podstawowych, a w drugim tygodniu listopada uczniowie klas I-III. Do stacjonarnego nauczania uczniowie mają szansę wrócić od 18 stycznia.

Czytaj też:
Którą szczepionkę otrzyma pacjent? Niedzielski wyjaśnia

Źródło: PAP
 14
Czytaj także