Obserwator mediówPrawda i pamięć oraz inne katastrofy

Prawda i pamięć oraz inne katastrofy

Dodano

Dotknięty przekleństwem pamięci długiej i nie najgorszej czytając dzisiejsze doniesienia „Rz” przypominam sobie „Newsweeka” sprzed lat – a dokładnie z czasów rządów PiS. W owym „Newsweeku” pojawił się w samym środku przerwanej kadencji Jarosława Kaczyńskiego przerażająca opowieść o tym, jak to pod wpływem „dusznej atmosfery nagonki”, zachęceni totalitarnymi dokonaniami CBA i ogólnie – wszelkim pisizmem – Polacy zaczęli masowo donosić na innych Polaków. Szło o to, że rośnie liczba anonimów wysyłanych do urzędów skarbowych. „Uprzejmie donoszę, że sąsiad ma dużo, ale płaci – mało”. I tak dalej. Wniosek był jasny – Kaczyńskiemu udało się wychować naród konfidentów.

W dzisiejszej „Rz” na pierwszej stronie zajawka materiału ze stron prawnych: „Chętnie na siebie donosimy”. Chodzi o to, że od paru lat rośnie nam liczba donosów do US. Duszna atmosfera rządów Tuska? Platforma wychowuje naród konfidentów? Tradycyjne polskie wady rozkwitają przy Donaldzie? Och nie, interpretacja Ministerstwa Finansów jest zgoła inna: „to dowód rosnącej świadomości podatników, którzy nie godzą się np. na sprzedaż na lewo w osiedlowym sklepiku”. I tak oto mroki pisowskiej nocy przekształcają się dzięki nowej interpretacji w jutrzenkę swobody i pasmo wielkich sukcesów. No bo kto nie chciałby, żeby rosła świadomość podatników? Najlepiej, żeby rosła wraz z kwotami wpłacanymi do budżetu.

W „Wyborczej” także o wielkim sukcesie, i to na skalę globalną. „Dorociński szpieguje dla BBC. Wreszcie świat ogląda nasz serial” to tytuł z pierwszej strony. Uważna lektura tekstu wewnątrz numeru nasuwa jednak szereg wątpliwości co do prawdziwej natury sukcesu. Serial „Szpiedzy w Warszawie” jest mini-serialem (4 odcinki), powstał na podstawie amerykańskiej powieści Amerykanina Alana Fursta, scenariusz napisali dwaj Anglicy (Dick Clement i Ian LaFrenais), główną rolę francuskiego oficera gra Szkot, serial nakręcono po angielsku, a na potrzeby emisji w TVP jedynie zdubbingowano po polsku. Pieniądze w większości wyłożyła BBC, która ma wprawdzie wiele osiągnięć, ale jeszcze nie udało jej się zostać „naszą”, znaczy polską, telewizją publiczną. Polski wkład sprowadza się zatem głównie do Dorocińskiego oraz faktu, że „Szpiegów…” nakręcono w całości w Polsce (także sceny paryskie, londyńskie i berlińskie). Tubylcy udostępnili plan filmowy, tubylcy mają serial…

Jak informuje Jacek Szczerba, serial będzie pokazywany w BBC i TVP oraz ma szanse na emisję w Arte (kto zna się choć ciut na telewizji ten wie, że Arte to na europejskim rynku TV mniej więcej taka potęga, jak TVP Kultura w Polsce. Wszystko to wystarcza dokucia hasła „wreszcie świat ogląda nasz serial”, bo wajchowi w „Wyborczej” wydali już kilka tygodni temu polecenie podkręcenia propagandy sukcesu, więc teraz wszystko będzie super i extra. Przekonać nas o tym mają kolejne artykuły o tym, ile to centrów kongresowych, muzeów multimedialnych i bibliotek-wideotek będzie się w Polsce teraz budować (no i nie zapominajmy o planowanym afrykarium). Dlatego już w dzisiejszej „GW” oprócz opowieści o tym, jak „cały świat” ogląda „nasz serial” mamy i tekst o tym, jak będzie pięknie gdy w roku 2025 Gdańsk zostanie stolicą Unii Europejskiej. Oraz o nowym polskim motoszybowcu z napędem elektrycznym. I o tym, że „Szejkowie walczą o Polskę”. I że „Polska w górę” idzie w rankingu wolności gospodarczej. No i wreszcie, że „zespół Laska da odpór smoleńskim fantasmagoriom”.

