KrajŁowca Sowietów

Łowca Sowietów

Dodano
Ze Zbigniewem Lubienieckim, autorem wspomnień pt. „Łowca” rozmawia Piotr Zychowicz.

Piotr Zychowicz: Kiedy po raz pierwszy strzelał pan do Sowietów?

Zbigniew Lubieniecki: To było w roku 1946, w okolicach Dębna Lubuskiego, na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pracowałem w rozlewni piwa i przewoziłem platformą konną skrzynki pełne butelek do Mieszkowic. W pewnym momencie zatrzymał mnie sowiecki patrol. Trzech ludzi. Oczywiście ograbili mnie z tego piwa i zaczęli na miejscu pić. Mieli już dobrze w czubie, byli agresywni. Ta historia mogła poto- czyć się w różny sposób. Bolszewicy byli nieobliczalni, działo się to na całkowitym pustkowiu. Wykorzystałem więc ich nieuwagę, wyciągnąłem spod kozła pepeszę i otworzyłem ogień. To był impuls. (...)

Tak się zaczęło pańskie polowanie?

Bolszewików w okolicy było mnóstwo. Siedzieli w kilku bazach wojskowych, z których rozłazili się na całą okolicę. Bardzo często pojedynczo. Szukali jedzenia, kobiet, ale przede wszystkim wódki. Zacząłem więc polować na kolejne okazje. Skoro wtedy, na drodze, poszło tak łatwo, postanowiłem jeszcze upuścić im trochę krwi. Zacząłem się szwendać koło baz. Znajdowałem odpowiednie miejsca, sprawdzałem, jakimi drogami chodzą. Jak można się najlepiej wycofać. Trwało to całymi tygodniami, zanim udawało mi się trafić na odpowiednią okazję. Musiało to być w odludnym miejscu, na jakiejś leśnej ścieżce. Musiałem mieć stuprocentową szansę, że trafię i uda mi się czmychnąć. Dopiero wtedy naciskałem na spust. (...)

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 49/2014
Cały wywiad dostępny jest w 49/2014 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dtc

Czytaj także

 0

Czytaj także