KrajJak uciekłem z Auschwitz

Jak uciekłem z Auschwitz

KL Auschwitz-Birkenau
KL Auschwitz-Birkenau / Źródło: Flickr / Fabrizio Sciami / CC BY-SA 2.0
Dodano 4
Czterech więźniów wyjechało samochodem z obozu w mundurach SS! Ze świadkiem historii Kazimierzem Piechowskim rozmawia Piotr Włoczyk

PIOTR WŁOCZYK: Jak się pan czuł, gdy zakładał pan mundur SS-Untersturmführera po dwóch latach niewoli w Auschwitz?

KAZIMIERZ PIECHOWSKI: Znakomicie (śmiech). Do samego końca bałem się jednak, że nie uda nam się stamtąd wydostać.

Kto wpadł na pomysł, żeby w tak nieprawdopodobny sposób spróbować uciec z Auschwitz?

Wszystko zaczęło się od Eugeniusza Bendery, kolegi z obozu. Pracowaliśmy wtedy w tym samym komandzie przy magazynach SS. Załapanie się do tej pracy oznaczało koniec zimna i głodu. To było marzenie, bo nad naszymi głowami był dach, a poza tym można było tam zorganizować dodatkowe jedzenie. Magazyny były olbrzymie – zaopatrywały oddziały SS stacjonujące od Wrocławia do Dniepropietrowska.

Gienek Bendera był złotą rączką, jeżeli chodzi o mechanikę, w związku z czym Niemcy wyznaczyli go do pracy w warsztacie samochodowym. Na początku maja 1942 r. Gienek zwierzył mi się: „Kazek, Boże kochany, dowiedziałem się, że jestem na liście do likwidacji”. Każdy z więźniów miał swoją teczkę. Gienek dowiedział się od kogoś, kto pracował w biurze, że niedługo zostanie zamordowany. Spytał mnie, czy możliwa jest ucieczka z Auschwitz. Pomyślałem sobie, że Gienek przez ten strach nie wie, co mówi. Więźniowie uciekali wprawdzie z komand pracujących poza obozem, ale z samego obozu wewnętrznego nie sposób było się wydostać. Wszędzie były psy, wartownicy, a ogrodzenie nie miało słabych punktów. Ucieczka była po prostu niemożliwa!

Poza tym chyba każdy zdawał sobie sprawę z tego, że w przypadku ucieczki inni więźniowie zapłacą za jego wolność życiem.

To prawda. Karl Fritzsch, zastępca komendanta obozu, osobiście wygłaszał więźniom z nowych transportów swoją wyuczoną na pamięć kwestię: „To nie jest sanatorium! To jest obóz koncentracyjny Auschwitz i tu trzeba pracować! Ale jeżeli przyjdzie komuś do łba jakaś głupia myśl, to niech wie, że jeżeli ucieknie z komanda pracy, to dziesięciu z tego komanda pójdzie na śmierć. Jeżeli ucieknie z baraku, to dziesięciu z tego baraku zostanie zabitych za niego. To sobie zapamiętajcie”.

Jednak mimo wszystko zaczął się pan zastanawiać nad ucieczką.

Pytałem siebie w myślach: „Jak mogę pomóc koledze?”. Pewnego razu Gienek powiedział: „Pracuję w warsztacie, więc mógłbym zorganizować samochód, a to już będzie coś. Ty przecież znasz niemiecki, więc może jakoś zorganizujemy ucieczkę”. Ja jednak dalej nie wierzyłem w powodzenie takiego przedsięwzięcia. Jak to niby miałoby wyglądać? W pasiakach wyjechalibyśmy tym autem z obozu? (śmiech)

Stwierdziłem jednak, że choć to wszystko jest zupełnie nierealne, pomyślę nad ucieczką. Chodziło o zachowanie w tej sprawie czystego sumienia, bo naprawdę chciałem pomóc Gienkowi. Zacząłem więc opracowywać plan. Żeby uciec, należało rozwiązać cztery węzły. Każdy jednak wydawał się nie do rozwiązania.

Co było pierwszym problemem?

