KrajO Witoldzie Kieżunie na poważnie

O Witoldzie Kieżunie na poważnie

Kieżun
Kieżun
Dodano
Sławomir Cenckiewicz, Piotr Woyciechowski

„Błędy popełnia każdy, ze mną na czele” – powiedział niedawno dr Piotr Gontarczyk zapowiadając swój artykuł w tygodniku w obronie rzekomo skrzywdzonego prof. Witolda Kieżuna. Niestety, jego tekst „Zakłamana lustracja” („W Sieci”, nr 50, 2014) jest jedynie potwierdzeniem tego, że właśnie popełnił kolejny błąd. 

Kiedy publikowaliśmy swój pierwszy tekst na temat związków prof. Kieżuna z SB, liczyliśmy na merytoryczną dyskusję na temat przedstawionych faktów. Histeria jaką wywołał nasz tekst spowodowała, że redakcja „Do Rzeczy” zdecydowała się opublikować na swojej stronie najważniejsze dokumenty na temat profesora pochodzące z archiwum IPN. To uspokoiło sytuację na tyle, że nawet niektóre z pierwotnie krytykujących nas osób, wycofały się z oskarżeń o manipulację i wyrządzoną krzywdę Witoldowi Kieżunowi. 

Jedynie liderzy środowiska „W Sieci”, które od dłuższego czasu posługiwało się autorytetem Witolda Kieżuna, nie chciało pogodzić się z faktami i publikowało kolejne wersje często sprzecznych ze sobą „wyjaśnień” profesora. Niestety, jeszcze zanim tygodnik „Do Rzeczy” opublikował nasz artykuł Tajemnica „Tamizy”” jednoznacznie i autorytatywnie wypowiadał się w tej sprawie dr Piotr Gontarczyk, cieszący się przecież opinią specjalisty od lustracji z IPN: „To jest publikacja po prostu skandaliczna. Wydaje mi się, że za opublikowaniem takiego artykułu stała tylko i wyłącznie zemsta na człowieku, który wypowiadał się inaczej, niż autorzy „Do Rzeczy” na temat Powstania Warszawskiego”. Później, już po lekturze naszego tekstu, na chwilę złagodniał i portalowi wPolityce.pl powiedział: „Warto podkreślić, że autorzy tekstu do prof. Kieżuna odnoszą się z elegancją i kurtuazją, dano mu też możliwość odpowiedzi. Także wstępniak Pawła Lisickiego emanuje kulturą”. A w „Super Expressie” dodał, że nasz „tekst wydaje się solidny pod względem merytorycznym, gdyż autorzy po prostu znają się na rzeczy”.

Minęły trzy miesiące i znów mogliśmy przeczytać o naszej pracy: „to jest masowe, zaprogramowane i konsekwentnie realizowane działanie prowadzone ewidentnie w złej wierze”. Zaś tekst „Zakłamana lustracja” utkany jest z emocjonalnych, prześmiewczych i osobistych obelg, czasem kilkakrotnie powtarzanych, które bez wątpienia zapadną u wielu czytelników w pamięci: „błędy i celowe przeinaczenia”, „konfabulacje”, „usuwają z dokumentów różne informacje dopisując inne”, „ciężkie insynuacje”, „zmyślenia”, „sfałszowania”, „zarzuty bez pokrycia”, „nic się nie zgadza”, „wiedzieli, że to nieprawda”, „usunęli”, „50-60 błędów” (w wywiadach padają też inne liczby), „to było zamierzone”, „metodyczne falsyfikowanie faktów”, „kolejna porcja kłamstw”, „szyderstwa i kolejne kłamstwa”. 

Całość wieńczy specjalnie wykonana sesja zdjęciowa, na której broniony przez eleganckich rekonstruktorów prof. Witold Kieżun trzyma w ręku pistolet, z suflowanym przekazem „to wstrząsająca lektura”, zaś autor już na samym początku formułuje w leadzie twardy osąd, że „Tajemnica „Tamizy”” przejdzie do historii jako najgorszy tekst poświęcony lustracji. 

Zastosowano strategię unieważniania prawdy o Witoldzie Kieżunie, którego kariera naukowa, paszport w kieszeni, zakłamane i zideologizowane publikacje oraz współpraca z SB, mimo bohaterstwa czasów wojny i zsyłki do Sowietów, zaprowadziły ostatecznie nawet na sale wykładowe KC PZPR. Towarzyszy temu agresja i emocje, włącznie ze skandaliczną sugestią, że Witold Kieżun wręcz umrze przez nasz tekst, które przesłaniają myśl przewodnią zaprezentowanego przez Piotra Gontarczyka wywodu będącego raz próbą udowodnienia popełnionych przez nas błędów, innym znów razem histeryczną obroną profesora przed zarzutem agenturalności. 

Gdybyśmy chcieli potraktować atak Piotra Gontarczyka z ironią, to powtórzylibyśmy jego metodę i napisalibyśmy, że na obronę Kieżuna zdecydował się z osobistego oportunizmu, by uniknąć takich np. ocen: „Gontarczyk nie pisze książek historycznych, tylko pamflety – mówią naukowcy. Według niego wszyscy komuniści to degeneraci, a Żydzi w dużym stopniu sami ponoszą winę za antysemityzm” („Gontarczyk: maczuga na komunistów”, „Gazeta Wyborcza”, 21 czerwca 2008 r.). Dzisiaj Gontarczyk zamienia się miejscami z Wojciechem Czuchnowskim i Adamem Leszczyńskim, którzy wówczas zarzucali mu, że „w 2005 r. wydał książkę »Tajny współpracownik Święty«, w której wyrokuje, że Marian Jurczyk, przywódca strajków z Sierpnia '80 w Szczecinie, oczyszczony przez Sąd Najwyższy z zarzutów współpracy z SB, był agentem”. 

Gontarczyk przejął podobną metodę od mainstreamowych „cyngli”. Pamiętamy, jak kiedyś w TVN 24 Stefan Niesiołowski apelował, by nigdy więcej w mediach nie wymieniano nazwisk Gontarczyka i Cenckiewicza. Dziś to sam Gontarczyk nazywa nas „duetem C. i W.”. W tej samej stacji Monika Olejnik starała się dowieść Gontarczykowi, że jego zasługi dla Polski są mniejsze niż Gromosława Czempińskiego. Obecnie Gontarczyk we Frondzie.pl oznajmił, że panowie Cenckiewicz z Woyciechowskim „mają trochę mniejsze od niego [Kieżuna] zasługi dla Polski”. Andrzej Friszke i inni krytyki książki „SB a Lech Wałęsa” pisali z kolei, że „książka nie jest obiektywna” bo „ma udowodnić słuszność oskarżeń stawianych Wałęsie”, a teraz Gontarczyk mówi o nas, że „wzięliśmy akta i postawiliśmy sobie pytanie: jak ich użyć, żeby możliwie jak najmocniej uderzyć w Profesora?”.  

