KrajGursztynienie

Gursztynienie

Dodano 2

Przepraszam czytelników, że ustosunkuję się tu do spisu rzekomych „błędów” w mojej książce, ogłoszonego parę dni temu przez Piotra Gursztyna. Z opóźnieniem, bo miałem parę naprawdę ważniejszych rzeczy do napisania i do przemyślenia, ale także dlatego, że zaczepki PG czytałem z prawdziwą przykrością i z takim samym uczuciem na nie reaguję. 

Ta przykrość nie wynika bynajmniej z poczucia jakiejkolwiek porażki, przyłapania na nierzetelności – nic podobnego nie ma tu miejsca. Przykro mi patrzeć, jak redakcyjny kolega robi z siebie mało poważnego, zacietrzewionego krzykacza. Przede wszystkim zaś przykro mi być wciąganym przez niego w wojnę Kargula z Pawlakiem. Pamiętacie państwo tę scenę w powszechnie znanej komedii – jeden tłucze z wściekłością garnki, drugi drze koszule, a dopiero po czasie rozumieją, że każdy narobił szkód sam sobie. Cóż, zajadłość ataków PG stawia mnie w sytuacji bez dobrego wyjścia. Jeśli zbędę go milczeniem, faktoid o rzekomym „zaoraniu” mej książki będzie stale przywoływany i młócony przez hejterów, jak rzekomy „research ziemkiewiczowski” (przypomnę, że autorem tej drwiny, bardzo bliskiej gursztynieniu, był dziennikarz „Wyborczej”, który zrządzeniem opatrzności nazajutrz po jej puszczeniu w obieg pomylił Jacka Sasina z PiS z innym Jackiem Sasinem, synem generała SB). Jeśli z kolei wykażę pustą zajazgliwość ataku PG, przekonam czytelników, że w moim rodzonym „Do Rzeczy” publikuje się autora, delikatnie mówiąc, nie w każdej sprawie zasługującego na zaufanie. 

Dlatego, choć zachowanie PG nie daje ku temu podstaw, postaram się być maksymalnie merytoryczny i oględny w słowach. 

Słowo „błąd” oznacza jakąś omyłkę ewidentną, sprawdzalną. W kontekście publicystyki historycznej – pomylenie nazwisk, dat, miejsc. Błędem jest na przykład to, co popełnił w swym spisie prywatnych mądrości PG, pisząc o Bolesławie Piaseckim jako o liderze ONR w roku 1936. Błędem jest także twierdzenie, jakoby płk Koc był w tym roku „fetowany” na obozie ONR, bo ONR, oficjalnie rozwiązany przez władze w lipcu 1934, już wtedy nie tylko de iure, ale i de facto nie istniał. Bolesław Piasecki zaś pożegnał się z tą organizacją wiosną 1935, kiedy to stanął na czele rozłamowej grupy zwanej potocznie „bepistami”, a oficjalnie Falangą – i to o nią zapewne PG chodziło. 

Błędem jest też na przykład twierdzenie, że generał Olszyna Wilczyński „nie mógł oddać Wilna bez walki”, bo nie dowodził jego obroną – gdyż to on właśnie, a nie nikt inny, wydał rozkaz oddania miasta Sowietom bez walki pułkownikowi dypl. Jarosławowi Okulicz – Kozarynowi, nota bene zmieniając w ten sposób pod wpływem dyrektywy Rydza swe wcześniejsze rozkazy. A fakt, który PG przywołuje jako dowód, że Wilno jednak bronione było, nijak się do tego ma, bo obrona ta miała charakter spontaniczny, zresztą z tego właśnie powodu była dość chaotyczna. 

