KrajLikwidatorzy z AK

Likwidatorzy z AK

Nie żyje Stanisław Likiernik
Nie żyje Stanisław Likiernik / Źródło: PAP / Tomasz Gzell
Dodano 12
Likwidowali zdrajców i Niemców, którzy wykazywali się szczególnym bestialstwem. Żołnierze Kedywu AK – karząca ręka polskiego podziemia

– Mam go na sumieniu, ale wcale mi na nim nie ciąży. W zasadzie mieć tego łotra na sumieniu to duża przyjemność. Drugi raz też chętnie bym go zabił – mówi „Historii Do Rzeczy” Stanisław Likiernik ps. Stach*, podporucznik elitarnej jednostki „Kolegium A” warszawskiego Kedywu.

Kogo ma na myśli żołnierz polskiego podziemia? SS-Obersturmführera Herberta Junka, w latach 1942–1943 komendanta więzienia Pawiak. Przez rok ciążył na nim wyrok śmierci wydany przez Polaków. Wyeliminować udało się go jednak dopiero podczas akcji warszawskiego Kedywu, do której doszło zupełnie przypadkowo.

15 czerwca 1944 r. grupa, w której służył „Stach”, miała pełne ręce roboty. Żołnierze Kedywu najpierw mieli wziąć udział w akcji „POL”. Miał to być odwet za zamordowanie więźniów Pawiaka. Chodziło o ostrzelanie w 12 miejscach Warszawy samochodów gestapo. Do ataku miało dojść między godz. 11 a 12. Stanisław Likiernik, wraz z trzema kolegami z Kedywu, zaczaił się na gestapowców, ale akurat jego grupa nie miała wtedy szczęścia – nie udało im się natrafić na Niemców.

Po południu żołnierze mieli dokonać kolejnej akcji. – O godz. 18 mieliśmy zastrzelić pewnego Niemca z wyrokiem, który pracował w Arbeitsamcie. Ale znów nam się nie udało, ten człowiek wyszedł z pracy pół godziny wcześniej, niż powinien – mówi Stanisław Likiernik. – Pojechaliśmy więc z powrotem w kierunku Żoliborza. Przy ulicy Krasińskiego zobaczyliśmy jednak zaparkowany samochód gestapo. Niemcy robili w jednym z domów rewizję. Było to już kilka godzin po terminie akcji „POL”, więc zrobiliśmy głosowanie. Trzech z nas było za wykonaniem tej akcji, a jeden przeciw. Akurat tak się złożyło, że ten, który się sprzeciwił – Stefan Płotka – zginął chwilę później podczas tej akcji.

Żołnierze rzucili w kierunku auta gestapowców filipinkę i rozpoczęła się regularna strzelanina. Polaków było czterech, a Niemców trzech. Po pewnym czasie AK-owcy zmienili taktykę – wsiedli do zaparkowanego nieopodal auta i z impetem ruszyli na gestapowców. W tym momencie jeden z Niemców już nie żył.

– Wystrzeliłem w ich kierunku cały magazynek mojego thompsona. Byli dwa metry ode mnie, więc nie było szans, żebym ich nie trafił – mówi Stanisław Likiernik.

Kierujący autem Antoni Tuleja również strzelał do Niemców, ale dziwnym trafem jeden z niemieckich pocisków trafił w magazynek jego pistoletu, co skończyło się wybuchem i ciężkim zranieniem ręki. Polacy odjechali w kierunku placu Wilsona i porzucili podziurawiony kulami samochód między willami. W okolicy pojawiły się niemieckie patrole. Dalszy ciąg tej historii zawiera element humorystyczny.

– Zabraliśmy płaszcz jakiemuś napotkanemu facetowi i zawinęliśmy w niego nasze thompsony. Wziąłem to zawiniątko pod pachę i poszedłem w stronę ogródków działkowych na Dolnym Żoliborzu. Nasza melina mieściła się przy ulicy Gomółki, tuż obok ogródków. Przechodząc przez druty, rozerwałem sobie marynarkę na plecach. Zacząłem się rzucać w oczy, więc bałem się, że mógłbym spalić melinę – opowiada Stanisław Likiernik. – Ukryłem płaszcz z bronią w piwnicy pobliskiego domu i pobiegłem do znajomego pożyczyć jakieś palto oraz torbę na broń. Szybko wróciłem, żeby zabrać thompsony, ale – ku mojemu zdumieniu – przed tym domem stał już tłum ludzi...

