Kultura i społeczeństwoLaudacja Andrzeja Horubały podczas wręczenia nagród Identitas

Laudacja Andrzeja Horubały podczas wręczenia nagród Identitas

NAGRODZONY TOM POEZJI RYMKIEWICZA
NAGRODZONY TOM POEZJI RYMKIEWICZA / Źródło: RYS. PAWEŁ PAULUS MAZUR
Dodano
Laudacja została wygłoszona przez Andrzeja Horubałę w dniu 13 grudnia 2016 roku w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Władysława Szpilmana.

W tym roku nasze jury nie musiało debatować długo.

Tom poezji Jarosława Marka Rymkiewicza „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie” wydany przez Wydawnictwo Sic! bezapelacyjnie zasłużył na nagrodę Identitas!

Jarosław Marek Rymkiewicz.

W iluż wcieleniach przychodzi do nas! Poeta, eseista, prozaik, tłumacz. Erudyta, kodyfikator polskiego neoklasycyzmu, archiwalny szperacz, odtwarzacz mickiewiczowskich detali, rozsupłujący „Żmuta”, pisarz badający, dlaczego „Aleksander Fredro jest w złym humorze” i o co pyta Juliusz Słowacki.

Czasem jawi się jak ktoś nam bardzo bliski: naiwny nieco nadwiślański inteligent, gdy jako Pan Mareczek w powieści „Rozmowy polskie latem 1983 roku” nad Wigrami euforycznie przeżywa czas stanu wojennego, a zarazem zanurza się w polskim mitycznym czasie, pytając o sens istnienia i sens bycia Polakiem.

(Nie mogę sobie odmówić dziś, 13 grudnia, tej radości, by zacytować ostatnie zdania powieści:

„Takie to były rozmowy, takie zabawy nasze latem roku 1983, kiedy to Polska – po rozwiązaniu „Solidarności” przez Jaruzelskiego – znowu dostała się pod panowanie komunistów. A na jak długo się dostała? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy”).

Kiedy indziej szuka Rymkiewicz śladów żydowskiego świata, próbując go uchronić od znicestwienia i razem z żydowskim dzieckiem staje przed lufą niemieckiego karabinu.

Czy innym razem, strząsając z siebie biblioteczny kurz, opowiada o wielkich polskich poetach, by nagle powrócić w szatach proroka nieledwie i kreślić niepokojąco brzmiący program dla narodu.

Jego niekiełznana wyobraźnia stawia szubienice na Krakowskim Przedmieściu, a pod krzyż 2010 roku przed Pałac Prezydencki kieruje zdrajcę czasów rozbiorów – Adama Ponińskiego. Zanurza się w krwawe historie powstań, rzezi, jest medium oszalałych na Polskę patriotów.

Jego styl historycznej gawędy nie ma sobie równych we współczesnej polszczyźnie, jego sposób przywoływania dawnych dziejów i igrania nimi nie ma konkurencji! Zniewala, hipnotyzuje, nawet najchłodniejsze głowy rozpala gorączką, powodując euforię lub złość. Zachwyt lub wściekłość.

Ale przecież czasem przychodzi do nas z wierszami, nie tylko tymi obywatelskimi, które publikowane w tysiącach egzemplarzy towarzyszą wielkiej historii, czy podnosząc sztandar mesjanizmu i martyrologii w wydanej w podziemiu „Ulicy Mandelsztama”, czy wprost apelując do politycznego lidera: „Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!”.

Daje nam nie tylko wiersze obywatelskie, lecz także te, w których stara się przekazać nam swą prywatność, swe intymne olśnienia, swoje przeżywanie bytu i niebytu.

I właśnie za te wiersze, zebrane w tomie „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie”. Jarosław Marek Rymkiewicz otrzymuje tegoroczną nagrodę Identitas.

Jak przeżywa „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie” Jarosław Marek Rymkiewicz? Jak przeżywa swoje odchodzenie, swoje wyglądanie na drugą stronę, swój koniec lata?

Forma oktostychu, jaką w tym tomie wybrał, kieruje myśl niektórych krytyków ku Iwaszkiewiczowi, tym bardziej że ów poeta i jego debiutancki pretensjonalny tomik wprost są przywołani w utworze „Rok 1918 – początek gatunku”:

Młodziutki Iwaszkiewicz jedzie do Warszawy

I wiezie oktostychy. Czego żąda? Sławy!

Ale przecież fałszywy to trop. Nie tylko rymkiewiczowski wzorzec oktostychu z wydzielonymi natrętnie rymowanymi dwuwierszami jest zupełnie odmienny od rozwijanego przez Iwaszkiewicza, lecz różny jest przede wszystkim ton. Ton i podejście do poezji.

Rymkiewicz nie musi udowadniać, że jest poetą, sławy już nie pożąda, nie spina się, lecz raczej bawi. Siebie i nas.

Forma oktostychu pod ręką Rymkiewicza staje się filuterna, tym bardziej że końcowy, finalny dystych zawiera zazwyczaj pomysłową, nierzadko dowcipną puentę, domknięcie lub nieoczekiwany zwrot.