Ale w przejęciu tej retoryki jest jeszcze coś znacznie gorszego. Otóż przez wytknięcie jakiegokolwiek potknięcia czy błędu w cytacie Gontarczyk próbuje unieważnić nie tylko nasze ustalenia w sprawie Witolda Kieżuna, ale również całość sprawy jego uwikłania we współpracę z SB i lojalności wobec systemu. Ten zabieg stosowany był już wobec Gontarczyka, kiedy w jednej z książek IPN o Marcu ’68 napisał, że ojciec Adama Michnika był skazany przez sąd II RP za szpiegostwo na rzecz Sowietów, choć w rzeczywistości był skazany za próbę oderwania ziem wschodnich Polski i chęć przyłączenia ich do ZSRS. Albo gdy w książce o Marianie Jurczyku nadzwyczaj sugestywnie napisał bez podstaw źródłowych, że jego formalne wyrejestrowanie z agenturalnej sieci szczecińskiej SB może oznaczać jeszcze większe zakonspirowanie agenta. Najbardziej znaną tego typu manipulacją i próbą unieważnienia całości naukowo przeprowadzonego procesu dowodowego w sprawie współpracy Wałęsy z SB była sprawa książki „SB a Lech Wałęsa”. Kilka miesięcy po jej wydaniu okazało się, że kpt. Edward Graczyk, o którym na podstawie akt sądowych Gontarczyk z Cenckiewiczem napisali, że zmarł, jednak żyje i mieszka w Gdańsku. Wówczas niechętne IPN środowiska próbowały zakwestionować całość ustaleń dotyczących współpracy Wałęsy z SB. „Cenckiewicz z Gontarczykiem nie szukali Graczyka, bo nie było to im potrzebne. Esbek mógłby zaciemnić jednoznaczny obraz, jaki nakreślili. Wystarczyły im dokumenty SB, które jasno mówiły, jak to heros bezpieki Graczyk «złamał» i «zwerbował» agenta «Bolka». Cenckiewicz i Gontarczyk tylko tę tezę podbudowywali dogłębnie, eliminując wszystko, co niewygodne. Martwy esbek był wygodny” – napisał Wojciech Czuchnowski. Dziś niemal identycznie argumentuje… Gontarczyk. 

Ale nawet mimo takiej formy przedstawienia nam zarzutów przez Piotra Gontarczyka, której towarzyszy po chuligańsku okładanie nas przymiotnikami w różnych mediach, postanowiliśmy na nie wszystkie odpowiedzieć.  

Rozpracowywany?

Otóż analizując jawne życie Witolda Kieżuna w PRL trudno założyć – jak pisaliśmy – że „po 1956 r. był [on] kiedykolwiek traktowany przez władze PRL jako przeciwnik reżimu” („Do Rzeczy”, nr 40, 2014). Nasz adwersarz uznał ten pogląd za nieprawdziwy i podał dowód w postaci cytatu z notatki kpt. Tadeusza Szlubowskiego na temat sprawy operacyjnej o kryptonimie „Młodzi” z lat 1965-1969 dotyczącej grupy młodych działaczy Stronnictwa Demokratycznego dążących do przeciwstawienia się PZPR (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 45-46). Stwierdził ponadto, iż „napisaliśmy, że tego wszystkiego nie ma” (nie podając tylko w którym z tekstów tak napisaliśmy) tworząc przy tym wrażenie, że „Młodzi” była sprawą indywidualnego rozpracowania prof. Kieżuna („w latach 60. był on rozpracowywany”), a to nie jest prawdą. 

A zatem do rzeczy: to, że nasz bohater „przechodził” w sprawie „Młodzi” nie oznacza, że był indywidualnie rozpracowywany przez SB, a tym bardziej, że władze uznały go wówczas za wroga systemu. Historia komunizmu zna sprawy „przechodzenia” w aktach bezpieki o wiele wyżej usytuowanych ludzi establishmentu PRL, z członkami władz partyjnych włącznie, ale nikt rozsądny nie uzna tego faktu za koronny dowód ich antyreżimowej postawy. Gontarczyk poucza nas, że nie znamy akt tej sprawy, choć i sam, poza spisaniem sygnatury z inwentarza IPN, nie wykazał się jej znajomością. My ją jednak znamy. Z obszernych materiałów sprawy „Młodzi” wynika, że geneza działalności środowiska młodych SD związana była z wewnętrznym konfliktem w SD, którego stawką była próba marginalizacji znanego komunisty oddelegowanego do SD jeszcze w czasach przez PPR – Leona Chajna, jako członka Centralnego Komitetu SD. Chajn był zresztą początkowo patronem owych młodych w SD (IPN BU 01224/1603, k. 28). Wbrew pozorom, Witold Kieżun nie był natomiast głównym „figurantem” sprawy „Młodzi”, chociaż z różną intensywnością „przechodził” w tej sprawie (np. IPN BU 01224/1603, k. 138-139, 238). Sprawa ta nie zagroziła mu także w karierze w NBP, a nawet nie pociągnęła zakazu podróżowania na Zachód. Zresztą sprawa młodych w SD stała się w 1973 r. przedmiotem większej analizy SB, a i sam Kieżun otrzymał polecenie pisemnego opracowania informacji o swojej roli w Kole Młodych SD (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 33), które zresztą włączono także do akt archiwalnych sprawy „Młodzi” (IPN BU 01224/1603, k. 239). Uczynił to niezwłocznie odcinając się od swoich kolegów konspiratorów m.in. w słowach: „wyjaśniam, że w latach 1969 i 1970 jako członek Centralnego Ośrodka Aktywu SD nie brałem udziału w akcjach mających na celu dokonanie zmian w kierownictwie” a sprawa jego udziału w „rozróbce”, z którą nie chciał mieć nic do czynienia „nie odpowiada zupełnie prawdzie” (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 85). Co ciekawe, podczas naszych rozmów prof. Kieżun powracał do sprawy młodych w SD i ku naszemu zdziwieniu podtrzymał stanowisko złożone na piśmie SB. W pisemnej relacji złożonej nam wiosną br. ponadto napisał, że kpt. Szlubowski przyszedł mu z pomocą: „Podanych pracowników organów SD osobiście nie znałem. Istotnie w 1968 roku zwrócił się do mnie jeden z dawnych członków studiów doktoranckich z Wydziału Finansów UW ( nie pamiętam już nazwiska) z informacją, że w ramach poruszenia politycznego w 1968 roku są mocne tendencje uniezależnienia SD od PZPR i rozszerzenie jego ideologii o moją koncepcję z mojej pierwszej pracy doktorskiej (odrzuconej na Wydziale Finansów Uniwersytetu Warszawskiego ze wzglądów politycznych - koncepcja wolnorynkowej Drobnej Państwowej Wytwórczości Przemysłu Terenowego). Piszę o tym w „Magdulka i cały świat”). Na początku 1975 roku Szlubowski mnie wezwał i zawiadomił, że jest wstrzymana moja profesura ze względu na tę akcję z 1968 roku. Zaproponował, żebym napisał, że w 1968 roku pisałem pracę habilitacyjną pracując po 12 godzin dziennie i w żadnej działalności w kierunku realizacji mojej idei nie przedsiębrałem. Ostatecznie profesurę dostałem. W tym przypadku Szlubowski zachował się przyzwoicie”. Niestety, do tych spraw nasz krytyk się nie odniósł wywołując temat rzekomego rozpracowania.