Okazało się, że 10-letnia dziewczynka wszczęła alarm, widząc mężczyznę w poszarpanym ubraniu, niosącego w rękach jakieś zawiniątko. Jej zdaniem był to morderca, który zaniósł do piwnicy ciało zamordowanego dziecka. Dziewczynka zaalarmowała dorosłych. Na miejscu szybko zjawiła się granatowa policja. Okazało się jednak, że polscy policjanci nie zawiadomili Niemców, iż w piwnicy domu odkryto dwa pistolety maszynowe. W takim przypadku na miejscu musieliby się pojawić również oni. Utrzymana została wersja dziewczynki o martwym dziecku. Broń trafiła następnie na komisariat.

– Czułem się zupełnie przegrany. Straciłem dwa thompsony! – jeszcze dziś wzdycha ciężko „Stach”, wspominając tę sytuację. – Na szczęście znałem szefa policji na Żoliborzu. Ten człowiek współpracował z AK. Poszedłem do niego i przedstawiłem mu, jak wygląda sprawa. Odpowiedział: „Niech się pan nie przejmuje. Proszę jutro pójść na komisariat z dużą torbą. Dostanie pan broń z powrotem”. I rzeczywiście – tak się skończyła ta cała historia.

W raporcie po akcji Polacy napisali, że to Niemcy pierwsi otworzyli do nich ogień. Zamiast reprymendy spotkali się więc z pochwałą. Dopiero po latach okazało się, że jednym z zabitych wtedy Niemców był krwawy komendant Pawiaka. W 2012 r. przy skrzyżowaniu ulic Krasińskiego i Czarnieckiego prezydent Warszawy odsłoniła pomnik upamiętniający tę akcję.

Panienka” musi zginąć

Wykonanie wyroku na Herbercie Junku – choć przypadkowe – było kolejną udaną akcją likwidacyjną, w której wziął udział „Stach”. Trzy miesiące wcześniej również nie było łatwo. 4 marca 1944 r. „Kolegium A” miało zabić feldfebla Karla Schmalza, wyjątkowo sadystycznego szefa ochrony kolei na Dworcu Zachodnim.

– Niedaleko dworca stały wagony z węglem. Kobiety z dziećmi zrzucały ten węgiel i ładowały go do worków. Bardzo się pilnowały, żeby Niemcy ich nie złapali. Schmalz – żeby nie dać się zauważyć – nakładał na siebie kobiece palto, na głowę chustkę i podchodził do tych kobiet i dzieci ze schowanym za pazuchą pistoletem maszynowym. Zabił w ten sposób wiele osób – mówi Stanisław Likiernik.

Z uwagi na swoją mało męską aparycję Schmalz znany był wśród Polaków jako „Panienka”. Podziemie skazało go na śmierć. „Kolegium A” miało się zająć wykonaniem wyroku. „Panienka”, wraz z innymi bahnschutzami (strażnikami kolejowymi), „pracował” na posterunku mieszczącym się między torami. Budynek otoczony był drutem kolczastym. – Rzadko stamtąd wychodził. Wiedział, że na niego polujemy, dlatego trudno go było zlikwidować – mówi „Stach”.

Plan był następujący: dwóch polskich żołnierzy miało przebrać się w niemieckie mundury i udawać, że prowadzi złodzieja do budynku bahnschutzów. Dla realizmu umówili się, że koledze, który odgrywał rolę przestępcy, będą dawali kopniaki. – Po wszystkim miał do nich pretensje, że kopniaki były zbyt realistyczne – śmieje się Stanisław Likiernik. Reszta grupy zaatakowała posterunek od drugiej strony. W akcji brał też udział dowódca plutonu „Stacha” Stasinek Sosabowski, syn słynnego generała z 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej.

– Przecięliśmy druty i wpadliśmy od tyłu. „Panienka” już leżał na ziemi. Przede mną wyrósł nagle jakiś bahnschutz. Miałem w ręku parabellum, więc pociągnąłem za spust. Niemiec padł – opowiada Stanisław Likiernik. – Potem byłem zajęty zbieraniem broni. Do zabrania z posterunku było około 10 karabinów. Pamiętam, jak biegłem przez tory z tymi z karabinami na ramionach, a ludzie z przejeżdżających pociągów krzyczeli: „Hurra!”.

Polacy – oprócz „Panienki” – zabili też kilku innych znajdujących się w budynku Niemców w mundurach bahnschutzu. Żołnierze Kedywu popełnili przy tym jeden błąd. Nie zlikwidowali Niemca, który przebywał na posterunku w cywilnym ubraniu. On też okazał się bahnschutzem.

