Obserwator mediówSmutna Wiplergate

Smutna Wiplergate

Smutna Wiplergate
Smutna Wiplergate
Dodano

Po wczorajszej, porannej pogawędce z policją poseł Przemysław Wipler wykorzystał w swej obronie wszystkie nowoczesne środki przekazu. Twittował z iPada, prostując wersję wydarzeń podawaną przez większość mediów. Na bieżąco relacjonował swoje perypetie w szpitalu. Pozował do zdjęć w poplamionej koszuli i z pokiereszowaną twarzą. Po południu zaś zwołał w Sejmie konferencję prasową i zagrał na strunie emocjonalnej: "żona w ciąży", "tylko jedna butelka", "każdy lubi wypić trochę wina" i tym podobne.

Słowem: katastrofa.

Wciąż nie wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się przed jednym z warszawskich klubów. Nie wiemy, jaki był powód szarpaniny i kto kogo zaczął szarpać pierwszy. Policjanci twierdzą, że Wipler był pijany jak bela, zachowywał się agresywnie i uderzył ich koleżankę (tę wersję potwierdza jedyny świadek zdarzenia). Wipler powtarza, że to on został powalony na ziemię i brutalnie skopany. W obu przypadkach rodzą się wątpliwości. Jeśli Wipler był rzeczywiście upojony niemal do nieprzytomności, to trudno sobie wyobrazić, by miał komuś zadać cios którąkolwiek z kończyn. Tacy ludzie wszak słaniają się na nogach. A z drugiej strony: patrol policyjny, który dla czystego funu obił posła na Sejm RP? To oczywiście możliwe, ale mało wiarygodne.

Wipler liczy na to, że nagrania z miejskiego monitoringu oczyszczą go z winy. Jakoś nie mam przekonania, iż widok pijanego posła, mocującego się z grupą policjantów, poprawi jego publiczny wizerunek. A nie sądzę, by w tym wypadku kamery były dla niego szczególnie łaskawe. Jak znam życie, obraz będzie niejednoznaczny. Niejednoznaczność zaś będzie działała na niekorzyść posła.

Wipler znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, w niewłaściwym stanie. Jeśli po godzinie 8 miał we krwi 1,4 promila alkoholu, to cztery godziny wcześniej, gdy doszło do incydentu, mógł mieć circa 1,8 promila. Niezależnie od okoliczności: gdy ktoś z takim stężeniem wybiera się na spacer, to znaczy, że jest co najmniej nierozsądny. Gdy tym kimś jest poseł, to znaczy, że jest nierozsądny do kwadratu. Jeśli ów poseł robi sobie następnie szpitalną sesję fotograficzną, pokazuje publicznie swoje siniaki i zadrapania, zasłania się ciążą żony i oskarża policję o wszystko, co najgorsze, to znaczy, że dobrowolnie, choć może nie do końca świadomie, popełnia polityczne samobójstwo.

Taktyka Wiplera była bardzo prosta: opinia publiczna miała się dowiedzieć, że zła policja pobiła dobrego, sympatycznego posła. Owszem, polskie społeczeństwo nie przepada za policjantami, ale za posłami nie przepada jeszcze bardziej. A pijani posłowie nie mogą liczyć na żadne pobłażanie.

Tym bardziej, że Wiplera czeka jeszcze jedna przykra niespodzianka: za kilka dni nikt już o całej sprawie nie będzie pamiętał. Nawet jeśli się okaże, że funkcjonariusze rzeczywiście mają coś na sumieniu. Pozostaną tylko dowcipy i internetowe memy z posłem w roli głównej.

Szkoda, bo Wipler dużo dobrego w Sejmie zrobił i miał szansę zrobić jeszcze więcej. Stąd też mój głęboki niesmak i rozczarowanie. Jeżeli kompromitują się nawet tacy posłowie...

foto: Boston9/wiki

Czytaj także

 0

Czytaj także