Można tez podać jako przykład błędu to, co pisze PG o magistrali kolejowej między Śląskiem a Gdynią. Owszem, ta bardzo ważna dla II RP inwestycja miała pozwalać na transport polskiego węgla do Gdyni i Gdańska bez tranzytów, przy czym chodziło tu o ominięcie nie tyle Wolnego Miasta Gdańsk, co leżącego wtedy na terenie Niemiec Kluczborka. Zamierzano również puścić tor bezpośrednio z Kościerzyny do Gdyni, ale tu stanęły na przeszkodzie warunki naturalne i brak pieniędzy na zaplanowane wiadukty oraz tunel. Ostatecznie, zamiast pierwotnie planowanej dwutorowej magistrali, zbudowano tor pojedynczy, o marnych warunkach technicznych (duże stromizny) nie nadający się dla pociągów dużej szybkości i załadunku. Dlatego służył on głównie połączeniom lokalnym, zaś zarówno dalekobieżne pociągi pasażerskie, jak i masowy transport towarowy używały nadal, aż do wojny, toru przez Tczew i Gdańsk. Gdyby tak nie było, osładzanie przez Niemców żądania „korytarza” ofertą wzajemnego eskterytorialnego tranzytu dla Polaków przez Gdańsk byłoby bezprzedmiotowe. 

To są błędy. Nie twierdzę, że wielkie – w cywilizowanych dyskusjach raczej używa się w takich wypadkach słowa „lapsus”, „błąd” rezerwując dla pomyłek naprawdę grubych, ważących na całej argumentacji. No, ale tu akurat chodzi o autora, który uwielbia się nadymać i puszyć, jaki to z niego nastojaszczyj historyk, bo on skończył stosowny wydział, i choć ani dnia w wyuczonym zawodzie w życiu nie przepracował, posiadany papierek daje mu prawo by innych pouczać tonem godnym Władysława Bartoszewskiego. No i taki a nie inny kontekst, w jakim te lapsusy zostały popełnione, czyni je trochę śmieszniejszymi niż, że tak powiem, w zwykłych RAZach. 

PG natomiast traktuje słowo „błędy” a la maniere bolschevique, w taki sposób, w jaki komuniści perorowali o, na przykład, „błędach luksemburgizmu”. To znaczy, błędem nazywa to, co niesłuszne. A niesłuszne jest to, z czym on się nie zgadza. Albo nawet – jak w wypadku sprawy zgłoszenia się niemieckiej firmy Arado do przetargu na wodnopłaty dla Polskiej Marynarki Wojennej w 1938 – nie to, że się nie zgadza, ale ma do dodania, że miało ich być tylko sześć (a nie, na przykład, osiem, bo to by było co innego). (Nawiasem mówiąc, ten przetarg nie jest jedynym przykładem, że do początków 1939 Niemcy nie uważały Polski za przeciwnika w przyszłej wojnie – w niemieckiej firmie zamówione zostało także nowe oprzyrządowanie, między innymi peryskopy, dla polskich okrętów podwodnych, ostatecznie nie dostarczone, co było dużym problemem zwłaszcza dla ORP „Ryś”). Albo – jak odnośnie produkcji zbrojeniowej II RP – ma PG uwagę, że owszem, dawniejsza historiografia uważała, że było tak jak ja napisałem, ale w 2007 jeden historyk napisał, że choć było rzeczywiście tak, to wynikało to z czego innego, niż wcześniej sądzono. 

Gdyby polemiczne zacietrzewienie PG i jego obsesyjne starania by jakkolwiek zdyskredytować „rewizjonistów” nie były śmieszne, musiałbym je ocenić jako bardzo niski i brzydki Wańkowiczowski kundlizm. Rozgłaszać o innym autorze, że jego książka roi się od błędów, a potem wysmażyć podobny spis – to tak jakby publicznie wielokrotnie nazywać kogoś złodziejem, by w końcu, przymuszonym do konkretów, wyjaśnić, że ten ktoś jak mu się popsuł samochód i podjechał pożyczonym od szwagra to nie oddał mu 12,50 za wypaloną benzynę, i nawet jeśli szwagier mówi, że to rodzinna przysługa, to to jednak nie fair. 

