Obserwator mediówKobieta Kalego już nie kocha demokracji

Kobieta Kalego już nie kocha demokracji

Dodano

To nie będzie o czarnej Afryce, choć wśród prorządowych dziennikarzy coraz bardziej widoczne stają się standardy plemienne: jak wódz Kali myśleć, tak Mea pisać.

Stare powiedzenie „huzia na Józia” w polskiej rzeczywistości medialnej zaczyna mieć wydźwięk „huzia na Gowina”. Wszystko dlatego, że ten – jeszcze do niedawna jeden z najbardziej rozpoznawalnych członków rządu Donalda Tuska – odważył się mieć w kilku kwestiach własne zdanie. Inne niż partyjny przywódca. Na razie nie musi on jednak wpadać w znany dla siebie stan emocjonalny, czasami określany przez bliskich mu współpracowników jako „premier się wściekł”, bo – jak to bywa w krajach postkomunistycznych od Rosji, Białorusi i Ukrainy począwszy, na III RP skończywszy – od rugania „zbuntowanych” funkcjonariuszy partyjnych ma dziennikarzy.

Ci tak długo, jak długo opór Gowina dotyczył marginalnych dla Realpolitik spraw światopoglądowych w rodzaju związków partnerskich, ograniczali się do pokazowej wręcz tolerancji i szacunku dla zasad demokracji. „Gdy rozdźwięk dotyczył spraw światopoglądowych, można było mówić o wierności własnym poglądom” – przekonuje Katarzyna Kolenda-Zaleska w opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” felietonie „Gowin przekroczył Rubikon nielojalności”. Tolerancja i szacunek dla własnego zdania Gowina skończyła się, gdy ten odważył się zająć inne stanowisko niż wódz w sprawach naprawdę istotnych dla Polski, jak na przykład wtedy, gdy z Jackiem Żalkiem i Johnem Godsonem wstrzymali się od głosu w sprawie skandalicznego, szkodliwego pomysłu ministra Rostowskiego dotyczącego zawieszenia progu ostrożnościowego.

Gwoli ścisłości Gowin, choć kreowany dzisiaj na jednego z liderów konserwatywnej prawicy, podobnie jak wcześniej usiłowano to zrobić z niedoszłym, na szczęście, „premierem z Krakowa” Janem Marią Rokitą, postacią z mojej bajki nie jest. Jako minister sprawiedliwości tolerował fatalną sytuację w sądownictwie, ale również w organach ścigania, nie będąc w stanie wymusić na prokuratorze generalnym Andrzeju Seremecie choćby nowelizacji ustawy o prokuraturze czy podjęcia realnych działań zmierzających do oczyszczenia prokuratury z kiepskich, skompromitowanych śledczych. Inny z projektów Gowina – likwidacja małych sądów – był projektem populistycznym; w zaciszu ministerialnego gabinetu wskazano szereg sądów, które powinny zostać zlikwidowane, zamiast uprzedniej rzetelnej analizy ich funkcjonowania, użyteczności etc.

Niemniej jednak przy dzisiejszych atakach na Jarosława Gowina prorządowe media – używając retoryki Katarzyny Kolendy-Zaleskiej – przekraczają Rubikon hipokryzji. I oddając głos samej pani redaktor. „Gowin wraz z dwójką kolegów coraz ostrzej i śmielej podważa politykę własnej partii [...]. Tu już klauzula sumienia nie działa. Tu jest czysta polityka” – pisze Kolenda-Zaleska w swoim felietonie, by kilka wersów później spuentować: „Kiedy ktoś wstępuje do partii, zobowiązuje się do lojalności i akceptacji przywództwa. Na razie to Tusk jest przewodniczącym i premierem, on podejmuje decyzje. I tym decyzjom członkowie partii powinni się podporządkowywać. Jeśli się nie zgadzają, są wolni, mogą odejść”. Mocne słowa? Mocne.

Tyle że mam w pamięci sytuację sprzed kilku lat, dotyczącą innej partii i innych polityków. W lipcu 2007 r. Jarosław Kaczyński zawiesił w prawach członka partii ówczesnego polityka PiS Pawła Zalewskiego (dziś eurodeputowanego PO), zarzucając mu – po krytycznych uwagach na temat minister spraw zagranicznych Anny Fotygi – „nielojalność wobec partii i rządu”. Koniec końców w grudniu 2007 r. Zalewski odszedł z PiS. W tym samym roku pod zarzutem „nielojalności” władze PiS zawiesiły też Ludwika Dorna (w 2008 r. został usunięty z partii). W obu tych przypadkach bliskie Platformie media rozpoczęły prawdziwą wojnę w obronie partyjnej demokracji i prawa do własnych poglądów polityków ugrupowania Kaczyńskiego. Liderowi PiS zarzucano łamanie zasad demokracji, gwałcenie wolności sumienia, że w partii pełni władzę niemal absolutną; apelowano, by szanował prawa swoich współpracowników do własnych poglądów, wreszcie – poniekąd słusznie – wytykano, że parlamentarzyści mają reprezentować interesy swoich wyborców, a nie przekonania partyjnego lidera. Wszystko w zgodzie z demokracją i w ramach szacunku dla niej. A jakże! Nie jestem w stanie wskazać ani jednej publikacji redaktor Kolendy-Zaleskiej, w której piętnowałaby PiS-owskich buntowników, przekonując – jak dziś, gdy atakuje Gowina – że przewodniczącemu partii trzeba się bezwzględnie podporządkować.

Dziś, inaczej niż jeszcze pięć lat temu, ani redaktor Kolenda-Zaleska, ani pozostali prorządowi dziennikarze nie stają w obronie zasad, prawa do własnego zdania. To nie dziwi, bo wszak co Kali myśleć, to Mea czym prędzej zrobić. Pytanie tylko, co z ową wielką pięć lat temu miłością do partyjnej demokracji? Zgasła? Jednak kto nie jest demokratą, ten w dzisiejszej rzeczywistości jest… Lepiej o tym sza, minister Sienkiewicz czuwa.

Czytaj także

 0

Czytaj także