Po zakończonej akcji cała grupa załadowała się na ciężarówkę i odjechała na Żoliborz bez żadnego planu na odwrót, żeby – jak wyjaśnia Stanisław Likiernik – „nie zapeszyć”. Sukces żołnierze świętowali u Kazimierza Jakubowskiego, organizatora akcji, który obchodził tego dnia imieniny.

– Niemiec, którego oszczędziliśmy, kilka dni później rozpoznał w tramwaju Kazika i przekazał tę informację swoim. Kazik został aresztowany i zabity... – mówi „Stach”.

– Podczas akcji likwidacyjnych byłem w obstawie, ale na szczęście nigdy nikogo nie zastrzeliłem z zimną krwią. Zabicie kogoś w akcji i rozstrzelanie na zimno to dwie zupełnie różne sprawy – podkreśla Stanisław Likiernik. – Gdybym dostał takie zadanie, to pewnie bym nie odmówił – w końcu rozkaz to rozkaz. Bardzo się jednak cieszę, że nigdy nie musiałem czegoś takiego zrobić.

Czy warto było likwidować wrogów, skoro wiadomo było, że Niemcy w ramach odwetu zabijają wielu zakładników?

– Dla mnie i dla moich kolegów nie istniała alternatywa. Niemcy nas traktowali gorzej niż bydło. Polacy mieli zostać eksterminowani zaraz po Żydach. Z Niemcami można było wtedy tylko walczyć, dlatego śmieszą mnie teorie, że mogliśmy się z nimi jakoś dogadać. To nieprawda. Trzeba było żyć w tamtych czasach, żeby to zrozumieć. Gdybyśmy nie przeprowadzali likwidacji, to żylibyśmy jak niewolnicy – uważa Stanisław Likiernik. – Warto było zabić Franza Kutscherę tak samo, jak warto było zabić Reinharda Heydricha w Czechosłowacji. To była banda sku...synów, których trzeba było wykończyć. Musieli poczuć, że nie są panami absolutnymi. Niestety, po zamachu na Kutscherę zabito w odwecie wielu Polaków, ale w ostatecznym rozrachunku ta akcja była pożyteczna – Niemcy też musieli się poczuć zagrożeni.

Stanisław Likiernik, syn oficera Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, od początku okupacji garnął się do pracy w konspiracji. Zaczynał od najprostszych zajęć, takich jak przenoszenie broni z jednej kryjówki do drugiej. Jego służba w Kedywie rozpoczęła się 27 września 1943 r. od akcji niedaleko Zalesia Górnego. Było to kilka miesięcy po tym, gdy Likiernik – za pośrednictwem kolegi Jana Barszczewskiego – zgłosił chęć dołączenia do Kedywu.

– Tej akcji towarzyszyły nieprawdopodobne emocje. Na polance stała duża grupa polskich żołnierzy w mundurach! To był szok – po tylu latach okupacji nagle widzę polskie wojsko – wspomina „Stach”. – Spaliłem jedną ciężarówkę, potem drugą i w końcu koledzy zaczęli mnie ciągnąć za rękaw, bo pochłonięty niszczeniem niemieckiego sprzętu nie zauważyłem, że akcja dobiegła już końca.

Stanisław Likiernik brał udział w powstaniu warszawskim, a po wojnie wyjechał do Francji, gdzie mieszka do dziś.


Nieprzyjemna robota

– Czy czegoś żałuję? Na pewno tego, że nie udało się nam zlikwidować więcej szmalcowników. Trzeba jednak pamiętać, że ich przestępstwa – choć potworne – były wyjątkowo trudne do udowodnienia, a wykonywanie takich egzekucji poza podziemnym wymiarem sprawiedliwości mogło się skończyć polowaniem na ulicach bez żadnej kontroli – mówi „Historii Do Rzeczy” Stanisław Aronson (ur. 1925 r.) ps. Rysiek, kolega Stanisława Likiernika z warszawskiego Kedywu. Również on służył w „Kolegium A”. Dowódcą jego plutonu był Zdzisław Zajdler ps. Żbik.