No i cóż, powinienem teraz polecieć punkt po punkcie od góry. Pierwszy wykryty przez PG „błąd” to nazwanie niemieckiego ataku na Belgię „pretekstem” do przystąpienia do I Wojny Światowej przez Wielką Brytanię, podczas gdy zdaniem PG to nie był pretekst, tylko powód, bo Anglików zobowiązywał do tego traktat z tysiąc osiemset zapomnianego któregoś roku. Według słownika „pretekst” to „nieistotny powód podany w celu ukrycia właściwej przyczyny”. Właściwą przyczyną, dla której politycy brytyjscy uważali za konieczne zaangażowanie ich kraju w wojnę z Niemcami był lęk przed rozbudową niemieckiej floty i przekonanie o konieczności złamania największej potęgi lądowej na kontynencie zanim swój program zbrojeń morskich zrealizuje. Nie miejmy złudzeń, że gdyby rząd Jego Królewskiej Mości uznał, że przystąpienie do wojny z Niemcami nie leży w interesie Imperium, to znalazł by tysiąc formalnych przyczyn, by potraktować wspomniany traktat jak ten zawarty w sierpniu 1939 z Polską, względnie – jak w naszym wypadku – olałby swe zobowiązania w ogóle nie siląc się na wyjaśnianie Belgom, dlaczego. Więc jednak pretekst. 

Dalej – Niemcy w Belgii rozstrzeliwali cywilów, piszę, „szczególnie z warstw wyższych”. Zdaniem PG nie z warstw wyższych, tylko jak im kto wpadł w ręce. Z prac historycznych (choćby Barbary Tuchman) wynika jednak, że zbrodnie odbywały się wedle pewnej rutyny, oddziały niemieckie miały instrukcję by po zajęciu terenu czy miejscowości brać na zakładników (czyli tych do rozstrzelania) najznaczniejszych obywateli, burmistrza, rajców miejskich, bogatszych przedsiębiorców i właścicieli ziemskich etc. Co zresztą logiczne, bo groza rozstrzelania zakładników, która miała powstrzymać mieszkańców od stawiania oporu, rosła, gdy byli to zakładnicy powszechnie znani i szanowani, a nie jacyś przypadkowi obwiesie.  

Z kolei „błąd” znajduje PG w moim wyrwanym z kontekstu zdaniu „dopóki w Polsce uprawiało się winorośl, byliśmy potęgą” i szyderczo pyta, dlaczego podczas „małej epoki lodowcowej” (że takowa w XVII wieku była, szczęśliwie nie neguje) wyrosła na potęgę Szwecja, w której wina nie uprawiano nigdy. A jeszcze dodaje przemądrzale, że na Łotwie istnieje odmiana winorośli odporna na mróz. 

Tu już zapiekłość w przypendalaniu się do mojej książki zupełnie pozbawia PG rozumu i zdolności czytania ze zrozumieniem. Proszę, oto zaraz potem następujące zdania z JPS, wyjaśniające, co ma wspólnego wino z potęgą a oziębienie klimatu z demokracją: „Małe gospodarstwa, będące ostoją szlacheckiej niezależności i równości, powpadały w długi i przeszły w ręce latyfundystów, u których synowie drobnych posiadaczy stali się dzierżawcami, „gołotą” (czy też, w gwarze kresowej „hołotą”) nie posiadającą poza swymi szlacheckimi prawami niczego więcej. A – jak to zauważył jeden z Ojców Założycieli demokracji amerykańskiej – obywatel, który posiada prawa polityczne nie posiadając majątku, prędzej czy później sprzeda swój głos bogaczom i w ten sposób jego prawa zamiast umacniać republikę zaczną ją niszczyć”. 

Czyli – tłumacząc jak rewizjonista „patriocie” – gospodarcze skutki ochłodzenia klimatu spauperyzowały i zniszczyły szlachecki demos, ten z czasów Ruchu Egzekucyjnego, i otworzyły drogę oligarchii i politycznemu klientyzmowi, które zgubiły Rzeczpospolitą. Bo co do tego, że to oligarchizacja i klientyzm były przyczyną zguby, nie ma dyskusji, tyle, że historycy zwykle roli zmiany klimatu i problemów gospodarczych w tym procesie nie dostrzegają, kładąc zanik szlacheckiej „klasy średniej” raczej na karb licznych wojen tego czasu. 

Tak czy owak, Szwecja i Łotwa, których historia i ustroje były zupełnie inne, nic tu nie mają do rzeczy. 