Jak wyjść przez bramę „Arbeit macht frei” z obozu wewnętrznego? Praca była zorganizowana w komandach. Każde komando miało swojego kapo. Przy bramie esesman sprawdzał, czy wszystko gra – zarówno w drodze z obozu wewnętrznego, jak i z powrotem. Jak mielibyśmy przejść przez tę bramę po wprowadzeniu nas z powrotem po zakończeniu pracy? Gienek powiedział, że trzeba tu będzie wykorzystać moją znajomość języka niemieckiego. Tylko jakie ja miałem komando pracy wyprowadzić?

I nagle olśnienie – Rollwagenkomando! W obozie wewnętrznym nie było przecież żadnych środków lokomocji oprócz zaprzęgów ludzkich. Najmniejszy wózek musiał być ciągnięty przez minimum czterech więźniów. Brakowało nam więc jeszcze dwóch kompanów do ucieczki. Gienek zagadnął w tej sprawie Józefa Lemparta, księdza z Wadowic, który z nim pracował w warsztacie. Było nas już trzech.

Ja z kolei porozmawiałem na ten temat z Alkiem Kiprowskim, kolegą z harcerstwa, z którym trafiłem do Auschwitz już 20 czerwca 1940 r. w drugim transporcie więźniów. Alek odmówił. Zapytałem więc innego znajomego harcerza – Stanisława Jastera z Warszawy – czy chciałby z nami spróbować uciec. Zgodził się.

Czyli utworzyliście w ten sposób fikcyjne komando złożone jedynie z czterech więźniów, żeby nikt inny nie zginął – Niemcy w końcu trzymali się swoich własnych przepisów.

Dokładnie. Wybraliśmy sobotę 20 czerwca 1942 r. Równo dwa lata wcześniej trafiłem do Auschwitz. W magazynach SS pracowało się od poniedziałku do piątku od ośmiu do 12 godzin dziennie. W soboty pracowaliśmy jednak tylko do godz. 12. W południe esesmani zamykali magazyn na cztery spusty i mieli – jak byśmy to dziś powiedzieli – weekend. My z kolei byliśmy zabierani z powrotem przez bramę „Arbeit macht frei” do obozu wewnętrznego. Czasem wyznaczano nam inne zajęcia, a czasem mieliśmy wolne.

Szkopuł w tym, żeby wartownik nie sprawdził w zeszycie, co to za czteroosobowe komando z wózkiem pełnym odpadków wychodzi przez bramę poza obóz wewnętrzny. Jeżeliby sięgnął do swoich papierów, to esesmani wzięliby nas stamtąd prosto do komory gazowej. Jednak nie sprawdził. W ten sposób udało się nam wyjść przez bramę „Arbeit macht frei”.

To dopiero początek. Za bramą obozu wewnętrznego były kolejne zasieki i posterunki wartownicze.

Tak, tu dochodzimy do drugiego węzła: jak dostać się do warsztatu samochodowego, w którym pracował Gienek Bendera? Udało nam się jednak dorobić klucz. Niemcy byli przyzwyczajeni do widoku Gienka jeżdżącego samochodami w pobliżu warsztatu – w końcu musiał się przekonać, czy wszystko działa. To była nasza szansa.

Trzeci węzeł: skąd wziąć mundury? Pewnego dnia zauważyłem jednak, że na drugim piętrze magazynu, przy którym pracowaliśmy, znajdowało się pomieszczenie wypełnione mundurami i bronią! To odkrycie dodało nam skrzydeł. Nasza ucieczka stawała się coraz bardziej realna.

Przy magazynie znajdował się bunkier z koksem. Był on połączony z magazynem. Klapy do bunkra były zabezpieczone śrubami. Ostatniego dnia pracy wyjąłem je tuż przed powrotem do obozu wewnętrznego. W ten sposób mogliśmy się dostać do środka. Po szczęśliwym przejściu przez bramę „Arbeit macht frei” we trzech weszliśmy do pustego magazynu, przebraliśmy się w mundury esesmanów i wybraliśmy sobie broń. Ja miałem odgrywać rolę Untersturmführera. Reszta kolegów miała być szeregowcami. Chwilę później Gienek Bendera podjechał pod drzwi magazynu steyrem 220.

Służbowym autem komendanta obozu...

