Obserwator mediówMy nie taki Zachód

My nie taki Zachód

Dodano
Podobno optymizm jest wynikiem niedostatku odpowiednich informacji. My w to nie wierzymy, bo inaczej musielibyśmy napisać w  dzisiejszym przeglądzie prasy, że najważniejsze tytuły w kraju są niedoinformowane.

A tu wbrew kryzysowi na Cyprze, śnieżnemu kwietniowi i malkontenctwu nieudaczników z opozycji Polska przeżywa cywilizacyjny awans. I źle jest, gdy przejściowe trudności są wykorzystywane do przykrywania tej oczywistej prawdy.

Bezrobocie? Tygodnik „Polityka” wyjaśnia jak to z nim jest naprawdę.

- U sporej grupy bezrobotnych na wieść o ofercie pracy w oczach pojawia się strach. Ułożyli życie po swojemu. Paradoksalnie czują się lepiej niż ci, którzy pracy jeszcze szukają – czytamy w tekście o nieprzypadkowym tytule „Wolne ptaki”. A w nim cała galeria aspołecznych typów, które nie chcą wypracowywać naszego wspólnego PKB, lecz tylko wykazują postawę roszczeniową. Słusznie jest dać odpór niesprawiedliwym zarzutom pod adresem rządu, zwłaszcza teraz, gdy prognozy mówią o postępującym wzroście bezrobocia.

Zresztą „Polityka” zauważa, że postęp musi oznaczać koszty społeczne. Nieprzystosowani nie pasują przecież do nowego wizerunku Polski jako pełnoprawnego członka Unii Europejskiej. Przeczytamy o tym w reportażu „Na poboczu”. O tym, że przyjemnie jest jeździć sobie autostradą z Warszawy do Berlina, zwłaszcza od momentu, gdy splajtowały te obskurne i kiczowate motele przy starej trasie. „... jeszcze niedawno starą dwójkę przezywano K3 – od kurew, krasnali i kolein. A teraz? Teraz nawet kolein nie ma”.

Albo umowy śmieciowe? „Rzeczpospolita” wyliczyła, że problem nie istnieje. Bo tylko garstka Polaków – jakieś 3 proc. - pracuje bez etatu. A tych, którzy pracują na umowach czasowych nie można dorzucić do tej kategorii, bowiem eksperci nie zgadzają się z taką klasyfikacją. Zwłaszcza eksperci powiązani z Ministerstwem Pracy i Opieki Społecznej. Co prawda w kategorii umów czasowych jesteśmy rekordzistą w Europie, ale dzięki temu rynek pracy jest bardziej elastyczny. Więc naród nie powinien narzekać.

Lekki zawód odczujemy tylko, gdy weźmiemy dziś do ręki „Gazetę Wyborczą”. Ów tytuł, na co dzień zaangażowany w głoszenie chwały naszego awansu cywilizacyjnego, dziś obniżył loty. Przeczytamy wprawdzie radosną informację, że już ponad 2 mln Polaków przesłało PIT-y drogą elektroniczną, ale nie to jest clou doniesień „GW”. Najważniejszą wiadomością jest to, że rząd „rozważa” kolejny skok na kasę obywateli, którą odłożyli sobie w OFE. „GW” nie dokonała jeszcze interpretacji, czy to wiadomość dobra czy zła. Łatwo domyślić się, że kierownictwo koncernu z Czerskiej ma zagwozdkę. Z jednej strony nie uśmiecha mu się wchodzić w ostry spór z dobrodziejem dostarczającym ogłoszenia Skarbu Państwa i chroniącym kraj przed koszmarem kaczyzmu; z drugiej zdaje się, że decyzja rządu może trochę szarpnąć interesem notowanego na giełdzie koncernu.

I tak „mimo, że Gdynia się rozbudowuje” musimy zajrzeć nieco bardziej w głąb gazet. Nie sposób wtedy przeoczyć faktu, że ich dalsze strony, zwłaszcza z doniesieniami gospodarczymi, opanowała mafia pesymistów nie doceniających modernizacyjnych wysiłków rządu. „Dziennik Gazeta Prawna”: „Rynki wschodzące nie wierzą już w euro. Europejskiej waluty pozbywają się banki centralne krajów BRIC” oraz „Holendrzy już nie chcą euro”. Mowa oczywiście o obywatelach Holandii. Euro nie chcą też Niemcy, ani z drugiej strony Cypryjczycy. Jest więc ktoś – poza Radkiem Sikorskim – kto chce jeszcze wspólnej waluty?

W „Rzepie” na stronach gospodarczych wyczytamy, że rosną ceny żywności i spada popyt. I zwykli ludzie dobrze to czują, bo dwa pierwsze miejsca wśród wydatków na żywność zajmują piwo i wódka. A trzecie miejsce napoje gazowane, czyli popitka. Wniosek jest prosty – naród się znieczula, aby łagodniej odczuć kryzys i wykrzesać z siebie choć odrobinę optymizmu w ocenie osiągnięć rządu.

PS.

A rzeczą naprawdę pozytywną – to już bez cienia ironii – jest fakt pozytywnego przyjęcia przez większość prasy, od „Polityki” po „Gazetę Polską”, filmu Ryszarda Bugajskiego „Układ zamknięty”. Można było się spodziewać, że ktoś zarzuci twórcom kreowanie „fałszywego” obrazu Polski opanowanej przez jakąś rzekomą urzędniczą mafię. Lub, że zostanie przemilczany. Tymczasem oprócz recenzji – chyba bez wyjątku pozytywnych – możemy przeczytać także o historii, która zainspirowała Bugajskiego i jego współpracowników (obszernie zaprezentowaliśmy ją w najnowszym numerze „Do Rzeczy”). Czyli autentycznego i bardzo drastycznego przekrętu, którego ofiarami stała się trójka krakowskich biznesmenów. Przekaz tu jest prosty i bez ściemy: nie jesteśmy jeszcze takim Zachodem, jakby wynikało z radosnych tekstów z pierwszych stron niektórych gazet. Daleko nam i nie wiadomo, kiedy będziemy bardziej doń podobni. A film Bugajskiego to dzieło naprawdę wybitne.

Czytaj także

 0

Czytaj także