Anonim

Dodano

Powiadam Wam, nie jest łatwo.

Nie jest łatwo być anonimowym użytkownikiem Twittera, najbardziej "demokratycznego" medium na świecie. A jest jeszcze trudniej, gdy mowa o użytkowniku zaangażowanym, zainteresowanym polityką, któremu się wydaje, że Twitter to idealne miejsce, by się podzielić kilkoma światłymi myślami, by coś skomentować, oczekując na reakcję wirtualnego otoczenia.

Nic.

Anonimowy użytkownik Twittera od rana do wieczora stara się nawiązać kontakt ze światem, zaczepia, zadaje pytania, usiłuje wciągnąć do rozmowy użytkowników "nieanonimowych": ministrów, posłów, publicystów-celebrytów, znanych blogerów, albo ludzi, którzy zaistnieli właśnie na Twitterze, jako przenikliwi obserwatorzy politycznej rzeczywistości. 

Dalej nic.

Zlikwidowałem swoje konto i otworzyłem drugie. Nick, zdjęcie znanego hiszpańskiego pisarza, w tle malowniczy landszafcik z Galicji.
Trwało to dziesięć dni. Przyjąłem jedną, kluczową zasadę: nie hejtuję. Nie obrażam, nie znęcam się. Zero bluzgów. Co najwyżej mniej lub bardziej niewinne złośliwostki. Obserwowałem z grubsza te same osoby i te same media co w przypadku poprzedniego konta. Starałem się też pisać na podobne tematy i w podobny sposób jak @mmagierowski. Polska polityka, Europa Zachodnia, sprawy obyczajowe. Rzecz jasna, gdy ma się 61 followersów trudno spodziewać się ożywionej interakcji, fali retweetów i "polubień", ale robiłem, co mogłem, by zainteresować moimi wypocinami jak największą liczbę użytkowników: głównie dziennikarzy i polityków. Sam także odnosiłem się do ich wypowiedzi, zadawałem dodatkowe pytania, "pozwalałem sobie się nie zgadzać", albo, wręcz przeciwnie, zgadzałem się w pełni i gorliwie klaskałem dłońmi. Z rzadka udawałem naiwniaka, który nie do końca rozumie, na czym polega ta cała zabawa, i parokrotnie zdarzyło się, że ktoś wyciągnął do mnie pomocne ramię. Ale poza tym...

Nic.

Najwięcej retweetów miały dwa średniej jakości żarty: o zamiłowaniu Polaków do telewizji satelitarnej oraz o rozmowie premier Ewy Kopacz z dwojgiem turystów z Kanady. Im wpisy poważniejsze, tym więcej psów z kulawą nogą się nimi nie interesowało.
Tweetów było 360. Niewiele. Eksperyment też oczywiście powinien trwać dłużej, ale moja frustracja była już na tyle głęboka, że postanowiłem go przerwać.
Kilka razy udało mi się przeprowadzić dwu-, trzytweetową rozmowę z jakimś politykiem, publicystą, blogerem czy blogerką. Nie sporządziłem żadnej szczegółowej statystyki, niemniej wydaje mi się, że sukcesem kończyła się, mniej więcej, jedna próba na 30 tweetów. W pozostałych przypadkach odpowiadała mi głucha cisza.
Kilku dziennikarzy, prowadzących "chronione konta", wpuściło mnie za kłódkę. Jestem im wdzięczny i zobowiązany, nawet jeśli potem już się nie interesowali moimi wpisami. Inni pozostali nieprzejednani.
Wśród polityków dużo bardziej otwarci byli ludzie Platformy Obywatelskiej, choć w tej akurat części "badań" próbka była - przyznaję - bardzo wąska. Z drugiej strony być może platformersi poczuli po prostu  ogień pod stopami i zaczęli się odnosić inaczej do szaraczków - także na Twitterze. I być może wśród polityków PiS jesteśmy właśnie świadkami odwrotnego procesu. Lecz to tylko moje bardzo powierzchowne przypuszczenia.
Olewali mnie wszyscy, jak leci. Jednak najbardziej zaskoczył mnie brak interakcji ze strony "znanych blogerów" lub "popularnych twitterowiczów", użytkowników mających od 1500 do 3000 followersów, ostro komentujących politykę i często narzekających... na brak interakcji ze strony publicystów tradycyjnych mediów, "zarozumiałych i pouczających cały świat". Niewykluczone, że stworzyli już własny mikrokosmos, w którym czują się dobrze bez "nadętych" dziennikarzy, ale jednocześnie niechętnie widzą w nim beniaminków.

*****

Czas na najważniejszą konkluzję: tak, zachowywałem się dotąd dokładnie tak samo. Dlatego powyższego tekstu nie należy traktować jako krytyki, a tym bardziej oskarżenia skierowanego przeciwko któremukolwiek z publicystów, blogerów czy polityków. Gdyby tak było, oznaczałoby to przede wszystkim, że mam pretensje do samego siebie.
Owszem, mam. Poczułem na własnej skórze, jak przygnębiający może być Twitter dla kogoś spragnionego "debaty" czy choćby sporadycznego  uznania dla własnych racji.
Pytanie brzmi, czy inny Twitter jest możliwy. Wracam do swojego starego konta. Czy jednak będę w stanie uczestniczyć we wszystkich rozmowach? Odnosić się regularnie do Waszych komentarzy? Nie wiem, czy dotąd byłem bardziej "nadęty" niż moi koledzy i nie obiecuję, że to się zmieni. Jedno jest pewne: skupię się wyłącznie na sprawach międzynarodowych, co od początku było głównym celem mojej obecności na Twitterze, i co - oczywiście - niemal od razu przestało nim być.

Odwyk od polskiej polityki uważam za wystarczająco srogą karę za mój brak empatii wobec anonimowych twitterowiczów. Takich jak...

Trulock

/ dtc
 0

Czytaj także