Wiersze więc stanowią urocze miniatury, pisane zazwyczaj trzynastozgłoskowcem, zdyscyplinowane, a przecież, gdy wyliczymy postaci, które towarzyszą poecie u schyłku lata, gdy zobaczymy, w jakie rejony podróżuje, ujrzymy niezwykłe bogactwo. Będą tu poeci, których będzie słuchał i błyskotliwie naśladował – Mickiewicz tworzący „Stepy akermańskie”, ale i Mickiewicz strofowany „piano piano mio figlio” przez papieża Piusa IX.

Będzie młodziutki Słowacki z Ludwiką Śniadecką, Słowacki piszący „Samuela Zborowskiego” i „Beniowskiego”, jak też i Słowacki stary owładnięty teoriami metempsychozy.

Będzie Lechoń skaczący z hotelowego okna w Nowym Jorku, ale i Lechoń młody, szyderczo wraz ze Słonimskim witający w stolicy Iwaszkiewicza, który z nich wszystkich będzie podobno największy, a teraz musi iść po piwo dla wszystkich…

Będzie Mallarme, będzie niedoszły topielec Robert Schumann.

Będzie stary Leopold Staff, „w muszce w kropki i z bródką spiczastą”, stary, a jednak młodszy od Rymkiewicza! Stary Staff symbol poety-seniora, ostatniego z pokolenia, który zaprasza na setkę wódki do Kuchcika na rogu Ordynackiej i Nowego Światu.

Cóż, będzie Tetmajer zamarzający w warszawskiej zaspie w styczniu 1940 roku, ale i inspirujący opowieść o „Upiorzycy tatrzańskiej”.

Ujrzymy groteskowy obrazek Mieczysława Karłowicza odjeżdżającego na rowerze „w kosmos trochę mglisty” i romantyczny obraz, jak barokowy poeta Daniel Naborowski we wściekłej nawałnicy przybywa do portu w Lizbonie.

Wtargnie też polityka: łamiąc konwencję oktostychu Rymkiewicz ofiaruje nam ociekający krwią 10-wersowy wiersz pisany na pogrzeb gen. Jaruzelskiego, który to dołącza do otwieranego przez Króla Popiela korowodu zdrajców narodowych. Charakterystyczne: sprawiedliwość wymierza mu poeta, wprowadzając w na poły baśniowy świat.

Da poeta też obrazek Piłsudskiego, który chodząc po pustym Belwederze („Jak u Lechonia: mundur na nim szary”), zadaje pytanie: „Gdy mnie nie będzie, co się z wami stanie?”.

Przemysławowi Dakowiczowi zadedykuje wiersz rozwijający temat Sokala (o którym ten młody poeta i eseista, pasowany przez wielu na następcę Rymkiewicza, pisał w „Afazji”).

Pojawią się też bohaterowie bajek braci Grimm i Koszałek-Opałek.

Ujrzymy Stalina w podmoskiewskiej daczy w wierszu „Chan słucha Mozarta” i przecież sam poeta będzie także osobą słuchającą: „Popołudnia fauna” Debussy’ego, „Toski” Pucciniego i „Rinalda” Haendla.

A obok baśni Grimm pojawi się mit o Minotaurze oraz obrazek z ruskim dwupłciowym bóstwem wiosny i płodności, jak też z bogiem Jessem. A niedaleko scenka z dwiema nimfetkami całkiem współczesnymi jadącymi kolejką WKD:

Jedna ma rude loczki a druga warkoczyk

Trzymają się za ręce patrzą sobie w oczy
[…]

Może to są kochanki a może siostrzyczki

Ale oczy im błyszczą jak ostre nożyczki.

Ta mnogość postaci, kulturowych rekwizytów, obrazków, to, że poeta zdaje się aż kipieć od chęci dzielenia się z nami poetyckimi opracowaniami anegdot i szczodrze dokształca nas w przypisach do wierszy, może prowadzić do wniosku, że tym sposobem Rymkiewicz-erudyta zagłusza poczucie nadchodzącego kresu, że uchyla się od zasadniczych pytań. Ale przecież do końca tak nie jest. Czasem staje z nieuchronnym twarzą w twarz.

Ale staje po swojemu, gdy relacjonuje sen, w którym zjawia mu się babka Irena i odbywa z naszym bohaterem dialog następujący:

– Jareczku […] Twoja Śmierć cię wzywa.

– Ale ja w nic nie wierzę! – Ja też nie wierzyłam,

Lecz ze Źródła Mądrości wody się napiłam.

– Nie umieraj! – krzyknąłem. – Zostań jeszcze ze mną!

– Ach to nie da się zrobić. Wokół jest tak ciemno.

Ciągle trzeba umierać. Na tym to polega. – I odeszła w jaśminach, w liliach, w przebiśniegach.

Czy dźwięczy tu „Tren XIX albo sen” Kochanowskiego? Ale przecież – jeśli nawet – to pobrzmiewa po rymkiewiczowsku bardzo, z charakterystyczną autoironią, z rytmem i rymem, który unieważnia grozę, a może obłaskawia ją, by wreszcie zgubić w tanecznych przywołaniach kwiatów, którymi otacza ją poeta.

