Obserwator mediówNadwiślański atak zombie

Nadwiślański atak zombie

Nadwiślański atak zombie
Nadwiślański atak zombie
Dodano
Straszenie „sektą smoleńską” już nie działa na Polaków. Za to w  przestrzeni publicznej mamy inwazję żywych trupów. Politycznych.

Straszenie „sektą smoleńską” czy etykietką wyznawców „religii smoleńskiej” i – jakżeby inaczej – oszalałych z nienawiści zwolenników „teorii zamachowej” już nie działa. Socjotechnika „smoleńska”, począwszy od tragicznej katastrofy w kwietniu 2010 r., a skończywszy na niemal połowie 2012 r., była skuteczną i zarazem jedyną odpowiedzią Platformy Obywatelskiej i części bliskich tej partii mediów na działania prawicowej opozycji. Metoda prowokowania Antoniego Macierewicza, by zabrał publicznie głos, była dobrym asumptem do terroryzowania wyborców powrotem „strasznego PiS”. A to z kolei przekładało się na kolejne zjazdy tej partii w sondażach.

Tyle że smoleńska socjotechnika rządu i jego medialnych fighterów przestała przynosić rezultat. Trudno dziś powiedzieć, czy powodem jest coraz bardziej dotykający Polaków kryzys, czy kolejne wpadki rządu PO-PSL i kompromitujące wystąpienia polityków gabinetu Tuska. Trudno bowiem dzisiaj drżeć ze strachu przed Macierewiczem, gdy prominentny członek gabinetu Tuska – minister Bartłomiej Sienkiewicz, szef MSW – pozwala sobie na deklaracje pod adresem swoich przeciwników w rodzaju: „Idziemy po was, cały czas idziemy, ale dojdziemy” i zapowiada przymusową socjalizację tych, z którymi mu nie po drodze.

Pokazują to zresztą dobitnie sondaże. Opublikowany w poniedziałek przez „Rz” sondaż Homo Homini wskazuje, że na PiS oddałoby głos 31 proc. wyborców, podczas gdy na PO zaledwie 22 proc. Co więcej, to PO w porównaniu z wcześniejszym badaniem straciła 1 punkt procentowy. Gazeta szacuje, że to dowód na to, iż nieudana próba odsunięcia od władzy w Warszawie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz nie zaszkodziła PiS.

To prawda, ale trzeba też zwrócić uwagę na to, że wspomniany sondaż został zrealizowany w dniach 18–19 października, a więc nie tylko po referendum warszawskim, ale także po głośnym tekście Agnieszki Kublik, która na łamach „Gazety Wyborczej” opublikowała częściowo zmanipulowane, wyrwane z kontekstu fragmenty zeznań ekspertów Macierewicza, jakie członkowie parlamentarnego zespołu badającego katastrofę smoleńską złożyli w prokuraturze. Tekst redaktor Kublik spreparowano tak, by ekspertów Macierewicza ośmieszyć. Zarazem także po to, by po raz kolejny narzucić partii PiS dyskurs publiczny o katastrofie smoleńskiej, dyskurs, w którym główną rolę będzie odgrywał Antoni Macierewicz. To się udało. Mimo trwającej już blisko miesiąc medialnej kampanii drwiącej z PiS jako sekty smoleńskiej poparcie dla tej partii na razie jednak nie spadło. Chociaż dziennikarze odnieśli mały sukces – jedną osobę udało im się wystraszyć. I to nie byle kogo, bo prezesa PAN prof. Michała Kleibera.

W sytuacji, w której „sekta smoleńska” już nie straszy, sięgnięto po polityczne zombie. I choć polski wysyp żywych trupów nie jest tak emocjonujący jak apokaliptyczny „World War Z”, a eurodeputowanemu Michałowi Kamińskiemu jest równie daleko do Brada Pitta co Bartłomiejowi Sienkiewiczowi do Henryka, akcja się toczy.

Jednak udział polskich politycznych zombie sprawia, że zamiast serialu grozy mamy komediodramat. Oto bowiem znany głównie i nie tylko w kręgach swojej dawnej partii z sybaryckiego trybu życia oraz zamiłowania do luksusowych trunków wspomniany Michał Kamiński wytyka rzecznikowi PiS w jednym z wywiadów: „Hofman jest kompletnie zdemoralizowaną osobą, która ośmiesza i deprecjonuje PiS”. Eurodeputowany, którego życiowym osiągnięciem było współprowadzenie kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego, po katastrofie smoleńskiej dowodzi, że „[...] najsmutniejsze jest jednak to, że Jarosław Kaczyński żyruje Antoniego Macierewicza”. Z grona osób politycznie zmarłych wskrzeszono – który to już raz? – byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Mąż Isabel kreśli sylwetkę Macierewicza w czarnych barwach. „Kiedyś on wbije nóż w plecy Jarosława Kaczyńskiego. I jestem co do tego absolutnie przekonany” – mówił Marcinkiewicz. Cóż, oddając Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie, trzeba przyznać, że na wbijaniu noża w plecy swoim politycznym dobroczyńcom Marcinkiewicz zna się jak mało kto.

Pierwszym w historii kina filmem o żywych trupach było „Białe zombie” z 1932 r., w którym za pomocą magii voodoo zamieniano ludzi w bezduszne, bezrozumne kukły służące ich mocodawcom. Jak na tamte czasy był to prawdziwy film grozy. Polskie polityczne zombie wydają się być cokolwiek wtórne, monotematyczne. Bawią, a nie straszą.

 0

Czytaj także