Obserwator mediówZabójczy humor lewaka

Zabójczy humor lewaka

Dodano
Prasa papierowa podobno umiera, wypychana przez sms-y, tweety i  fejsbukowe posty, zatem dziś nie będziemy się zajmować umarlakiem. Proponuję króciutki przegląd portali internetowych (które też kiedyś pewnie zdechną).

Na portalu naTemat.pl udało mi się znaleźć tekst, który niczego nie reklamuje. W dodatku intrygujący! Oto Aleksander Pociej, senator Platformy Obywatelski, a jednocześnie znany adwokat, odnosi się do tzw. sprawy Rogalskiego.

Jego kolega po fachu, który do niedawna był pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego, dokonał publicznego aktu zaprzaństwa. Połknął wszystkie swoje opowieści o helu w Smoleńsku i piskliwym głosikiem zaczął śpiewać w mediach najpopularniejsze szlagiery III RP, z piosenką o "błędzie pilotów" na czele.

Pociej, jak na człowieka Platformy, pisze rzeczy bardzo ciekawe:

"Stefan Niesiołowski w ostrej wypowiedzi skrytykował u Moniki Olejnik zapowiedź działań Rady Adwokackiej w stosunku do mecenasa Rogalskiego. Tymczasem zdaniem wielu osób reakcja Rady nie tyle jest nieadekwatna do zachowania, ale jest spóźniona w tym sensie, że trzeba było zająć się wypowiedziami kilku pełnomocników na temat Smoleńska już dwa lata temu. Profesor Niesiołowski może i zna się na biologii, ale wyraźnie nie na etyce zawodu adwokata. Otóż nawet po ustaniu pełnomocnictwa nie ustaje specyficzny obowiązek zachowania lojalności do byłego klienta. Pan Kaczyński oraz PIS nie są moimi idolami. Tym niemniej uważam, że publiczna wypowiedź Pana Rogalskiego, niczym nie sprowokowana, wyjątkowo Kaczyńskiemu jako człowiekowi i politykowi szkodzi. Jako jego przeciwnik polityczny i prawnik, który nie potrzebował trzech lat, żeby dostrzec oczywistą oczywistość, że nie było zamachu, powinienem się cieszyć, ale to nie zmienia faktu, że jako adwokat muszę mieć do działań Rogalskiego daleko idące wątpliwości".

Pociej nie jest zwykłym aparatczykiem, który boi się wyrzucenia z partii i utraty senatorskiej diety (z diet to on chyba się nie utrzymuje), więc może sobie pozwolić na sformułowania daleko odbiegające od platformerskich "przekazów dnia":

"Aby lepiej zrozumieć sytuację trzeba sobie wyobrazić że jest się na przykład przeprowadzającą rozwód osobą medialną. Przez dłuższy czas nasz adwokat w mediach zwala całą winę na drugą stronę. Po pewnym czasie dochodzi do rozstania z mecenasem i on nagle zaczyna w mediach mówić, że właściwie to jego klient jest zły, a małżonka to przykład anioła i męczennicy przy damskim bokserze. Ponieważ mówi to ktoś, kto nas reprezentował, to jest się skończonym, niezależnie od tego, czy były pełnomocnik mówi prawdę czy kłamie. (...) Prezes Kaczyński w tym sensie jest sam sobie winien, że wybrał na pełnomocnika osobę, która nie filtrowała różnych sensacji i wątpliwości, ale je wręcz nagłaśniała. Można oczywiście twierdzić, że widziały gały, co brały i nie powinno się dziwić, że w innej konfiguracji pełnomocnik nagłaśnia tezy tym razem niewygodne, a klient zapewne czuje, że został „zdradzony o 8 wieczorem”. Nie można jednak w związku z radością, że Prezes Kaczyński został okiwany, wygłaszać z kolei takich farmazonów, jak Pan Niesiołowski w Radiu Zet".