Zgadza się. Wyszedłem przed budynek. Esesman z pobliskiego posterunku miał nas w polu widzenia, więc Gienek wychodząc z auta, zdjął czapkę, odgrywając rolę posłusznego więźnia. Ja z kolei zdecydowanym ruchem ręki kazałem Gienkowi wejść do środka, by mógł przebrać się za esesmana. Chwilę później wyszliśmy we czterech w mundurach i załadowaliśmy się do auta.

Ile mieliście przy sobie broni?

Dużo. Zabraliśmy jej ze sobą tyle, ile tylko zmieściło się w bagażniku (śmiech). Mieliśmy broń krótką, automaty i granaty.

Byliście gotowi jej użyć?

Umówiliśmy się, że gdyby nie udało nam się wyjechać z obozu, od razu skończymy ze sobą. Gdybyśmy bowiem zabili przy okazji esesmanów, wiedzieliśmy, że co najmniej kilkuset więźniów zginęłoby z naszego powodu. Jeżeli jednak udałoby się nam uciec, to za obozem mieliśmy zrobić użytek z tego, co zabraliśmy z magazynu.

Został wam jeszcze do omówienia czwarty węzeł.

No właśnie – nie wiedzieliśmy, jak wygląda procedura przekraczania ostatniego posterunku wartowników. Czy trzeba było mieć przepustkę? A może Niemcy mieli jakieś ustalone hasło, bez którego nie można było wyjechać na zewnątrz? Jechaliśmy zupełnie w ciemno. Gienek oczywiście był naszym kierowcą. Po drodze minęliśmy esesmana. Jedną ręką podpierał rower, a w drugiej trzymał papierosa. Gdy tylko nas zobaczył, od razu wyrzucił papierosa i wyprostował rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Był to dobry znak – wyglądało na to, że nasze mundury robiły swoje.

Szlaban był jakieś 200 metrów przed nami. Po prawej stronie stała budka strażnicza. W środku widać było dobrze uzbrojonego esesmana. Obok przy stoliku siedział drugi wartownik. Szlaban jednak wciąż był opuszczony. Esesmani widzieli nas, a mimo to niczego nie robili. Sto metrów i wciąż nic... Powoli zacząłem się w myślach żegnać ze swoją mamą. Dwadzieścia metrów przed szlabanem Gienek zredukował do jedynki i zaklął cicho. Nagle poczułem uderzenie w kark i usłyszałem: „Kazek, zrób coś”. To był ksiądz Józef Lempart, który siedział za mną. Nie musiał tego robić. Sam dobrze wiedziałem, że nadeszła pora, żebym odegrał swoją rolę.

Nie bał się pan o swój niemiecki?

Nie. Od dziecka rozmawiałem w tym języku – mój bardzo bliski przyjaciel był Niemcem. Mieszkaliśmy w Tczewie przy tej samej ulicy. Potem w szkole też uczyłem się niemieckiego, więc czułem się bardzo pewnie, mówiąc w tym języku.

Dojechaliście w końcu pod sam szlaban...

Gwałtownie otworzyłem drzwi i wystawiłem ramię, żeby wartownik zobaczył moje dystynkcje. Krzyknąłem ze złością: „Śpisz, idioto?! Otwieraj do jasnej cholery!”. Udało się. Esesman podskoczył jak na sprężynie, krzycząc przy tym: „Ja, ja, ja!”. Zaczął szybko kręcić korbą, otworzył szlaban i machnął nam jeszcze „Heil Hitler”.

Co pan na to?

A co miałem zrobić? Odmachnąłem mu (śmiech).

Wolność.

Tak. Pierwszą część mieliśmy za sobą. Teraz interesowała nas Generalna Gubernia. Za Wadowicami skręciliśmy w leśną drogę, która zamieniła się w potok. W końcu nasz samochód nawalił. Oddaliliśmy się jednak od Auschwitz dobrze ponad 100 km. Wiedzieliśmy, że przez kilka godzin nikt nie będzie nas ścigał, bo dopiero na wieczornym apelu okaże się, że brakuje czterech więźniów.