Zresztą, gdyby nasz adwersarz rzetelniej i bez emocji podszedł do swojego zadania, to sięgnąłby chociażby do akt Tadeusza Macińskiego „Prusa”. Możemy w nich znaleźć m. in. notatki na temat organizowanych w jego mieszkaniu spotkań byłych żołnierzy NOW-AK po 1956 r., w których Kieżun uczestniczył, a później w związku z tym był nawet ostrzegawczo rozpytywany przez bezpiekę w październiku 1957 r. (IPN BU 01224/1010, k. 60-61, 89-92, 98 i 110). Ale mimo tego, również i to nie jest dowód ani na rozpracowanie Kieżuna przez SB, ani tym bardziej na jego wrogość do systemu, bo przecież wówczas był on już zastępcą Głównego Rewidenta w Narodowym Banku Polskim, o czym w przypadku wrogów komunizmu z przeszłością AK-owską i sybiracką raczej nie można było marzyć. 

Ale poza tym, nie sposób mówić o rozpracowywaniu Witolda Kieżuna w latach 1965-1969 przez SB, skoro jego pierś zdobił już wówczas brązowy Medal za Zasługi dla Obronności Kraju otrzymany od Ministra Obrony Narodowej gen. Wojciecha Jaruzelskiego, zaś z akt szefa Zarządu II Sztabu Generalnego WP (wywiad wojskowy) wynika, że chociażby w marcu 1967 r. ówczesny doktor Kieżun, jako dyrektor Biura Organizacji NBP, był dopuszczony do tajemnic obronnych i brał udział w kilkuosobowej naradzie „na temat zakresu i kompetencji komórek w Sztabu Generalnego” prowadzonej przez samego gen. Antoniego Jasińskiego (IPN BU 2602/8913, k. 197-199). 

Zakaz wyjazdowy

Kreśląc wizerunek Witolda Kieżuna jako wroga systemu Piotr Gontarczyk uznał, że okresowy (3-letni) zakaz wyjazdowy nałożony na profesora w 1958 r. jest koronnym dowodem dla podparcia swojej tezy. Nic bardziej mylnego. Mamy tu do czynienia z niezrozumieniem polityki paszportowej PRL, świetnie opisanej niedawno przez prof. Dariusza Stolę (Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949–1989, Warszawa 2010), która w przypadku elity intelektualnej PRL opierała się na zasadzie „kija i marchewki”, a więc również czasowego trzymania paszportu w zamrażarce pomimo lojalności wobec Polski Ludowej. Poza tym to, że ktoś nie otrzymał paszportu wcale nie jest wystarczającym dowodem na jego wrogość wobec komunizmu. Większość obywateli nie otrzymywała wówczas paszportów, co nie znaczy, że spiskowała przeciwko PRL. Warto przypomnieć, że ów zakaz wyjazdowy w przypadku Kieżuna przypadł na jego pierwszy w karierze awans dyrektorski w Narodowym Banku Polskim w styczniu 1959 r. Ale też nasz adwersarz nie zauważył w aktach ważnego dokumentu, który tę sprawę znacząco rozjaśnia. Chodzi o rękopiśmienną notatkę SB, w której nie wydawanie paszportu Kieżunowi w latach 1958-1961 tłumaczono jego wolą żeglowania po świecie pod auspicjami Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaciół Żołnierza (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 78). Na prośbę samego Kieżuna zakaz ten uchylono w 1961 r. i w zasadzie od tego czasu rozpoczął się okres swobodnych podróży (prywatnych, w tych rejsów jachtowych po zachodniej Europie, i służbowych) po całym zachodnim świecie, co z kolei opisaliśmy już w obszernym tekście „Witold Kieżun – życie oficjalne” dla portalu Niezależna.pl. 

„Zgoda na współpracę” i cechy charakteru

Piotr Gontarczyk zarzucił nam, iż rzekomo od siebie napisaliśmy, że Witold Kieżun miał „zgodzić się na współpracę z SB”. W rzeczywistości cytując funkcjonariusza SB napisaliśmy coś innego: „Tydzień później, w południe 17 maja roku 1973, w kawiarni Warszawa doszło do spotkania kpt. Szlubowskiego z Kieżunem. Zostało ono uznane za spotkanie werbunkowe, gdyż – jak czytamy w notatce SB – »kandydat zgodził się na współpracę z SB w celu ustalenia i przekazywania nam informacji o interesujących SB osobach i szkodliwych zjawiskach ze środowiska oraz najbliższego otoczenia«. Znając cechy charakteru Kieżuna, funkcjonariusz »celowo odstąpił od pisemnego zobowiązania do współpracy, poprzestając na zobowiązaniu o tajemnicy i pisemnych informacjach kandydata, który będzie występował pod ps. Tamiza«. Z tego samego powodu nie był też wynagradzany finansowo (niekiedy otrzymywał upominki rzeczowe)”. 

Z kolei „konfabulacjami” nazwał przytoczone przez nas opinie SB o egocentrycznej osobowości profesora i przeświadczeniu, że „zajmuje się sprawami o szczególnie dużym znaczeniu dla kraju i wpływie na jego rozwój”. Napisał wprost: „podstaw do takich twierdzeń w aktach nie ma” i zarzucił powoływanie się w tym względzie na opinie SB (w innych kwestiach sam to chętnie robi jak np. w sprawie młodych z SD). Można by temu zagadnieniu poświęcić więcej uwagi, ale ze względu na zwięzłość miejsca wystarczy odwołać się chociażby do „doniesienia informacyjnego” „Tamizy” z 4 lipca 1973 r. na temat zachowania Wiesława Chrzanowskiego, by się o tym przekonać: „Chrzanowski wprost grubiańsko się zachował, gdyż po przywitaniu się, przyjęciu życzeń w przedpokoju, natychmiast odszedł do pokoju pozostawiając nas w przedpokoju. W pokoju do którego poszedł miał już innych gości, stąd początkowo sądziłem, że jego nietakt spowodowany jest roztargnieniem. Ale gdy w trakcie przyjęcia stwierdziłem, że w odróżnieniu do innych nie próbuje ze mną rozmawiać, a na czynione przeze mnie usiłowania odpowiadał bardzo oschle i zdawkowo stało się dla mnie zrozumiałe, że jest nie zadowolony z mojego przyjścia”. Czytając tę relację „Tamizy” (spisaną z jego słów) funkcjonariusz pytał retorycznie „czy »Tamiza« nie jest przewrażliwiony” (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 28). Podobnych historii potwierdzających owe „przewrażliwienie” na swoim punkcie i poczucie „współdziałania z SB dla dużej rzeczy, sprawy” jest w dokumentach więcej. Przykładowo w październiku 1979 r. spotykający się z nim esbek narzekał, że przez trzy godziny był „zmuszony wysłuchiwać sporą ilość krytycznych uwag o błędnym zarządzaniu gospodarką”, po których „Tamiza” roztaczał wizje autorskich politycznych reform i zagrożeń związanych chociażby z coraz silniejszą opozycją („grupa żydowska KOR-u”), o czym jedynie przez „nasz aparat” może poinformować „najwyższe czynniki polityczne i administracyjne kraju” (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 436-438). 