Chodzi o trasę medialno-koncertową Macieja Laska, szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, który objeżdża radia, prasę telewizję pokrzykując, że „prawda jest tylko jedna” i że kto podważa raport komisji Millera, ten drań. Dlaczego raportu Millera nie broni sam Jerzy Miller? Otóż miał bronić, ale odmówił. Widać nie jest samobójcą wizerunkowym, bo w świetle nowych faktów ujawnionych w ciągu ostatniego roku w wiarygodność raportu Millera wierzyć mogą tylko ci, którzy wierzą w Zębową Wróżkę oraz w to, że Gdańsk będzie w roku 2025 stolicą Unii Europejskiej.

Najnowszym osiągnięciem Laska jest ogłoszenie, że może się ostatecznie spotkać z ekspertami zespołu smoleńskiego Antoniego Macierewicza, ale tylko potajemnie, bo „Big Brothera nie będzie”. A właściwie dlaczego nie? Czy chwila ostatecznej rozprawy z fantasmagoriami, chwila zwycięstwa mądrych i dobrych ekspertów rządu nad nieukami od Macierewicza nie jest godna pokazania Polakom? A może jednak to zwycięstwo nie jest takie pewne, a w dodatku, z „Big Brothera” może – decyzją telewidzów - odpaść jeden z uczestników? I niekoniecznie musi to być Macierewicz?

Idźmy dalej – z tekstu Agnieszki Kublik o Lasku i jego nowym zespole, można dowiedzieć się, że „gorącym zwolennikiem wznowienia prac komisji jest prof. Marek Żylicz, ekspert międzynarodowego prawa lotniczego”. Tymczasem w dzisiejszym „Naszym Dzienniku” tenże prof. Żylicz nie zostawia na Lasku suchej nitki. Przypomina on bowiem, że tajemniczy „zespół Laska” to nie żadne „wznowienie prac komisji Millera”, tylko powołanie jakiegoś nowego ciała, w dodatku nie wiadomo na jakiej podstawie, i bez uprawnień. – To, co chce zrobić Lasek, tylko opóźni wyjaśnienie sprawy – mówi w „ND” Żylicz. I argumentuje „nie ma żadnych podstaw prawnych” by zespół mógł działać i mieć dostęp do materiałów Komisji”.

Zaglądam na chwilę do „Super Expressu”, a tam opowieść o stalinowskich metodach stosowanych przez ministra spraw wewnętrznych Jacka Cichockiego. Chodzi o to, że zdaniem ekspertów szef MSW łamie prawo wykorzystując służbowy samochód, by wozić dzieci do szkoły. Przypomnę, że w czasach stalinizmu wykorzystywanie rządowych limuzyn przez rządowych i partyjnych oficjeli do wożenia własnych rodzin było nagminne. Oznacza to – stosując nieugiętą logikę sędziego Tuleyi – że rząd Donalda Tuska (w osobie Cichockiego Jacka) stosuje stalinowskie metody.

Na koniec zatem słów kilka o niespodziewanej gwieździe mediów III RP – sędzia Igor Tuleya, który dopiero co potępiał CBA za „stalinowskie metody” już zrezygnował ze złożenia „zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez CBA”. Teraz bąka coś o „uchybieniach”. Jak mówi w „Gazecie Polskiej Codziennie”. Nie było jego celem „wywołanie burzy medialnej” i „nie chodziło mi o obrażenie środowisk kombatanckich”. A o co? – Tak mi się tylko skojarzyło – wyjaśnia Tuleya.

Też mi się coś skojarzyło, a propos tempa zmian poglądów sędziego Tuleyi oraz pokrzykiwań Macieja Laska, że „prawda jest tylko jedna”. W latach 80. Janusz A. Zajdel, znakomity autor powieści socjologiczno-fantastycznych ukuł gorzki, wyśmiewający władców PRL aforyzm, jak znalazł pasujący do dusznych czasów Donalda Tuska: „Prawda jest tylko jedna. Dlatego nie zawsze wystarczy jej dla wszystkich”.

Czytaj także

 0

Czytaj także