Dalej… Nie no, przepraszam Państwa, ale czy naprawdę mam brnąć w takie idiotyczne przekomarzanie się i marnować czas, energię i literki worda na ustosunkowanie się punkt po punkcie do kolejnych przejawów Gursztynowego czepiactwa? A to Pan Prawdziwy Historyk uważa, że moja teza o Powstaniu Styczniowym jest „mocno naciągana”, bo na Słowacji w tym samym czasie cośtam, a to że nie dość uwypukliłem ogrom rosyjskich prześladowań, które doprowadziły do wybuchu tegoż Powstania, i że nieprawdą jest, iż wojska rosyjskie biły powstańców bez większego trudu, bo biły je z trudem. A to kręci PG nosem, że nie podałem jak się nazywał morderca Narutowicza, jakby nie było to powszechnie wiadome, i że nazwałem go „szaleńcem”, a nie można nazwać szaleńcem kogoś kto służył w sztabie generalnym (gratuluję PG, że uniknął w życiu bliższego kontaktu z wojskiem; co się zaś tyczy oczywistego szaleństwa, wystarczy przeczytać, co plótł Niewiadomski na swym procesie, choćby w książce Patryka Pleskota; jest oczywiste, że dziś ten facet by umknął karze jako klinicznych świr [Niewiadomski oczywiście, nie Pleskot]). A to znowu „błędem” jest, że nie podałem szczegółów negocjacji w Rydze i kto był za a kto przeciw i kto z PPS. A to, że Adam Koc nie dowodził w czasie, gdy pisał cytowany przeze mnie list, 202. pułkiem zapasowym tylko całą dywizją w skład której ten pułk wchodził… Autor wyraźnie nieznanej PG biografii Koca, Adam Mierzwa, pisał akurat, że wtedy jeszcze 202. pułkiem, a dywizją dopiero potem, ale do diabła z tym, czym akurat dowodził - nie macie Państwo wrażenia, że cała ta lista jest efektem jakiegoś procesu chorobowego, obsesji? Może dlatego nie dostrzega PG szaleństwa Niewiadomskiego, że gdy słyszy słowo „rewizjonista” sam podobnie zawiesza rozum na kołku, jak tamten przy „Żydzie” i „masonie”?  

Pozwoliłem sobie utworzyć i używać (także w tym tekście) neologizm „gursztynienie”, które to słowo oznaczać będzie po wsze czasy małostkowe, głupie czepianie się nieistotnych bądź w ogóle wyimaginowanych szczegółów. 95 proc. rzekomych „błędów” wyliczanych przez Gursztyna to w ogóle nie żadne błędy czy nawet lapsusy tylko jego polemiczne względem moich uwagi i interpretacje. Śmiech pusty bierze, gdy autor opatruje to zastrzeżeniami, że pisze tylko o tym, co jego zdaniem oczywiste i bezsporne, bo „błędów” jest duuużo, dużo więcej. 

I najwyraźniej czując błahość swych odkryć, podpiera się opiniami prof. Stanisława Żerko i dr Mirosława Szumiłło. Ten drugi w recenzji z „Samobójstwa” wypatrzył jedyny prawdziwy błąd, jaki umieszcza PG na swej liście – pomylenie przeze mnie, istotnie, o rok, daty ultimatum rządu RP wobec Litwy, ale pomimo to generalnie ocenił książkę pozytywnie. Natomiast prof. Żerko, uznany specjalista od międzynarodowej polityki międzywojennej, recenzji nie napisał, przyznał, że właściwie do książki tylko zajrzał parę razy, ale rzuciło mu się w oczy bardzo dużo nieścisłości i przekłamań. Niektóre z nich ujawnił w internecie, a PG uczepił się oczywiście jego tłitów jak przysłowiowy pijany płota, z wyraźną radością, że ma po swej stronie autorytet. „Profesor znalazł u Ziemkiewicza aż cztery błędy na jednej stronie!”, podskakuje w niemądrej (zaraz wyjaśnię dlaczego niemądrej) radości PG. 