– Najbardziej wryły mi się w pamięć te akcje, które nam nie wyszły. A największą z nich była nieudana likwidacja płk. Borysa Smysłowskiego-Holmstona – mówi „Rysiek”. Do tej egzekucji miało dojść w maju 1944 r. przy ulicy Belwederskiej w Warszawie. Aż 15 polskich żołnierzy dwa dni pod rząd polowało na cel, którym miał być mieszkający tam rosyjski pułkownik pracujący dla Abwehry. Jest to jeden z bardziej kontrowersyjnych wyroków polskiego podziemia. Część historyków przychyla się do wersji, że wyeliminowanie Smysłowskiego-Holmstona mogło być inspirowane przez Sowietów, którzy chcieli się posłużyć w tym celu polskim podziemiem. Stanisław Aronson uważa, że tak właśnie się stało.

Rosyjski pułkownik (rocznik 1897) od początku swojej kariery wojskowej był zaciekłym antybolszewikiem, a jego współpraca z Niemcami podczas II wojny światowej opierała się na walce ze wspólnym wrogiem – komunistyczną Rosją. Według tej wersji nie działał on bezpośrednio przeciwko Polsce, więc dziwić może wydanie na niego wyroku śmierci. Inni badacze – w tym dr Andrzej Kunert – twierdzą jednak, że nie ma konkretnych dowodów na to, iż to właśnie Kreml stał za wyrokiem na Smysłowskiego-Holmstona. Wątpliwości nie ma co do jednego: komuś bardzo zależało na zabiciu rosyjskiego pułkownika.

Likwidacja Borysa Smysłowskiego-Holmstona zakończyła się katastrofą. Grupa „Ryśka” został zauważona przez gestapo. Żołnierze musieli się ewakuować z ulicy Belwederskiej. Podczas odwrotu zginął dowodzący plutonem Aronsona „Żbik”, a także jeden z szeregowców.

– Do tej pory pamiętam zdziwienie, że poszliśmy w tyle osób kolejnego dnia dokładnie w to samo miejsce, żeby wykonać tę akcję. Zrobiliśmy jednak dokładnie to, co nam rozkazano – sądziliśmy, że ci nad nami są mądrzejsi i wiedzą, co robią. Z perspektywy mogę powiedzieć, że to, co się działo przy okazji tej akcji, było wbrew wszystkim zasadom konspiracyjnym – mówi Stanisław Aronson. – Śmierć „Żbika” była dla nas ogromnym ciosem. Był to człowiek niezwykle wartościowy, bardzo inteligentny i oddany sprawie. Nigdy się nie wysługiwał innymi. Zawsze był pierwszy, jeżeli chodzi o wykonywanie akcji.

18-letni wówczas „Rysiek”, podobnie jak „Stach”, sam nigdy nie wykonał egzekucji. – Byłem wówczas zbyt młody, żeby wykonywać wyroki, więc przypadło mi w udziale ubezpieczanie kolegów. Zwykle stałem na klatce schodowej albo przed budynkiem. Mimo że sam nie pociągałem za spust, to i tak czułem się wyróżniony, że w tak młodym wieku brałem udział w tak poważnych akcjach – podkreśla. – Przygotowanie jednej akcji mogło zająć nawet kilka tygodni. Trzeba było dokładnie poznać zwyczaje skazanego, mieć orientację w okolicy, w której ten człowiek mieszkał.

Stanisław Aronson miał bardzo dobry powód, by włączyć się do walki z okupantem. Jemu jedynemu z rodziny udało się uciec z transportu Żydów, który pod koniec 1942 r. został wysłany z Umschlagplatzu. „Rysiek” pochodził z żydowskiej rodziny z Łodzi. Po wybuchu wojny jego rodzina zaczęła uciekać coraz bardziej na wschód, co w końcu zaprowadziło ją aż do Lwowa.

Po najeździe hitlerowskich wojsk na ZSRS Aronsonowie zdecydowali się na wyjazd do... warszawskiego getta. Jak wyjaśnia Stanisław Aronson, jego rodzina nie podejrzewała wówczas nawet, że getto stanie się śmiertelną pułapką.

Na Umschlagplatzu 17-latek został oddzielony od starszej siostry i rodziców. Oni zostali wywiezieni z Warszawy kolejnym transportem. Jemu udało się kilkanaście kilometrów za Warszawą wyskoczyć z pociągu przez malutkie okienko, choć inni starali się go zatrzymać. Stanisław Aronson do dziś nie wie, gdzie zginęła jego rodzina.