I przecież raczej zachwytem nad dziwnością niż przerażeniem emanują zapisy innych snów: o zapadaniu się w ślimaczą otchłań, o rozpiętym między różnymi epokami balu w Pałacu Staszica czy odwiedzinach dawnej szkoły, gdzie woźny Maciaszczyk znikając z miotłą pod podłogą, krzyczy:

– Oni wszyscy umarli – tam nie ma nikogo.

Robert Tekieli z entuzjazmem witając „Koniec lata…”, zastrzegał się, że poeta prezentuje zupełnie inne światoodczucie niż on. Fakt: Rymkiewicza – nie tylko tego z esejów, lecz także poezji – trudno byłoby uznać za twórcę chrześcijańskiego.

Umieranie, odchodzenie ma u niego zupełnie inne formy niż te zalecane przez katolicką ars moriendi. Próżno szukać wizji świata odkupionego Chrystusową krwią, próżno szukać odblasku objawień o Bożym Miłosierdziu, próżno – katechizmowej wiary w rzeczy ostateczne. To umieranie – poety. Wciąż otwartego na świat zmysłów, próbującego z teatru śmierci, z przeczuć końca, z nadchodzącej jesieni uczynić widowisko godne zachwytu. Zachwytu i… rozbawienia.

Poety, który sam stając się częścią wielkiej tradycji pisania po polsku, spotyka i przywołuje tych, którzy już umarli, a też borykali się z przemijaniem.

Poety związanego z całym światem kultury, ale i z naturą, który czuje, jak włączony jest w proces przemijania i przemiany razem ze zwierzętami oraz roślinami, i który czuje się częścią ziemskiego ogrodu.

Finał tytułowego wiersza, który następuje po opisie owego zdziczałego nieco ogrodu, w którym wszystko zwiastuje już schyłek lata: „białe kwiaty hortensji upadły na trawę…”, „winorośl w sukni czerwonej jak Tosca, będzie naga i czarna po pierwszych przymrozkach”, to dystych z zabawną transakcentacją na koniec:

To co zjawia się wiosną – jesienią gdzieś znika

I to jest cała moja ta problematyka.

Owa „problematyka” tak katarynkowo brzmiąca – zdrobniona – nagle staje się więc przedmiotem autoironicznej zabawy, rymowanki.

Znamienny gest Rymkiewicza: unieważnić grozę końca, czy to przy pomocy rymu, rytmu, czy to przez lubowanie się groteską rozkładu, a czasem detalem jakimś, paradoksem. I może rzeczywiście trochę łatwiej jest znosić koniec, kres, gdy możemy się nim z erudycyjnym dystansem delektować, w nim rozmiłować, nim bawić…

Mocno brzmią w tomie wiersze wizyjne – ten o wrześniowym księżycu, który „oświetla w rozumie / Te miejsca których rozum nigdy nie zrozumie”. I o tym, że księżyc ów „Oświetla nasze blade z przerażenia twarze”.

No i kapitalny utwór „Pół snu, pół jawy (Widok z mojego okna)”, w którym znajdujemy sugestywny opis, jak to wschodzące słońce „jak krwawiąca głowa” przepędza upiory z ogródka wraz z ostatnimi niedośnionymi widmami, które przechodzą „przez tory na cmentarną stronę”.

Ale przecież to też zabawy w horror.

Wiele wierszy chciałoby się wspomnieć. I ten o kocie Szaraku masakrującym żaby, ten z nostalgicznym miłosnym westchnieniem z dworcem Łódź Fabryczna w tle i właśnie o żonie Ewie walczącej szlauchem z ohydnym przędziorkiem, który atakuje kwiatki i zagraża człowieczemu mózgowi…

Rymkiewicz ogrywa swoje ulubione eschatologiczne koncepty: „Każda śmierć jest dobra i każda potrzebna” – pisze w utworze „Śpiąca Królewna”, bo „Tak się przechodzi z baśni do następnej baśni”… Albo w wierszu „Mesjanizm” zrodzonym na tarasie w piękny dzień październikowy, gdy po obrazku Mickiewicza szarpiącego się z papieżem, wzrok nasz poeta przenosi na niebo i po leśmianowsku puentuje:

Wszystko ucieka znika kłębi się obłocznie

I nawet nicość nie wie co z tym kiedyś pocznie…

Taki jest Rymkiewicz: uczy nas, jak obniżając ton, zanurzając się w tradycji, jak bawiąc się w dystychowe rymowanki, jak dowcipnie składając słowa, patrzeć na postrzępione obłoki, jak afirmować zachód słońca, więdnięcie kwiatów, koniec lata. Pokazuje, jak poezja może uczulać i jednocześnie – znieczulać.

Jest z nami Rymkiewicz na wiele sposobów bardzo intensywnie przez ostatnie dekady.

Wyrazem wdzięczności za jego intensywną obecność, za poezję jest nasza nagroda.

 0

Czytaj także