Podchodzę z pokorą do profesorskiej wiedzy pana Żerko, z którego pracy (m.in. „Niemiecka polityka zagraniczna w przededniu II Wojny Światowej” – w „Kryzys roku 1939”, Warszawa 2009) też korzystałem przy pisaniu – ale w jego internetowych zarzutach widzę podobną  dysproporcję pomiędzy formułowaniem zarzutów o kardynalne jakoby błędy a podawanymi cokolwiek od niechcenia egzemplifikacjami – choć oczywiście na o niebo wyższym niż u PG poziomie. Jakież to cztery błędy znajdują się u mnie na feralnej stronie 184? Pierwszy to oczywiście owo nieszczęsne ultimatum wobec Litwy, faktycznie z 1938, a nie 1939 roku. Dalej, napisałem, że znane słowa o Polakach jako „najdzielniejszych z dzielnych prowadzonych przez najpodlejszych z podłych” wypowiedział Winston Churchill po naszym wejściu na Zaolzie. Zdaniem profesora nie wypowiedział a napisał, i dopiero po wojnie, w pamiętnikach. Przysiągłbym, że informację, że powiedział znalazłem w książce innego profesora, ale JPS pisałem na wsi, cała biblioteka zaangażowana w ten proces tam została, i nie mam teraz czasu dla jednego tłita po nią jeździć. Tak czy owak, słowa te dotyczyły sprawy Zaolzia, może istotnie znalazły się w pamiętniku, a nie padły na bieżąco (na rozum jedno drugiego nie wyklucza) – czy to naprawdę takie ważne? Wytyka mi też profesor, że piszę „Polska okazała się jedynym państwem w Europie, poza Włochami, związanymi z Niemcami paktem nazwanym »stalowym«, które zarówno agresję, jak i powstanie niezależnej Słowacji uznały”, a przecież pakt ten podpisano dopiero w maju 1939. No fakt – ściśle biorąc wtedy jeszcze związane paktem nie były, tylko luźniejszym sojuszem. Podobnie ściśle biorąc nie jest trafne zdanie, że Niemcy proklamowały państwo Słowackie na obszarze „poza przekazaną Węgrom w Monachium Rusią Zakarpacką”, bo należało wyjaśnić Czytelnikowi, że prawa Węgier do południowej części Rusi Zakarpackiej uznano formalnie nie w Monachium, gdzie Węgrów nie było, ale miesiąc później w tzw. Pierwszym Arbitrażu Wiedeńskim (arbitrami byli Niemcy i Włosi) a pozostałą część spornego terytorium wzięli sobie Węgrzy już sami, korzystając z ostatecznego rozbioru Czechosłowacji w marcu 1938, wypędzając stamtąd nacjonalistów z Siczy Zakarpackiej pod wodzą krwawo zapisanego w polskiej pamięci Romana Suchewycza. 

Te przykłady, jak sądzę, pokazują, czego od mojej książki wymaga profesor Żerko: żeby była nie, jak raczył ją nazwać, „efektem dość przypadkowych lektur”, ale rzetelną praca habilitacyjną, efektem przemyślanych kwerend, studiów i badań, z należytym aparatem naukowym, krytyką źródeł, przypisami, umożliwiającymi natychmiastowe ustalenie winnego każdego odkrytego przez recenzenta przekłamania (przyznajmy, że przynajmniej prawdziwego, a nie wydumanego, jak u PG) – no i przede wszystkim, żeby była napisana ścisłym, nie pozostawiającym miejsca na niejasności, językiem. 

Nie udaję, że umiałbym tym wymogom sprostać, ale gdybym umiał, też tego nie zrobię – to spokojny i pewny sposób by napisać dzieło martwe jak solony śledź, z perspektywą sprzedaży w nakładzie właściwym dla rzetelnych prac naukowych. Lapsusów oczywiście wolałbym uniknąć, chętnie się o nich dowiaduję, bo dynamika sprzedaży wskazuje wyraźnie, że będzie drugie wydanie, a więc okazja do wprowadzenia poprawek. Niemniej, gdy mnie profesor-specjalista gromi, że daję w swej książce „karykaturę” polityki prowadzonej w dwudziestoleciu przez zachodnie mocarstwa, to cierpnę na myśl, jaką nudną i pełną wyważeń oraz doprecyzowań kobyłę musiałbym mu przedstawić, by uznał ją za nie-karykaturę. I trochę też odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z dość typową w światku akademickim irytacją uznanego specjalisty od swojej specjalności, że mu się ktoś wtrynia w jego działkę, i to profan spoza cechu, nie odróżniający nawet Pierwszego Arbitrażu Wiedeńskiego od drugiego i bezczelnie twierdzący, że to detale. W końcu w swych wypowiedziach zdeprecjonował prof. Żerko także i drugiego historyka, na którego się PG powołuje, dr Szumiłło, wypominając, że nie jest on specjalistą od międzywojnia, tylko od dziejów PZPR. 