Z pomocą pewnego chłopa udało mu się wrócić do Warszawy, gdzie szybko dołączył do konspiracji. Zaczynał od małego sabotażu, w końcu trafił do Kedywu. „Żbik” wiedział o jego żydowskim pochodzeniu, ale nie robił z tego powodu żadnych problemów. „Rysiek” w pełni zaangażował się w walkę o wolną Polskę. Jak podkreśla, czuł się przecież „polskim chłopcem”.

– Skazanymi na śmierć, na których wykonywaliśmy wyroki, byli zazwyczaj Polacy, którzy współpracowali z Niemcami. Zwykle byli przerażeni, więc nie stawiali oporu. W mieszkaniu podczas egzekucji byłem raz albo dwa razy – mówi Stanisław Aronson. I dodaje: – Mimo że to byli ludzie, którzy mieli wiele złego na sumieniu, te akcje nie były zbyt przyjemną robotą. Przede wszystkim z uwagi na rodziny skazanych. Niewielu z nich mieszkało samotnie. Egzekucje były przeprowadzane przeważnie rano. Trzeba było wyprowadzać resztę domowników do innego pomieszczenia. To nie było przyjemne zadanie. Wiadomo, jakie emocje towarzyszyły rodzinie skazanego.

– Zwykle nie wiedzieliśmy, za co dokładnie zapadł wyrok. Jednak dla nas to była wtedy jasna sprawa – skoro zapadł wyrok sądu podziemnego, to trzeba było go wykonać. To nie do nas należało weryfikowanie prawdziwości zarzutów. Miałem zaufanie do podziemnego wymiaru sprawiedliwości. Zdecydowana większość tych wyroków była słuszna. Oczywiście zdarzały się pomyłki albo nawet celowo niewinni ludzie byli skazywani na śmierć z powodu jakichś porachunków, ale to wszystko był jednak margines – uważa Stanisław Aronson. – Takich błędnych wyroków nie dało się uniknąć w konspiracyjnych warunkach. Bez tego wymiaru sprawiedliwości nie udałoby się utrzymać odpowiedniej postawy polskiego społeczeństwa. Likwidacje, o których było głośno, trzymały w strachu tych, którzy mogli myśleć o szkodzeniu Polsce.

Stanisław Aronson w powstaniu warszawskim walczył w elitarnym Zgrupowaniu „Radosław”. Po wojnie przedostał się na Zachód, gdzie dołączył do 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Jego stryjowi – ostatniemu żyjącemu członkowi rodziny – udało się w końcu namówić go do wyjazdu do Palestyny. Tam Stanisław Aronson rozpoczął nowe życie. Walczył w kolejnych wojnach z Arabami, choć wciąż czuł się przede wszystkim Polakiem. „Rysiek” pomógł w obronieniu granic Izraela, który po wielu latach na dobre stał się jego drugim domem.

* Stanisław Likiernik zmarł 17 kwietnia 2018 roku.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2014
Artykuł został opublikowany w 7/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 12
  • Jajcarz IP
    Dziś też z dumą wpinam w klapę marynarki opornik przeciwko panującemu obecnie reżimowi , jak w 1943 i 1981 roku.
    Dodaj odpowiedź 1 2
      Odpowiedzi: 0
    • PseudobohaterAK IP
      Treść została usunięta
      Dodaj odpowiedź 2 6
        Odpowiedzi: 1
      • Szacki IP
        Przydaliby się dziś tacy ludzie. Mieliby ręce pełne roboty.
        Dodaj odpowiedź 13 0
          Odpowiedzi: 0
        • henkel IP
          A ile razy sie pomylili i niewinnego zabili ?...
          Dodaj odpowiedź 7 18
            Odpowiedzi: 2
          • POLUS IP
            N taką robote pisze się nawet jutro ! Sprzęt posiadam za amunicję oczekuje zwrotu .
            Dodaj odpowiedź 8 0
              Odpowiedzi: 0
            • Abgan IP
              Za zdanie "Stanisław Aronson w powstaniu warszawskim walczył w elitarnym Zgrupowaniu „Radosław”." macie plusa. Mój ś.p. Dziadek służył w 993/W - innym oddziale likwidatorów, a Powstanie przeszedł właśnie w ramach "Radosława".
              Dodaj odpowiedź 9 1
                Odpowiedzi: 0
              • PL... IP
                Dodaj odpowiedź 16 1
                  Odpowiedzi: 1
                • Patriota. IP
                  Napiszcie również, jak Stanisław Likiernik krytykował waszego Zychowicza, manipulanci.
                  Dodaj odpowiedź 9 8
                    Odpowiedzi: 0

                  Czytaj także