Obserwator mediówŚwięty Maziarski Od Dyżurów

Święty Maziarski Od Dyżurów

Święty Maziarski Od Dyżurów
Święty Maziarski Od Dyżurów
Dodano
Wojciech Maziarski jest wyraźnie poirytowany dyskusją na temat ewentualnego zakazu handlu w niedzielę, bo mogłoby mu to zepsuć weekend.

Dlaczego miałby w niedzielę wyłącznie odpoczywać? Właściwie dlaczego nie zakupy? - pyta w "Gazecie Wyborczej". "Jeżeli moją rodzinę wyróżnia chodzenie w niedzielę do tego, co Jacek Żakowski nazywa w "Poranku Radia TOK FM" "świątyniami konsumpcji"? Czy jako wolny obywatel żyjący w ideologicznie neutralnym państwie prawa mogę wybrać taki model życia i spędzania wolnego czasu, który nie podoba się ideologom lewicy, teologom katolicyzmu i działaczom związkowym?".

Ależ oczywiście, drogi redaktorze Maziarski. Wybór modelu życia i spędzania wolnego czasu należy wyłącznie do nas. Niestety, czasami napotykamy na niespodziewane trudności.

Ja na przykład z przyjemnością spędzałbym popołudnia na czytaniu popołudniowych gazet. Taki mam model spędzania wolnego czasu. Że co? Że nie ma już w Polsce popołudniówek? Że nikt ich nie drukuje? Ale jakie to ma znaczenie? Taki mam model życia i domagam się, by pozwolono mi go realizować. By redaktor Maziarski mógł sobie w niedzielę pójść do supermarketu, ktoś musi go obsłużyć, nieprawdaż? A dlaczego nikt nie obsługuje mnie i innych ludzi (spodziewam się, że może ich być z kilkaset tysięcy), którzy chcieliby sobie codziennie o 17 usiąść w fotelu i poczytać świeżutkie newsy, na prawdziwym, pachnącym papierze? Uważam, że powinniśmy zmusić dziennikarzy w Polsce, by jednak wstawali codziennie o 4 rano i wzięli się do roboty.

I poproszę też o niedzielne wydanie "Gazety Wyborczej". Że co? Że w niedzielę nie wychodzą gazety? Bo dziennikarze i wydawcy musieliby pracować w sobotę? Że Internet? Ale co mnie to właściwie obchodzi? Ja chcę czytać niedzielną "Gazetę Wyborczą". Bo taki mam "model".

Aha, jeszcze jedno: natrafiłem gdzieś na wypowiedź ekonomistki pewnego banku, która bardzo się martwiła, że skasowanie handlu w niedzielę będzie oznaczało mniejszy wzrost PKB. No dobrze, ale przecież możemy to jakoś zrekompensować: na przykład otwierając w soboty i niedziele wszystkie oddziały wszystkich polskich banków. Ja na przykład uwielbiam robić przelewy i płacić rachunki w weekendy. Dlaczego odbiera mi się tę przyjemność? Nie wspominając już o tym, że gdybyśmy za jednym zamachem po prostu przywrócili robocze soboty (ach, łza w oku się kręci...), to nasze PKB pewnie podskoczyłoby o dwieście, trzysta, a może nawet - powiem bez kozery - pińcset procent.

Dodam jeszcze jedną słabość: marzę mianowicie o takim dniu, w którym będę mógł odwiedzić urząd skarbowy w sobotę o 22. Żeby poprosić o konsultację w jakiejś sprawie podatkowej. Albo żeby złożyć deklarację. Albo żeby cokolwiek. Oczekuję, iż państwo przychyli się do mojej prośby.

Przepraszam za te wszystkie suchary, ale nic mnie tak nie irytuje w dyskusji na temat zakazu handlu jak używanie ciągle tych samych, wyświechtanych i bezsensownych argumentów o "modelu życia". Dla niektórych "modelem" może być słuchanie głośnej muzyki w rezerwatach przyrody. Ale państwo tego zakazuje. Dla innych "modelem" może być picie piwa na ławce w parku. Ale państwo tego zakazuje - w niedzielę i w każdy inny dzień tygodnia. "Modelem" może być też pośredniczenie w kontaktach między "miłymi panami" a "miłymi dziewczynami" - także tutaj można się narazić organom ścigania.

Sam nie jestem zwolennikiem zakazu handlu, uważam obecny kompromis za rozsądny. Jednak głosy takie jak Maziarskiego sprawiają, iż mój leseferystyczny kręgosłup zaczyna mięknąć.

Na koniec jeszcze jeden fragment tekstu Maziarskiego: "Do tego zjednoczonego frontu antykonsumpcyjnej lewicy i religijnej prawicy dołączają związkowcy, argumentując, że bronią interesów i praw ludzi pracy, bo wredni kapitaliści wykorzystują biedne sprzedawczynie, każąc im pracować w niedziele do 20. Powiem szczerze i otwarcie: nie ma obowiązku bycia sprzedawczynią, a po doświadczeniach pracy w prasie niedziele sprzedawczyń nie wydają mi się jakąś szczególną torturą. Doskonale pamiętam, jak przez całe lata bez szemrania dyżurowałem w niedziele w redakcji do pierwszej albo drugiej w nocy, żeby w poniedziałek o świcie "Gazeta" była w kiosku. Wprawdzie za czasów komunizmu w niektórych państwach w poniedziałki gazety się nie ukazywały, więc dziennikarze niedziele mieli wolne, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby walczący o wolne niedziele domagali się, by skopiować ten model w dzisiejszej Polsce".

Mam to szczęście, że wiem, jak wygląda dyżur redakcyjny do pierwszej w nocy i wiem, jak wygląda praca w miejscu, gdzie w piątek i świątek obsługuje się klientów realizujących swój "model życia". Wiem też, jak bardzo różni się płaca redaktora w "Gazecie Wyborczej" od wynagrodzenia sprzedawczyni w supermarkecie. Porównanie dokonane przez Maziarskiego jest, łagodnie mówiąc, nieuczciwe. A z drugiej strony dość zabawne: święty Wojciech Od Dyżurów, to nawet nieźle brzmi.

Kiedy kanonizacja?

 0

Czytaj także