Le Goff, pierwsze rozmowy, rękopisy, narkomani 

W innym miejscu Gontarczyk nie do końca jasno rozwodzi się na temat rzekomo błędnie opisanych okoliczności nawiązania kontaktu przez SB z Witoldem Kieżunem, a później, nasze zdanie na temat przekazanych na początku relacji z SB charakterystyk wielu osób, skraca jedynie do nazwiska Jacques’a Le Goffa, tworząc karykaturalną wersję fragmentu naszego tekstu. Słowa „charakterystyka Le Goffa” wziął w cudzysłów, tak jakby tego typu sformułowanie padło w naszym tekście! W rzeczywistości wymieniliśmy siedem osób, podkreślając lakoniczność informacji właśnie na temat Le Goffa: „Charakteryzował w nim, głównie przez pryzmat stosunku do PRL, kontakty francuskie i amerykańskie, w tym między innymi ponownie kuzyna Wojewódzkiego i prof. Langroda, pokrótce znanego historyka Jacques’a Le Goffa, Michaela Croziera i Maurice’a Zinowieffa oraz Roberta Senkiera i Stanisława Kosakowskiego” („Tajemnica „Tamizy””). 

Nasz adwersarz postawił też zarzut „ciężkiej insynuacji” związanej z kontaktami Witolda Kieżuna z bezpieką przed 1957 r. Ale przecież taki wątek pojawia się w dokumentach za sprawą samego Kieżuna, zaś fakt nie znalezienia w archiwum MSW potwierdzenia tamtych relacji nie pociąga za sobą jednoznacznego wykluczenia takich kontaktów. To, że kapitan SB nie znalazł o tym materiałów w archiwum MSW mogło być np. efektem przemysłowej akcji niszczenia akt bezpieki po 1956 r., o czym każdy historyk po prostu wie. Zupełnie niezrozumiały jest również postawiony nam zarzut „zmyślania” i „insynuowania” w przypadku „sporządzania na bieżąco odręcznych notatek na małych kartkach z notesu lub zeszytu, które przekazywał później funkcjonariuszom”. Wystarczy pochylić się nad ogólnie dostępnym drugim tomem akt „Tamizy” by zweryfikować to fałszywe oskarżenie. W aktach znajduje się wiele rękopiśmiennych informacji przekazywanych przez „Tamizę” na różnego formatu i pochodzenia kartkach, czasem w formie lakonicznych notatek na temat różnych osób, z których wybrane były zresztą publikowane na łamach „Do Rzeczy” w naszym tekście „O „Tamizie” raz jeszcze” (np. IPN BU 00275/45, t. 2, k. 34-35, 48-50, 73-76, 80-81, 120-123, 126-129, 135-139, 158, 168-172, 191-194, 200-208, 212-214, 228-229, 231-234, 253-254, 259-262, 264-275, 283-291, 317-319, 321-334, 341-342, 344-352, 355-362, 382-384, 405-406, 415-416, 424-428, 448-449) . 

Gontarczyk czepia się również sprawy ujawnienia sprawy kręgu znajomych syna Witolda Kieżuna podejrzewanych o narkotyzowanie się. Z tą sprawą, tj. wykorzystywania przez agenturę kontaktów z SB do rozwiązywania własnych prywatnych problemów, wiąże się pewna historia, która obrazuje nam pewną ewolucję w postawie i stanowisku prof. Kieżuna wobec zgromadzonej w aktach TW „Tamiza” dokumentacji. Podczas naszych spotkań, profesor stanowczo odżegnywał się od jakiegokolwiek związku z tą sprawą tłumacząc (pisząc później w komentarzach do dokumentów), że w ogóle nie znał wymienionych osób (znajomych syna). Z tekstu Gontarczyka wynika, że ich znał i była to reakcja na „bezczynność MO”. Widzimy, że profesor zmienił zdanie i przed Gontarczykiem przyznał się do „zwierzeń”, które natychmiast uruchomiły ubecką machinę, bowiem w ślad za tymi zwierzeniami poszła korespondencja, a za korespondencją zapewne działania wobec wymienionych z nazwiska i imienia osób. Tym bardziej uznajemy ten fragment naszego artykułu za zasadny. 

Kwestia żydowska

Jednym z najprzykrzejszych rozdziałów tekstu Piotra Gontarczyka jest ten zatytułowany: „Parada nierzeczywistości”. Relację odnoszącą się do jednego z pierwszych spotkań Witolda Kieżuna z kpt. Tadeuszem Szlubowskiim w kwietniu 1973 r., w tym zawartą tam opinię na temat Żydów zawartą we fragmencie naszego artykułu: „tłumaczył swój krytycyzm wobec Żydów (głównie związany z ich udziałem w zbrodniach stalinowskich)”, Piotr Gontarczyk uznał błędnie za wyłącznie opartą na notatce SB. W rzeczywistości, odtworzyliśmy ją również na podstawie relacji samego profesora, który podczas spotkania z nami we wrześniu br. szeroko opowiadał nam o żydowskich wątkach swoich pierwszych rozmów z kpt. Szlubowskim podczas których mieli zgodnie piętnować zbrodnie stalinowskie z udziałem funkcjonariuszy żydowskiego pochodzenia (Szlubowski powoływał się przy tym na własne doświadczenia, gdyż pracował w bezpiece już od 1953 r.). Żeby nie być gołosłownymi przytaczamy pisemną relację złożoną nam przez prof. Kieżuna na temat tej rozmowy z funkcjonariuszem SB: „Szlubowski, zaczął rozmowę od skargi na straszną sytuację w jakiej się znajdował on i jego koledzy w okresie przed 1968 rokiem, kiedy w UB rządzili Żydzi. Bali się ich okrucieństwa, teraz to jest inna sytuacja, wykonują swoją pracę w spokoju zgodnie z zasadami prawa i kulturalnie się odnoszą do osób przesłuchiwanych”.