Przez dwa tygodnie przedzieraliśmy się przez lasy w mundurach esesmanów. Szliśmy na wschód w kierunku Czortkowa, gdzie Gienek Bendera miał rodzinę. Nie zdradzaliśmy się napotkanym ludziom, że – choć mamy na sobie niemieckie mundury – jesteśmy uciekinierami z Auschwitz. Nie ma się więc co dziwić, że ludzie zachowywali się w stosunku do nas bardzo... cichutko (śmiech). Po drodze odłączył się od nas Staszek Jaster, który stwierdził, że chce wracać prosto do Warszawy.

Niemcy jeszcze długo po ucieczce was ścigali.

Dwa razy „spotykaliśmy się” z Niemcami. Za każdym razem jednak te „spotkania” kończyły się dla nas szczęśliwie, tylko za drugim razem Józef Lempart został ranny w nogę. Musieliśmy go zostawić po drodze na plebanii u pewnego księdza. W końcu też rozdzieliliśmy się z Gienkiem. Ja trafiłem do partyzantki, gdzie walczyłem do końca wojny.

Gdy cieszył się pan wolnością, nie bał się pan jednocześnie, że ktoś spośród więźniów mógł jednak zostać zamordowany z waszego powodu?

Nie, ponieważ dobrze się zabezpieczyliśmy, tworząc to fikcyjne komando. Byłem więc zupełnie spokojny o innych więźniów. Wiedzieliśmy, jak działają Niemcy. Zginął tylko nasz kapo, który był absolutnie niewinny. Niemcy podejrzewali, że nam pomagał, ale to oczywiście nie była prawda.

Co się działo w obozie po waszej ucieczce?

Załoga obozu miała duży problem. Z Berlina przysłana została specjalna komisja, która strofowała pracujących w Auschwitz Niemców: „Macie tu pięć tysięcy esesmanów i nie daliście rady upilnować czterech wygłodniałych więźniów?”. O wszystkim, co działo się w Auschwitz po naszej ucieczce, dowiedziałem się tuż po wojnie od Alka Kiprowskiego, tego samego, który odmówił udziału w naszej ucieczce. Proszę sobie wyobrazić, że uciekł on z obozu 2,5 miesiąca po nas. Spotkaliśmy się w naszym rodzinnym Tczewie. Alek powiedział mi, że sześciu Niemców z obozu wysłanych zostało w związku z naszą ucieczką na front wschodni, ale żaden z więźniów nie ucierpiał.

Jak się pan znalazł w Auschwitz?

Razem z Alkiem – byliśmy kolegami z harcerstwa – w listopadzie 1939 r. chcieliśmy się przedostać przez Węgry do Francji. Niemcy złapali nas tuż przy granicy. Po ośmiu miesiącach spędzonych w różnych więzieniach 20 czerwca 1940 r. trafiliśmy do Auschwitz w drugim transporcie. Stałem się numerem 918.

Jak wyglądał początek Auschwitz?

Ludzie z pierwszych dwóch transportów rozbudowywali obóz. Ja sam pracowałem między innymi przy budowie krematorium. Potem rozpoczęło się najgorsze piekło – wożenie trupów do spalenia. Kiedy krematoria nie dawały rady, Niemcy zaczęli wykorzystywać stosy palne. Wieczorami nad obozem unosiła się czerwona łuna sięgająca aż do nieba. Piekło Auschwitz było czymś znacznie więcej niż to, na które tak często powołujemy się w codziennych rozmowach.

Który Niemiec z obozu najbardziej zapadł panu w pamięć?

Najgorszy z nich wszystkich był Rapportführer Gerhard Palitzsch. To był diabeł odpowiedzialny za mordy pod ścianą śmierci. Sześć tygodni pracowałem w Leichenkomando. Wywoziliśmy spod ściany śmierci zwłoki rozstrzelanych ludzi do krematorium. Palitzsch osobiście strzelał tym ludziom w tył głowy.

Podjeżdżaliśmy wozem pod bramę bloku nr 11, nazywanego blokiem śmierci. Palitzsch ryczał: „Tor auf” i więźniowie otwierali bramę. Wjeżdżaliśmy do środka. Palitzsch nawet po egzekucjach dźgał zwłoki, a nas kopał. Wciąż było mu mało krwi. To był diabeł, a nie człowiek. Każdy członek naszego komanda wiedział, co ma robić. Bez słowa szliśmy do góry trupów – ja przykładowo ładowałem je na wóz, łapiąc je za kostki, a drugi więzień chwytał za ręce. Nie wiem dokładnie, ile ciał wywiozłem spod ściany śmierci, ale musiały to być tysiące...