Wreszcie puenta, która pokazuje, że nawet w brutalnej wojnie między PO i PiS można zachować intelektualną przyzwoitość:

"Są jakieś zasady i tych zasad trzeba bronić, a nie skakać z radości i rozgrzeszać każdego, kto przywali PiS, zwłaszcza jeżeli to dowalanie łamie jakieś standardy. Prezes Kaczyński ma prawo do takich samych gwarancji prawnych, jak każdy w tym kraju, zaś atak Posła Niesiołowskiego na Radę Adwokacką, na adwokatów, że bronią (trochę późno, ale jednak) podstawowych zasad wykonywania naszego zawodu, jest dowodem kompletnego zaślepienia i niezrozumienia powodów reakcji Rady".

***

Piotr Skwieciński w portalu wPolityce.pl przeanalizował przemówienie ministra Radosława Sikorskiego, wygłoszone podczas jego niedawnej wizyty w Australii. Wnioski? Smutne.

"Wykład był – jakżeby inaczej – błyskotliwy. Minister dla jego potrzeb nauczył się nawet kilku idiomów z australijskiego slangu. Przyjemnie się to czyta. A treść…? Tu zaczynają się schody" - pisze Skwieciński.

Sikorski już tradycyjnie przedstawił Polskę jako rosnącą potęgę w Europie, ale Skwieciński w tym akurat nie widzi niczego złego: "Można z tym dyskutować, ale zarazem to poniekąd naturalne, że szef MSZ chwali swoje państwo i przedstawia je jako kraj sukcesu". Z drugiej jednak strony autor felietonu dostrzega pewien "zgrzyt": "Niemal całość długiego wykładu poświęcona jest… Unii Europejskiej, jej prawdziwym czy rzekomym dokonaniom i szansom. O Polsce poza kontekstem unijnym polski minister nie mówi niemal nic. Nie mówi nic o rzeczywistych dylematach i problemach naszej polityki zagranicznej. Słowo „Rosja” pojawia się w przemówieniu Sikorskiego raz – w passusie: "Przez dziesięciolecia my w Europie osiągnęliśmy nadzwyczajne rezultaty w politycznym pojednaniu i uczciwych kompromisach (…) W ten sposób Polska i Niemcy – a także, pomimo wzlotów i upadków, Polska i Ukraina oraz Rosja – czynią Europę Wschodnią bardziej kwitnącą i stabilną".

To o tyle zastanawiające, iż gospodarze spotkania (Australijski Instytut Spraw Międzynarodowych) zapowiadali, iż wystąpienie Sikorskiego będzie poświęcone "europejskim wysiłkom w celu obrony strefy euro oraz o rosnącym wyzwaniu dla kontynentu ze strony Azji oraz Rosji”). "Zapewne minister pominął Rosję i jej wyzwanie, bo to nieprzyjemny temat, związany z jakąś dozą niezgody" - kontynuuje Skwieciński. "A filozofia Platformy każe demonstrować zgodę ze wszystkimi (prócz PiS-u rzecz jasna). By osiągnąć ten cel, minister nie waha się przed mijaniem się z prawdą. Bo w kontekście obecnego stanu relacji polsko-rosyjskich mówienie o sukcesie pojednania można określić tylko tymi słowami.

(...) Przy lekturze przemówienia Sikorskiego narzuca się niestety silne wrażenie, że mentalnie i emocjonalnie on już jest gdzie indziej, w innej rzeczywistości. Że wszystkie jego ambicje związane są z Brukselą. Że czuje się już ministrem spraw zagranicznych nie jakiejś tam prowincjonalnej Polski, tylko potężnej Unii. A że ta Unia wcale nie jest taka potężna, jej przyszłość nie jest jasna, jej wpływ na politykę światową – taki sobie, a w dodatku interesy najważniejszych wewnątrzunijnych podmiotów wpływu nie zawsze muszą być zgodne z polskimi? Mniejsza o to. Ważna jest odpowiednio wielka przestrzeń dla wielkiego człowieka…".