Właśnie w tym kontekście Gontarczyk sformułował wobec nas zarzut „sfałszowania sprawy” rzekomego „wyczulenia [Kieżuna] na sprawy żydowskie”. Powołał się na – jego zdaniem – błędną interpretację „informacji operacyjnej” „Tamizy” z 25 stycznia 1975 r., w której znalazła się wypowiedź Victora Mandelzweiga m. in. o Żydach „prześladowanych w ZSRR od czasów Stalina”. Gontarczyk uznał, że pisząc o „przerażeniu” i nie zgodzie Kieżuna na tezy o prześladowaniu Żydów, chęci wyjazdu 300 tys. Żydów ze Związku Sowieckiego do Izraela i opinią, że „ZSRR jest totalitarnym krajem, a USA najbardziej demokratycznym”, „sfałszowaliśmy sprawę”. Nie dodaje, że „Tamiza” postanowił właśnie te wątki wyeksponować w raporcie, i był na tyle gorliwy, że opatrzył je informacją, że Edward S. Shapiro posiada „adresy żydowskich uczonych” zapraszanych do USA z ZSRS. Gontarczyk stosuje tutaj zresztą dość czytelny zabieg mający ośmieszyć adwersarzy – interpretuje mianowicie każdą informację przekazywaną przez „Tamizę” osobno, bez jakiejkolwiek korelacji i szerszego spojrzenia na wątki (w tym żydowskie) stale pojawiające się w okresie jego współpracy z SB. Mimo sporego doświadczenia pracy na źródłach ubeckich, treść doniesień – zapewne ze względu na prowadzoną z nami polemikę – chce widzieć przede wszystkim jako pozbawione subiektywnego doboru, twierdząc niejako, że współpracownik SB po prostu wiernie przekazuje wszystko to, co usłyszał nie dokonując jakiejkolwiek selekcji zasłyszanych informacji. Takie zdefiniowanie postawy tajnego współpracownika prowadzić musi do wypaczenia jego oceny. Gontarczyk nie jest zresztą w tym konsekwentny i stosuje w tym względzie podwójny standard, bo w innych przypadkach (doniesień na temat Wiesława Chrzanowskiego czy Kazimierza Frieske) wchodzi w jednoznaczną i właśnie emocjonalną ich ocenę twierdząc, że treść przekazywanych informacji nie była szkodliwa, „nie wiele warta”, „nieprawdziwa” i zmierzała faktycznie do ochrony tych osób przed SB. W każdym razie w „Tajemnicy „Tamizy”” pisaliśmy zgodnie z prawdą o „wyczuleniu [Kieżuna] na sprawy żydowskie” i że „często przypisywał [on] swoim ofiarom żydowskie pochodzenie”. Teczki „Tamizy” pełne są informacji o  osobach żydowskiego pochodzenia lub takich, które utrzymują z Żydami (względnie emigrantami z 1968 r.) związki towarzyskie, polityce Izraela czy wpływie Żydów na Amerykę (np. IPN BU 00275/45, t. 2, k. 30, 42,78,101, 103, 108, 121, 152, 231-233, 236, 278, 364, 370, 382, 438). 

Dywersja ideologiczna, obserwacja i kontrola 

Z niezrozumiałych względów Piotr Gontarczyk stwierdził, że Witold Kieżun nie rozpisywał się (jak napisaliśmy w „Tajemnicy „Tamizy””) na temat „problematyki dywersji polityczno-ideologicznej Zachodu”. Autorstwo dokumentu na ten temat przypisał SB (jeśli dobrze rozumiemy mało klarowny wywód publicysty „W Sieci”), mimo, że poza maszynopisem zachował się również rękopis „Tamizy” z 18 lutego 1974 r. z dołączonymi do niego uwagami oficera SB (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 88-91). 

Niejasny jest też wywód Gontarczyka na temat obserwacji, kontroli korespondencji, podsłuchu telefonicznego i „szczelniejszej kontroli przez agenturę” Witolda Kieżuna, które Gontarczyk albo kwestionuje, umiejscawia w innym czasie albo nazywa „rutynowym”. Nie sposób pojąć o co w tym chaotycznym opisie chodzi. W każdym razie brano pod uwagę obserwację Kieżuna przez Biuro „B” (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 10), prowadzono kontrolę korespondencji (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 7 i t. 3, k. 159-161), założenie podsłuchu telefonicznego nastąpiło w pod koniec kwietnia 1973 r. (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 59 i t. 2, k. 7), obserwowano i inwigilowano za pomocą agentury, a zwłaszcza TW ps. „Maska” (Stanisław Frybes) (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 173-174, ten dokument także w innych teczkach i sprawach). W aktach prof. Frybesa jest nawet mowa, że celem jego pozyskania przez SB jest m. in. „kontrola” i „opracowanie kandydata na TW „Tamiza”, co później rozszerzono także na zwerbowanego już „Tamizę” (IPN BU 001121/794, k. 13). Oczywiście mieliśmy rację pisząc, że wszystkie tego typu działania kontrolne zostały zintensyfikowane wobec Witolda Kieżuna, o czym jest mowa w planie wykorzystania „Tamizy” z 28 maja 1973 r. (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 7), i ostatecznie „potwierdziły jedynie jego lojalność i prawdomówność wobec SB”, w efekcie czego wprowadzono go do tajnego lokalu kontaktowego SB o krypt. „Śródmieście”, co przecież zawsze opierało się na szczególnej lojalności współpracownika i zaufaniu do niego SB.  

Wiesław Chrzanowski

Sprawa Wiesława Chrzanowskiego jest najsłabszym wątkiem w całym wywodzie Piotra Gontarczyka, gdyż opiera się na kategorycznym uznaniu doniesień „Tamizy” wymierzonych w kolegę z konspiracji za „nieprawdziwe lub niewiele warte”, bez żadnej analizy jeśli nie liczyć mało znaczących cytatów z dokumentów SB. Ale to i tak postęp, bo przecież jeszcze we wrześniu br. Gontarczyk zapewniał, że donosów na Chrzanowskiego w teczkach „Tamizy” po prostu nie ma. W każdym razie sprawa Chrzanowskiego – w kontekście roli Kieżuna, który, co szczególnie szokujące, w swoich zbeletryzowanych wspomnieniach „Niezapomniane twarzeprzypisał Chrzanowskiemu pseudonim „Tamiza” – jest o wiele bardziej złożona niż pisze o tym nasz krytyk i zasługuje na odrębne studium. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że zarówno Kieżun, jak i wspomniany wcześniej Frybes zostali zawerbowani przez kpt. Szlubowskiego właśnie w celu realizacji sprawy o kryptonimie „Spółdzielca” (Chrzanowskiego) przekwalifikowanej wkrótce w sprawę TW ps. „Spółdzielca”. Dodatkową komplikacją są chociażby informacje wyciągane na temat całej trójki z osobna przez umiejętnie lawirującego kpt. Szlubowskiego (por. rozmowę z W. Chrzanowskim: IPN BU 00249/397, k. 55). Uważamy, że najbliżej trafnej interpretacji roli Witolda Kieżuna w sprawie Wiesława Chrzanowskiego jest biograf byłego marszałka Sejmu RP Roman Graczyk, który trzy miesiące temu napisał w portalu wPolityce.pl, że w donosach „Tamizy” ważne dla SB było „tylko to, że na koniec powiedział prawdę o roli, jaką Chrzanowski odgrywał w organizowaniu zbiórki pieniędzy na pomnik poległych żołnierzy zgrupowania „Harnaś”. Było ważne, że powiedział charakteryzując Chrzanowskiego, jak bardzo mu zależy na podróżach za granicę, bo wykorzystano tę słabostkę przy jego werbunku” (chodzi o dwa „doniesienia informacyjne” z 17 maja 1973 r. i 27 października 1973 r., IPN BU 00275/45, t. 2, k. 26-27 i 52). I dalej: „Ważną przesłanką do oceny stopnia szkodliwości tajnego współpracownika jest czas jego zarejestrowania. Jeśli Chrzanowski był zarejestrowany 2 lata, a potem z niego zrezygnowano to zdaje się świadczyć na jego korzyść, a jeśli Kieżun był zarejestrowany lat 9, to zdaje się świadczyć na jego niekorzyść”.