Tak, z jednej strony, nie będę udawać, że znam każdy szczegół, nawet dotyczący Pierwszego Arbitrażu Wiedeńskiego, i że nie zdarza mi się czasem poślizgnąć na jakiejś erudycyjnej skórce banana. Z drugiej, wyszydzany przez hejterów „research ziemkiewiczowski” to w pewnym stopniu przyjęte założenie, metoda, a nie lenistwo czy błąd. Z pisaniem, czy to o historii, czy o polityce, jest jak z oglądaniem krajobrazu. Stoisz na ziemi – widzisz każdy kamyczek, źdźbło, sęki i spękania kory drzewa, załamania światła w wodzie, jej rozbryzgi precyzyjnie wskazujące meandrowanie nurtu. Tylko gór nie widzisz, lasu ani rzeki. Oddalisz się, albo wzniesiesz w powietrze – tracisz szczegóły z oczu, ale dopiero wtedy wiesz, gdzie jesteś i którędy do domu. 

Trochę tak jak Sherlock Holmes tłumaczył zdumionemu Watsonowi, że skoro już dowiedział się od niego, iż to Ziemia krąży wokół Słońca, nie odwrotnie, będzie się starał o tym jak najszybciej zapomnieć, albowiem w jego pracy jest mu ta wiedza do niczego nie potrzebna i tylko zajmuje pamięć – tak i ja starając się ścisnąć prawie sto lat historii w jedną wyrazistą narrację wręcz specjalnie prześlizgiwałem się nad detalami, które uznałem dla obrazu za nieważne. Nie twierdzę, że zrobiłem to doskonale. Ale każde dzieło wypada oceniać kryteriami stosownymi do jego gatunku. Wyrzucać twórcom ciężarówki, że jest powolna, a samochodu sportowego, że niepakowny, jest łatwo – tylko że dość głupio. 

Przepraszam za tę ogólna uwagę. Jeszcze jeden zarzut profesora: zdanie „22 sierpnia 1939 Hitler dostaje od Wielkiej Brytanii propozycję »ostatniej szansy«. W zamian za realne gwarancje zachowania pokoju Londyn skłonny jest zgodzić się na przyłączenie do Rzeszy Gdańska i wytyczenie eksterytorialnego korytarza przez polskie terytorium, którego nienaruszalność kilka miesięcy wcześniej gwarantował” – uznaje on za kolejny błąd, bo Wielka Brytania nie gwarantowała wcale polskiego terytorium, tylko niepodległość. 

Wytrzymajcie Państwo jeszcze chwilę, bo dochodzimy do sprawy fundamentalnie śmiesznej. W istocie, traktat brytyjsko-polski nie mówi nic dosłownie o nienaruszalności terytorialnej Polski. Napisany dość zawiłym językiem traktuje, dokładnie, o pomocy w wypadku „znalezienia się w działaniach nieprzyjacielskich z jednym z mocarstw europejskich wskutek agresji tego mocarstwa”. Ale przecież mówiąc po ludzku, agresja polega właśnie na naruszeniu terytorium! 

Zresztą mniejsza o to, czy ja miałem prawo tak napisać, jak napisałem, bo chodzi o rzecz ważniejszą. 

Owoż profesor Żerko nie tylko czepia się detali, ale stawia mi też oskarżenie poważniejsze – kwestionuje tezę, fundamentalną dla mej książki, o cynicznej zdradzie Anglików. Pytanie, co właściwie gwarantowały brytyjskie gwarancje, jest jednym z punktów tego sporu. Rozmawiałem z ludźmi zajmującymi się prawem międzynarodowym, którzy, przeciwnie niż pan profesor, twierdzą, że jednak układ z sierpnia 1939, wraz z tajnym protokołem, w kontekście wcześniejszych umów międzynarodowych, zobowiązywał Wielką Brytanię do uznawania za nienaruszalne polskich granic z 1923. Jestem za cienki, by to rozstrzygać. Nie ma natomiast sporu co do tego, że punkty 5. i 6. układu zobowiązywały Wielką Brytanię do nie zawierania jakichkolwiek porozumień dotyczących „wzajemnej pomocy przeciw agresji” bez informowania nas o tym. I w tym punkcie Anglicy bez cienia zażenowania zignorowali swe zobowiązania, zawierając z Rosją rozbiorową dla Polski umowę w Teheranie, o której oficjalnie poinformowali rząd Polski dopiero rok później (i bardzo proszę PG żeby już dał se na wstrzymanie z histerycznym ogłaszaniem kolejnego „błędu” Ziemkiewicza, kiedy wyliczy, że nie rok, a 11 miesięcy i 13 dni). 