Skwieciński zwraca uwaga na bardzo niebezpieczne rozdwojenie jaźni: jak pogodzić reprezentowanie konkretnego państwa na arenie międzynarodowej z "dziejową koniecznością" budowania wspólnej polityki zagranicznej Unii. Niestety, Sikorski jest na tym polu gorliwym neofitą, a jego specyficzny sposób prowadzenia dyplomacji może nam się jeszcze w przyszłości odbić czkawką.

***

Na koniec próbka lewackiej publicystyki z portalu "Krytyki Politycznej". Tomasz Piątek zabawił się w Leśmiana, wymyślając nowe słowa, które miałyby opisać ponurą rzeczywistość współczesnego, dzikiego neoliberalizmu. Cały wywód można by sprowadzić do zwięzłego sloganu "Kapitaliści to faszyści", ale Piątek pisze, pisze, pisze... Brzmi to wszystko jak odgłos monety pocieranej o szkło: ani to dowcipne, ani mądre.

Dlatego właśnie proponuję Państwu obfite fragmenty tekstu Piątka. Warto się dowiedzieć, jak przaśne jest lewackie poczucie humoru:

"Próbowaliśmy odkłamać obowiązującą dzisiaj nowomowę, czyli ponazywać różne złożone zjawiska takimi słowami, które odpowiadałyby rzeczywistości. (...) Na przykład odbieranie swoim bliźnim należnej im kasy poprzez ukrywanie jej w rajach podatkowych to optymalizacja. Optymalizacja to – tłumacząc dosłownie z łaciny – unajlepszenie. Ciekawe, czy złodziejaszek, który właśnie wyrwał staruszce torebkę, myśli: „Ale sobie babcię unajlepszyłem”. To unajlepszenie trzeba nazwać po imieniu: dezercja podatkowa (kolega podpowiada: śfiskustwo, czyli fiskalne świństwo). Dotyczy to też neoliberalizmu. Żaden z niego liberalizm, a i tak bardzo neo też już nie jest. Trzeba go jakoś inaczej określić. Niedawno Cezary Michalski nazwał go globalnym faszyzmem. Cezary stwierdził, że żyjemy w systemie, w którym połowa światowego PKB siedzi na szemranych kontach w tak zwanych rajach podatkowych bez żadnej społecznej kontroli i redystrybucji. Nowa rasa panów, bezkarnych i stojących ponad prawem, dysponuje majątkiem, który mógłby wykarmić głodującą ludzkość. Ale nowa rasa panów chce, żeby niewolnicy, wyrobnicy i zbędni ludzie zdychali. Jak to nazwać jednym słowem? Proponuję finanszyzm (...) Zamiast finanszyzmu może być finazizm lub finanzizm. Wspierający taką politykę człowiek, który mówi o sobie „liberał”, to hitlerał. Jeśli komuś to ostatnie określenie wydaje się zbyt ostre, niech mówi fiuterał. (...) Nowy słownik powinien także uwzględniać zmienioną rolę pieniądza. Dawniej akumulacja kapitału przekładała się jakoś na wzrost gospodarczy, dzisiaj wywołuje spekulacyjne kryzysy. Należy się więc zastanowić nad takimi pojęciami jak pianiądz (pieniądz, który dostał tak zwanej piany) i pijaniądz (pieniądz pijany). Pienędza to nędza wywołana przez pieniądz. Sam kapitał to kapituł (coś, przed czym wszyscy kapitulują). (...) W nowej rzeczywistości zmienia się całe życie człowieka, a co za tym idzie, powinno zmienić się dotyczące tegoż życia słownictwo. Emerytura to umrytura lub umrzytura, z oczywistych przyczyn. Zamiast roboty jest robotacja czyli robota w stanie rotacji: raz jest, raz nie ma, a im mniej robisz, tym bardziej się robotyzujesz".

A to dopiero trzy czwarte tych leksykalnych męczarni. Dalej jest jeszcze gorzej i jeszcze nudniej. Cóż, autor najwyraźniej już goni w piątek...

 0

Czytaj także