Gontarczyk wyśmiewa wartość informacji „Tamizy” na temat wizyty w Polsce abp. Casarolego i strategii politycznej prymasa Wyszyńskiego. Nie rozumiejąc sensu przekazanych bezpiece informacji i ówczesnej gry wokół stosunków państwo-Kościół, potwierdzających przecież utrzymywanie się konfliktu na linii prymas Polski – Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej, realizujący swoją „ostpolitik” oraz pełne poparcie Chrzanowskiego dla Wyszyńskiego, Gontarczyk całą sprawę sprowadza do przywołanego w donosie króla Stefana Batorego, choć przecież wystąpił on tam jedynie – przez analogię – jako symbol politycznej gry prowadzonej w przeszłości z Moskwą (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 93-94). Emocje zaważyły również na twierdzeniu Gontarczyka, że w aktach nie ma dowodów by Kieżun „kiedykolwiek” rozmawiał ze związaną z Chrzanowskim Ireną Wojnar. A przecież w „doniesieniu informacyjnym” z 31 października 1973 r. „Tamiza” pisał: „Spotkałem się z nim [Chrzanowskim] u Ireny Wojnar 20 października na jej imieninach. Nadal zakochana w nim ona jest po uszy i ma ciągle nadzieje, że się pobiorą” (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 52). Trudno założyć, że Kieżun poszedł na imieniny do Wojnarowej, ale z nią nie rozmawiał, zaś informacje o jej nadziei na związek małżeński z Chrzanowskim czerpał z obserwacji. 

Podobnie nierzetelnie postępuje Gontarczyk wobec rękopiśmiennej informacji „Tamizy” na temat spotkania kombatanckiego w Harendzie, która w formie fotokopii pojawiła się w naszym tekście O „Tamizie” raz jeszcze. Redukuje jej sens do banalności stwierdzenia „Tamizy” o spotkaniach „bez akcentów godnych uwagi SB”, ale zapomina dodać, że są tam informacje o tym, że Tadeusz Maciński zamierza napisać historię Stronnictwa Narodowego i jego spotkaniu z prof. Wagnerem z USA dodając, iż „istnieje możliwość bezpośredniego [z nim] spotkania”. W związku z tym „Tamiza” otrzymał zresztą zadanie spotkania sie z Wagnerem, co jest ujęte w dopisku funkcjonariusza SB.  

Frieske, Kaczmarek, Starszak, Doktór       

Kwestionowanie inwigilacyjnej roli Witolda Kieżuna w rozpracowaniu dr. Kazimierza Frieske również nie najlepiej świadczy o rzetelności Piotra Gontarczyka. Akurat sprawa dr Frieske jest jedną z najlepiej opisanych w donosach „Tamizy” i wytycznych SB. My jedynie zasygnalizowaliśmy rolę „Tamizy” w całej sprawie, zaś aby zadać kłam rzekomo „ciężkiemu zarzutowi” denuncjacji Frieske z naszej strony, Gontarczyk poprzestał na lekturze jednego dokumentu ze stycznia 1977 r. i doszedł do jednoznacznego wniosku, że Kieżun „próbował mu pomóc”. Zapomniał dodać, że „Tamiza” otrzymał w tej kwestii zadanie od SB zbliżenia się do Frieske, wyciągnięcia informacji na temat sygnatariuszy protestu w sprawie pobicia i represjonowania uczestników protestów 1976 r., i rozpoznania sytuacji w miejscu pracy pod kątem zachowania przełożonych względem pracowników sympatyzujących z opozycją KOR-owską (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 324-325). Kiedy z kolei Kieżun zbliżył się do Frieske, który nieco wystraszony zadeklarował, że wycofa swoje poparcie dla KOR i podpis pod protestem, Kieżun otrzymał polecenie SB by „w rozmowach z Frieske” „reprezentował poglądy z których będzie wynikało, iż jesteście sympatykiem KOR i zaczętej przez nich działalności. Dążcie do uściślenia sygnału o przygotowaniach KOR-owców do wyborów i jaką w tym rolę będzie miał sam Frieske” (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 327, 355, 362). Tak się stało. „Tamiza” złożył wkrótce ustną relację SB na temat roli Frieske w przygotowaniu KOR-owskiego programu „Naprawy Rzeczypospolitej”. „Frieske jest osobnikiem inteligentnym i zaangażowanym. Jak Żyd ma różne powiązania z szeregiem osób” – miał powiedzieć oficerowi (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 367). Należy raczej współczuć dr. Kazimierzowi Frieske takiego obrońcy.

Gontarczyk pomniejsza również znaczenie negatywnych informacji przekazanych przez „Tamizę” na temat prof. Jana Kaczmarka. Podobnie jak w przypadku „spraw żydowskich”, także i w tym przypadku stwierdził jednoznacznie, że cytowane sądy i opinie „nie należą” do Witolda Kieżuna, gdyż on je tylko przywołał w doniesieniu dla SB. Problem w tym, że składając swoje doniesienie w grudniu 1973 r. „Tamiza” przywołał o Kaczmarku wyłącznie siedem bardzo negatywnych opinii: „tani karierowicz”, „ograniczone horyzonty umysłowe” i „tchórz”. To, że był ministrem nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Jaroszewicza nie ma żadnego znaczenia, a nawet może dodatkowo świadczyć o gorliwości „Tamizy”, który nie zawahał się w donosie zdyskredytować nawet ministra i aktywisty PZPR (to właśnie jeden z wielu dowodów na inwigilowanie aktywistów PZPR). Niemal identycznie postąpił w przypadku prof. Andrzeja Straszaka, wydając mu sześć bardzo niepochlebnych opinii i tłumacząc je rzecz jasna ocenami „środowiska naukowego”. To prawda, że nie nazwał go tchórzem (to akurat opinia o Kaczmarku), zaś słowo leń nie powinno być objęte cudzysłowem, choć przecież opisał go jako człowieka „nic nie robiącego”, a poza tym „prymitywnego” i „karierowicza” (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 60). Natomiast zarzut, że „raczej” nie rzetelnie opisaliśmy sprawę Kazimierza Doktóra wydaje się zupełnie nierozumiały. Bez względu na to, czy sprawę przed „Tamizą” odkrył „wewnętrzny audyt” (co i tak nie oznacza, że wiedziała o tym SB) jak chce Gontarczyk, to opisanie roli Doktóra w świadomym zawyżeniu kwoty wydatkowanej na badania naukowe z 30 tys. do 300 tys., niezależnie od prawdziwości tego oskarżenia, nie wystawiało my zbyt dobrej opinii (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 60). Do tego dochodzą bardzo groźne rękopiśmienne donosy z okresu późniejszego, w których autorstwo doktoratu Doktóra – niezależnie od naszej oceny jego postawy w PRL – „Tamiza” przypisał Baumanowi (IPN BU 00275/45, t. 2, k. 120-121). Skoro zatem w przypadku Wiesława Chrzanowskiego i Kazimierza Frieske – według Gontarczyka – TW ps. „Tamiza” tak formułował myśli w przekazywanych informacjach SB, by ich chronić, to dlaczego w przypadku Jana Kaczmarka, Andrzeja Straszaka i Kazimierza Doktóra nie postąpił podobnie?