Odczuł pan na własnej skórze bestialstwo Niemców?

Tak. Za zaczerpnięcie dodatkowej porcji zupy zostałem skazany na tzw. karę słupka. Była to potworna kara – człowiek wieszany był za związane z tyłu ręce. Stawy i mięśnie od tego wysiadały.

Niewykluczone, że jest pan ostatnim żyjącym świadkiem heroicznego czynu ojca Maksymiliana Kolbego. W jakich okolicznościach trafił pan do tego samego bloku, na którym więziony był franciszkanin?

Moje dwa lata w Auschwitz zaczęły się od bloku nr 2. Po czterech miesiącach zostałem przeniesiony gdzie indziej. Niemcy przesuwali w ten sposób więźniów, żeby ludzie nie przebywali ze sobą dłuższy czas w jednym miejscu – miało to zapobiegać buntom. Tak się złożyło, że w końcu trafiłem do bloku, w którym był także ojciec Kolbe. Pamiętam, że siedział sobie spokojnie w rogu. Spytałem jednego z więźniów o to, kim jest ten człowiek. W odpowiedzi usłyszałem: „Naprawdę nie wiesz, kto to jest? To ojciec Kolbe!”. Słyszałem o nim już wcześniej, ale nie wiedziałem, jak wygląda.

Po tym, gdy pewien człowiek zbiegł z naszego bloku, Niemcy ustawili nas w 10 szeregach. Idzie Niemiec ze skórzanym pejczem i wskazuje ludzi do wykończenia. Wybierał po jednym z każdego szeregu. Stałem wtedy w drugim rzędzie. W pewnym momencie usłyszałem za plecami krzyk mężczyzny: „Jezus Maria, moje dzieci!”. Usłyszał to również ojciec Kolbe. Po tym, gdy Niemcy wyznaczyli już całą dziesiątkę, ojciec Kolbe wystąpił z szeregu. Zwykle chodził pochylony, ale akurat wtedy szedł wyprostowany. Powiedział: „Chcę iść na śmierć za tego człowieka”. Niemcy zaczęli się śmiać i powiedzieli: „Proszę bardzo, jeżeli chce, to niech idzie”. Dokonano wymiany i ojciec Kolbe poszedł na śmierć.

Koniec wojny nie oznaczał dla pana spokoju. Za przynależność do AK znów zapłacił pan własną wolnością.

Skazano mnie na 10 lat więzienia. Komunistyczni śledczy stwierdzili, że w domu w szufladzie trzymałem pistolet. Zostałem aresztowany na początku 1946 r. Wyszedłem po siedmiu latach, ale nie siedziałem cały czas w więzieniach. Zostałem wysłany na Śląsk, gdzie trzy lata przepracowałem w trzech kopalniach. Muszę w tym miejscu wspomnieć o tym, jak nas – więźniów – traktowali górnicy. Dzięki nim nigdy nie byliśmy głodni. Górnicy żywili nas od pierwszego dnia aż do samego końca. Nigdy tego nie zapomnę. W końcu wypuszczono mnie na wolność przed terminem. Musiałem jak najszybciej odzyskać swoją młodość, którą najpierw zabrali mi Niemcy, a potem komuniści.

--------------------

Kazimierz Piechowski (ur. 1919) po wyjściu na wolność w PRL został inżynierem. Po upadku komunizmu – dzięki pieniądzom ze sprzedaży ziemi – zaczął jeździć po świecie. Odwiedził ponad 60 krajów na czterech kontynentach.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2014
Artykuł został opublikowany w 6/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mpu
 4
  • radosław piotrowski IP
    Człowiek historia. Jego życie to gotowy scenariusz na świetny film.
    Dodaj odpowiedź 17 0
      Odpowiedzi: 0
    • VA BANK IP
      " Roszczenia o reperacje wojenne od Niemiec sa nie uzasadnione i nie moralne " - Minister Spraw Zagranicznych Niemiec Sigmar Gabriel .
      Dodaj odpowiedź 13 5
        Odpowiedzi: 1

      Czytaj także