Punktem drugim, ważniejszym, jest ustalenie momentu kiedy ostatecznie podjęto decyzję o odrzuceniu ultimatum Hitlera, a więc o wojnie. Profesor Żerko gromi mnie, że gwarancje brytyjskie z kwietnia nie miały nic do rzeczy, bo ta decyzja zapadła w Polsce już w styczniu 1939. Ja pozwoliłem sobie mniemać, że dopiero „złapanie Pana Boga za nogi” za jakie uznał Beck obietnicę Chamberlaina uczyniły zamiar walki ostatecznym i nieodwołalnym. 

Może się mylę? Dobra, załóżmy że tak. 

Co z tego wynika? Że Beck był zdecydowany rzucić Polskę do wojny z potęgą Hitlera nawet zupełnie samotnie (bo że Francja bez popychania przez Londyn do wojny w imię sojuszniczych zobowiązań nie przystąpi nikt nie wątpił, i wrzesień 1939 to potwierdził). I że układ, który zawarł z Londynem, a który ostatecznie pchał Polskę do zagłady w walce z tą potęgą, był wadliwy prawnie w sposób pozwalający „gwarantom” łatwo się ze swych zobowiązań wykpić. Czyli – Beck albo był głupcem, nie rozumiejącym, co mu Anglicy podłożyli, albo nieodpowiedzialnym hazardzistą, nabudowującym jeden blef na drugim. 

Cóż, profesor Żerko jest może upierdliwy (pardon pour le mot, panie profesorze) ale jest historykiem, skupionym aż do szczególanctwa na prawdzie, a nie zwariowanym pogromcą „rewizjonizmu”. I jego krytyka mojej książki idzie w odmiennym kierunku, niż rozpaczliwa obrona Becka przez brązowników historii. 

Mówiąc nawiasem, podobny, acz inaczej argumentowany (chodzi głównie o jego sprzeciw poszerzenia w 1939 koalicji antyniemieckiej o Rumunię) obraz Becka wynika z książki prof. Grzegorza Górskiego – książka „Wrzesień 1939.  Nowe spojrzenie” jest trudno dostępna, ale w sieci jest zapis spotkania z profesorem w klubie Ronina, gdzie twierdzi on, że nasze pretensje do Anglików są nieuzasadnione, że to Beck ze swą opartą na fałszywych przesłankach i apodyktycznie prowadzoną polityką doprowadził do katastrofy. 

Cóż, bliżej niż do pozycji naszych „brązowników” jest od ustaleń obu profesorów do tezy „rewizjonistów” brytyjskich, że to nieodpowiedzialna Polska wciągnęła głupiego Chamberlaina do katastrofalnej w skutkach dla ich imperium wojny. 

Wydaje się, że PG, oszalały w swej pasji przypendalania Ziemkiewiczowi i Zychowiczowi wszystkim, co tylko wpadnie pod rękę, w ogóle tego nie zauważa. Nie tylko on. Także na przykład Piotr Zaremba, który „spis błędów Ziemkiewicza” powitał z demonstracyjnym entuzjazmem. To osobna i dość żałosna sprawa. Nie tak dawno Zaremba, gdy publicznie go dwukrotnie prosiłem, żeby wyliczył te „mnóstwo błędów”, które zdaniem jego środowiska zawiera moja książka, odpowiadał, że nie, no, są błędy, ale właściwie to drobiazgi i nie warto o nich mówić (zapis debaty w Fundacji Republikańskiej też jest w internecie). Wyskok Gursztyna dodał mu skrzydeł – teraz ogłasza, że ta lista dyskwalifikuje mnie jako partnera do rozmowy, że w ogóle Ziemkiewicz został rozgromiony, przygwożdżony i pokonany. Choć konkretny istotny mój błąd nadal potrafi podać tylko jeden. Nie zgadniecie Państwo: ultimatum wobec Litwy… 