Świadectwo źródła „Waldemara”

W polemice z nami Piotr Gontarczyk wielkie znaczenie przypisał informacji operacyjnej pochodzącej od TW ps. „Waldemar” z 1978 r. W mniemaniu naszego krytyka ma to być niejako koronny dowód opozycyjnej postawy Witolda Kieżuna, gdyż ów „Waldemar” przywołał jego niepochlebne opinie o życiu w Polsce Ludowej, którą rządzi „banda łobuzów”, co Gontarczyk – nie wiedzieć na jakiej podstawie – uznał nawet za „credo bohatera”! Metodologia historii podpowiada, że jedno źródło nie powinno być dowodem na wysunięcie daleko idącej i jednoznacznej tezy, tym bardziej, że historyk dysponuje w tym wypadku innymi źródłami (poza innymi materiałami i publikacjami samego Kieżuna również doniesieniami agenturalnymi), które przedstawiają Kieżuna jako „zdecydowanego zwolennika socjalizmu i marksistę, mimo, że nie jest w PZPR a w SD” (IPN BU 001121/794, k. 29). Jednak poza tym, Kieżun – o czym już nie wspomniał Gontarczyk – miał przekonywać kolegę „Waldemara” do poglądu o zagrożeniu dla pokoju ze strony Stanów Zjednoczonych i prezydenta Cartera, który może zrealizować „groźbę odnośnie broni neutronowej” i chwalił się swoimi związkami z dowództwem LWP (w tym z Wojciechem Jaruzelskim) (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 126-129). Gontarczyk mówił w mediach, że Kieżun spotkał przyjaciela zesłańca i się przed nim otworzył, ale ani nie doczytał donosu, ani nie zajrzał do ważnej publikacji źródłowej IPN na temat Polskiego Stronnictwa Ludowego („Stanisław Mikołajczyk w dokumentach aparatu bezpieczeństwa”, t. 3, Warszawa-Łódź 2010, s. 23-24), gdzie można znaleźć biogram „Waldemara” czyli Zbigniewa Noska (wspomina o nim też Kieżun w „Magdulka...”) – nie tylko weterana Zgrupowania „Radosław” AK i łagiernika sowieckiego (co tak eksponuje nasz krytyk), ale również zaprawionego konfidenta, który od 1962 r. aż do 1989 r. inwigilował środowisko kombatanckie i działaczy SD (w tym Kieżuna, chociażby w sprawie o krypt. „Młodzi”). W każdym razie informację „Waldemara” uzyskał Wydział III Departamentu III MSW i nie wiedząc nic o współpracy Witolda Kieżuna z Wydziałem III stołecznej SB polecił wszczęcie sprawy operacyjnego sprawdzenia (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 125), której celem byłaby kontrola operacyjna profesora. To nieporozumienie zostało szybko wyjaśnione przez mjr. Antoniego Felisia, który poinformował Departament III o tym, że Kieżun jest już w operacyjnym zainteresowaniu SB (podał numer ewidencyjny TW ps. „Tamiza” 7119) (IPN BU 00275/45, t. 3, k. 130). O całym tym nieporozumieniu między dwoma komórkami SB wchodzącymi sobie w paradę Piotr Gontarczyk nie wspomniał ani słowem, sugerując, że SB przystąpiła wówczas do rzekomego rozpracowania Witolda Kieżuna. To zresztą jedna z głównych manipulacji zawartych w jego tekście. 

Atomowa lekcja matematyki

Piotr Gontarczyk udzielił nam też lekcji matematyki w związku z tym, że napisaliśmy, iż akta Witolda Kieżuna liczą blisko 900 stron. Zarzucił nam, że zliczyliśmy też puste strony i okładki teczek. Nie wiemy ilu stron doliczył się sam Gontarczyk, ale nawet nie wliczając to okładek, metryczek i pustych stron, akta Kieżuna (teczki personalna i pracy, akta paszportowe, materiały opiniodawcze, wydruki ewidencyjne, dokumenty LK i inne dokumenty rozrzucone w różnych sprawach operacyjnych i rozpracowaniach) wciąż liczą blisko 900 stron, jeśli nie więcej… Liczyliśmy w tym miejscu również na weryfikację sporządzonej przez nas statystyki spotkań operacyjnych TW ps. „Tamiza” z SB oraz liczbę sporządzonych donosów w okresie swojej współpracy: w latach 1973-1980 odbył 87 spotkań ze swoimi oficerami prowadzącymi; przekazał 76 doniesień, z czego 54 sporządzone własnoręcznie oraz dobył 36 spotkań w lokalach kontaktowych i w mieszkaniach konspiracyjnych SB (LK „Śródmieście”, MK „Kolorowa” i MK „Centrum”).

Tę udzieloną nam „lekcję matematyki” ma jeszcze lepiej uzasadnić rzekoma analiza książki autorstwa jednego z nas – „Atomowy szpieg”. Gontarczyk rozpędził się na tyle, że przy okazji sprawy Witolda Kieżuna, zrecenzował książkę o płk. Ryszardzie Kuklińskim, dopatrując się w niej rzekomo informacji o wojnie wietnamskiej w latach „dziewięćdziesiątych” XX wieku i zliczania dywizji z Gdańska i Krakowa. Wszystko to jest wyjątkowo nieuczciwym i fałszywym oskarżeniem, które – jak czytamy „W Sieci” – biorą na siebie redaktorzy „W Sieci” określając to „drobną pomyłką”. Jednocześnie zapominają, że sam Gontarczyk pisze o tym okryciu wyraźnie w swoim imieniu: „nie dowierzałem także dlatego, że w ostatnim dziele dr. hab. Cenckiewicza („Atomowy szpieg”) po krótkim kartkowaniu przeczytałem, że wojna w Wietnamie była w latach „dziewięćdziesiątych” XX w…”.

Paszport Kiszczaka

Piotr Gontarczyk w dość niecodzienny sposób przedstawił nasze domniemane manipulacje w opisie starań Danuty i Witolda Kieżunów o przedłużenie ważności ich paszportów podczas pobytu w Toronto w latach osiemdziesiątych. W rzeczywistości Kieżunowie, wbrew tworzonemu mitowi ucieczki z kraju, wyjechali z PRL legalnie i do końca istnienia Polski Ludowej, za wiedzą władz pozostawali za granicą mogąc w każdej chwili powrócić do Polski. Gontarczyk zarzucił nam, iż szef MSW w ogóle nie interesował się odwołaniem prof. Kieżuna od negatywnej decyzji o wymianie paszportu służbowego na paszport prywatny, mimo, że był adresatem odwołań. Nasz krytyk tłumaczy to dość komicznie, że gdyby było tak jak napisaliśmy, to gen. Czesław Kiszczak wpisałby się w kartę kontrolną w teczce. Dodał, że widniejąca na odwołaniu Kieżuna własnoręczna adnotacja, nie należy do Kiszczaka, lecz do płk. Stanisława Groneckiego – zastępcy szefa służby wywiadu i kontrwywiadu SB.  Skupia się więc na naszym błędnym odczytaniu parafy, z miejsca ogłasza w tej sprawie naszą „mistyfikację” (w TV Republika), ale jednocześnie pomija milczeniem narzucające się pytanie, dlaczego sprawą paszportu profesora zajmuje się kierownictwo MSW z gen. Władysławem Pożogą (późniejszym I zastępcą ministra spraw wewnętrznych) i płk. Stanisławem Groneckin zastępcą Szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. 

Milczeniem zbywa zawarty w aktach paszportowych Kieżuna dokument wskazujący na fakt osobistego zainteresowania losami sprawy przez samego gen. Pożogę (IPN BU 728/ 17411, k. 103). Gontarczyk brnie dalej, pisząc, że „wpisów nie ma, więc [Kiszczak] akt nie czytał”. Ale wpisów w kartę kontrolną akt paszportowych płk. Groneckiego także nie ma, a jak twierdzi Gontarczyk to właśnie jego własnoręcznie sporządzona adnotacja „proszę o informację i dotychczasową dokumentację”, znajduje się na odwołaniu Kieżuna. Więc jak to jest, Gronecki czytał, czy nie czytał akt paszportowych Kieżunów? 

Koronnym argumentem przeciwko nam ma być kategoryczna opinia jakoby Kiszczak „nie zajmował się sprawą „Tamizy”, bo nie miał w zwyczaju biegać po archiwum, by czytać akta. Od tego miał podwładnych, a i ważniejsze sprawy na głowie”. Pomijając fakt, iż akurat Kiszczak wraz z Jaruzelskim znani byli właśnie z tego, że czerpali wiedzę o swoich przyjaciołach, znajomych i przeciwnikach wprost z lektury akt operacyjnych bezpieki, to nie wiadomo, dlaczego Gontarczyk tak kategorycznie wyłączył osobę szefa resortu spraw wewnętrznych z możliwości osobistego i bezpośredniego wpływania na rozstrzygnięcia wniosków paszportowych profesora Kieżuna. 

Gdyby Gontarczyk rzeczywiście chciał bliżej przyjrzeć się sprawie profesora, to zauważyłby bez trudu, że Witold Kieżun bardzo często akcentuję swoją przyjaźń i współpracę z funkcjonariuszem bezpieki i partyjniakiem Bronisławem Ostapczukiem. To właśnie na Ostapuczuka powołuje się prof. Kieżun twierdząc, że obaj musieli uciekać z PRL, by uniknąć represji („Syndrom wroga”, „Do Rzeczy”, nr 39, 2014). Ostapczuk podobnie jak Kieżun wyjechał legalnie do RFN. Chciał pozostać w Niemczech za zgodą władz PRL, wiec zwrócił się z wnioskiem do kompetentnych władz resortu o zalegalizowanie pobytu. W aktach paszportowych Ostapczuka znajdują się sporządzone na papierze firmowym resortu własnoręczne notatki gen. Kiszczaka (IPN BU 726/6388, k. 17 i 31). Pech chciał, że Ostapczuk z jakiś względów podpadł Kiszczakowi, i ten zadekretował o nie wydawaniu mu ważnego paszportu. Wpisu Kiszczaka w kartę kontrolną akt paszportowych czytelnik niestety nie odnajdzie.

Gracz

Poza wszystkim, co już tutaj opisaliśmy, Piotr Gontarczyk zarzucił nam „typowe reklamiarstwo” w związku z tym, że poinformowaliśmy czytelników o szerokim zakresie przeprowadzonej kwerendy, podczas gdy on sam – będąc przecież pracownikiem pionu naukowego IPN – po trzech miesiącach od naszego pierwszego tekstu – ograniczył się swoją polemiką do kwerendy akt „dostępnych w Internecie”. Wspominamy o tym na koniec, gdyż jest to jedna z poważniejszych różnic między nami, która – przy założeniu, że mamy w ogóle do czynienia ze szczerym zgłębieniu sprawy i chęci dojścia do prawdy, utrudnia merytoryczną dyskusję.

Nie znając wielu źródeł i wypierając ogólnie dostępną wiedzę na temat drogi życiowej Witolda Kieżuna, jego dorobku naukowego i publicznej kariery w Polsce Ludowej, Piotr Gontarczyk zapożyczył od nas pogląd o przyczynkarskim charakterze biografii profesora do pokazania losów polskiej inteligencji w PRL („O „Tamizie” raz jeszcze”). Pospiesznie sformułował pogląd o rzekomej „grze z SB” prof. Kieżuna niczego jednocześnie nie dowodząc. Gontarczyk nie zechciał w istocie zmierzyć się z tym problemem. Wygodna pozycja recenzenta i krytykanta innych nie pozwala mu na to, by zrozumieć, że gdy w Polsce najpierw kiełkował ruch antykomunistyczny i bohaterski Kazimierz Świtoń wyrzucany był w 1977 r. z SD (w którego władzach zasiadał profesor), zaś później dynamicznie rozwijała się „Solidarność” i system trząsł się w posadach, prof. Kieżun wyjaśniał na kartach swojej najnowszej książki (Podstawy organizacji i zarządzania, Książka i Wiedza 1980) co jest dla niego w tej chwili najważniejsze: „starałem się skonstruować podstawę pod budowę socjalistycznej teorii organizacji i zarządzania”. W kilka miesięcy po tym, jak stoczniowcy w Gdańsku wywalczyli Wolne Związki Zawodowe mające ich bronić przed totalitarną władzą, uczył, że: „podstawowe założenia będące fundamentem rozwiązań organizacyjnych w socjalizmie” to „1. kierownicza rola partii marksistowsko-leninowskiej, 2. jedność kierownictwa politycznego i gospodarczego, 3. centralizm demokratyczny”. I dalej: „Zasadnicze różnice pomiędzy socjalistyczną i kapitalistyczną nauką o organizacji i zarządzaniu wynikają z wielu istotnych przesłanek. Przede wszystkim wiążą się one z różnymi celami stawianymi zakładom pracy w obydwu ustrojach. W kapitalizmie cel ten jest jednoznacznie zdefiniowany. Jest nim zysk prywatnych właścicieli. Cele stawiane przez ustrój socjalistyczny określają priorytet aspektu humanistycznego: zaspokojenie społecznych potrzeb i zapobieżenie alienacji w procesie pracy, pełny rozwój osobowości człowieka”.

Ten sowiecki bełkot nie był u Witolda Kieżuna niczym nowym. Przecież dziesięć lat wcześniej, gdy stoczniowcy Gdańska i Szczecina ginęli od kul żołdaków „partii marksistowsko-leninowskiej”, on wspierał system takimi pracami, jak „Komórki badań organizacyjnych w instytucjach w ZSRR i w Polsce” („Prakseologia”, nr 36, 1970). 

Cóż to była za gra z SB i systemem… 

/ dtc

Czytaj także

 0

Czytaj także