Tym, co Zarembę i jego towarzystwo napawa szczególną radością, jest fakt, że „błędy” Ziemkiewicza wyliczone zostały przez jego kolegę z redakcji, który wyzwolił się z więzów „redakcyjnej grzeczności” z jaką dotąd ze mną polemizował. Cóż, w sekciarskiej mentalności naszych konkurentów nie mieści się, żeby w obrębie jednego tygodnika tolerowano różne poglądy. Luksemburczycy są od tej słabości wolni; wiem o co najmniej dwóch stałych współpracownikach tygodnika „W Sieci” którzy swoich opinii o mojej książce tam wydrukować nie mogli, bo były, niestety, pozytywne – nie po linii i nie na bazie. 

Nie wspominałbym o Zarembie, gdyby niestety nie wykorzystał on PG jako „pożytecznego idioty”, dającego środowisku „W Sieci” pretekst do ataku na Sławomira Cenckiewicza i deprecjonowania jego wiarygodności w sprawie pokalanego życiorysu prof. Kieżuna, z którego luksemburczycy zrobili sobie sekciarski totem. No bo – Gursztyn „udowodnił”, że książka Ziemkiewicza to dno, a prof. Cenckiewicz i dr Gałęzowski z IPN oceniali te książkę pozytywnie, więc jak można wierzyć, gdy Cenckiewicz „krzywdzi” naszego największego bohatera narodowego? (Gałęzowski co prawda o Kieżunie nic nie pisał, ale sam fakt, że mnie zrecenzował pozytywnie, wystarczy by zostać przez karnowszczyznę oplutym). 

Cóż, obrazowo opisałbym to tak. Wstrętny samozwańczy doktor Ziemkiewicz postawił diagnozę, że czcigodny pan B. ma trypra i należy go izolować, bo kogoś zarazi. Na to panowie Skwieciński, Zeremba i Gursztyn podnosza pełen oburzenia krzyk – jak można insynuować czcigodnemu panu B. chorobę?! Ten Ziemkiewicz to konował, on się nie zna, a poza tym to zły człowiek jest. I oto nagle wpada panom SZG i innym w ręce wypowiedź sławnego profesora, że Ziemkiewicz się faktycznie nie zna, bo pan B. nie ma żadnej rzeżączki, tylko syfa. I wzmożeni moralnie obrońcy pana B. wpadają w szał radości: tak! Brawo! Mówiliśmy – autorytet potwierdził, że ten Ziemkiewicz się nie zna, nie umie odróżnić tryńca od syfilisu, więc jak można go traktować poważnie, gdy opluwa pana B. insynuując mu chorobę! 

Ja w tym logiki nie wiedzę. Ale ja nie mam psychicznego problemu „patriotów”, którzy, im bardziej rozpada się ich argumentacja, i im lepiej się sprzedają książki „panów Z.”, i im bardziej górę bierze merytoryczna argumentacja Cenckiewicza nad ich histerią, tym bardziej stają się agresywni i obsesyjni. 

Na koniec: zmarnowałem na ustosunkowanie się do gursztynienia Gursztyna zbyt wiele cennego czasu, by brnąc w to dalej. Jeśli nadal zamierza gursztynić, z góry zapowiadam, że będę to ignorował. Chyba, żeby wymyślił coś sensownego, ale jestem dziwnie spokojny, że to raczej mało prawdopodobne.  

/ dtc

Czytaj także

 2
  • Gromosław IP
    Książka Ziemkiewicza jest całkiem ciekawa... nawet popełniłem recenzję http://lewicanarodowawpolsce.blogspot.com/2017/06/zcm.html?m=1
    Dodaj odpowiedź 0 1
      Odpowiedzi: 0
    • Hanza IP
      Dobrze się czytało, aż mi obiad wystygł.
      Dodaj odpowiedź 10 1
        Odpowiedzi: 0

      Czytaj także