Obserwator mediówAnalizy za pieniądze, propaganda - charytatywnie

Analizy za pieniądze, propaganda - charytatywnie

Dodano
Dzisiejszy przegląd prasy: o socjalizującym PiS, słonym parkowaniu w niedziele, cuchnącym tsunami i dziennikarzach opłacanych przez partie.

Michał Szułdrzyński komentuje w "Rzeczpospolitej" nieformalny sojusz PiS i "Solidarności". Największe ugrupowanie opozycyjne utworzy wraz ze związkiem specjalny zespół, który będzie m.in. opiniować projekty ustaw.

Publicysta "Rz" zauważa, że szef "S" wygrał swego czasu wybory, obiecując odpolitycznienie organizacji, jednak "budując swą niezależną pozycję stawał się coraz bardziej rozpoznawalnym i podmiotowym graczem".

Co ta nowa koalicja oznacza dla polskiej sceny politycznej? "To zła wiadomość dla Donalda Tuska" - pisze Szułdrzyński. "Duda z Kaczyńskim będą znacznie poważniejszym zagrożeniem dla rządu niż osobno. Związek zawodowy, który potrafi mobilizować dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy osób wraz z partią, która wygrywa w kolejnych sondażach, to razem potężna siła polityczna, która może skutecznie utrudnić życie słabnącej Platformie i bijącemu kolejne rekordy społecznej nieufności Donaldowi Tuskowi". Według Szułdrzyńskiego skręt w lewo PiS, przy jednoczesnym odchodzeniu Platformy od gospodarczego liberalizmu, może wytworzyć niszę dla "poważnej siły prorynkowej". "Otwiera się miejsce dla środowisk deklarujących przywiązanie do wolnego rynku" - kończy Szułdrzyński.

Byłoby miło. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej procesowi tworzenia takiej siły, z Wiplerem i Gowinem, ciągnącym każdy w swoją stronę, z Kowalem, który desperacko próbuje ratować swój PJN przed zagładą, z Korwin-Mikkem, jak zwykle skutecznym w kompromitowaniu samego siebie, trudno oprzeć się wrażeniu, że ta "prorynkowa siła" poważna nigdy nie będzie.

***

"Rzepa" informuje także o jeszcze jednym rządowym pomyśle na to, jak zedrzeć z obywateli parę groszy. "Samorządy będą mogły dowolnie ustalać stawki za parkowanie. Może się okazać, że płatny będzie postój nawet w nocy i w święta" - czytamy w "Rz".

Rząd przyjął założenia do zmian w ustawie o drogach publicznych. Znikną maksymalne stawki za parkowanie, a także dni, w które można pobierać opłaty: "Samorządy, określając stawki, będą się kierowały: liczbą mieszkańców, samochodów, deficytem miejsc postojowych oraz kosztami wydzielenia i utrzymania miejsc parkingowych. Co to oznacza dla kierowców? Wzrost cen za każdą godzinę parkowania i płatne parkowanie w sobotę i niedzielę. Niewykluczone, że będzie obowiązywało całą dobę, a nie tylko w godzinach od 8 do 18".

"To kolejny skok na kasę" - mówi Paweł Dobrowolski, prezes Forum Obywatelskiego Rozwoju. "Gdyby rząd ustalił nową wyższą stawkę opłaty i jakiś mechanizm jej podnoszenia, nie widziałbym problemu. W wielu miastach europejskich za wjazd do centrum się płaci. Wszystko jednak powinno mieć swoje granice, a tych w nowych propozycjach zabrakło".

Sprawę komentuje Ewa Usowicz, przypominając wcześniejsze innowacje, "ułatwiające" życie polskiemu kierowcy. "W porannym pędzie do pracy najpierw „złapie" go fotoradar. Siatka tych mądrych urządzeń jest zgodnie z planem stale rozbudowywana, mandaty mają zaś być nawet dwukrotnie wyższe. Następnie delikwent wpadnie na „park and drive"... Niestety, miejsc nie starczyło – śpieszył się jednak za wolno. Jedzie więc do centrum, krążąc długo i rzetelnie w okolicach swojej pracy. Ale w końcu jest! Wolne miejsce parkingowe! W parkometrze płaci trzy razy więcej niż ostatnio, bo Hanna Gronkiewicz-Waltz postanowiła po ostatnich powodziach przebudować Trasę Toruńską. Po powrocie do domu musi już tylko pamiętać o odpowiednim wpisie w domowym dzienniczku kierowcy. Musi być przecież jasne, komu w tym dniu przypisać mandat i punkty karne. Szerokiej drogi!".

***

"Gazeta Wyborcza" donosi o niespodziewanym problemie z ustawą śmieciową. "Zaczyna się czas, w którym stare firmy już nie chcą odbierać od ludzi odpadów, a nowe zaczną to robić dopiero po 1 lipca. Będzie więc śmierdzieć" - pisze Anna Lewandowska.

"W płockim oddziale rozmawiamy z Piotrem Budkiem. Pomstuje na ustawodawcę, urzędników gminnych i ministerialnych: - Nikt nie pomyślał o tym okresie przejściowym. Owszem, np. w gminie Radzanowo (płockie) mamy z mieszkańcami podpisane umowy, które obowiązują do końca czerwca, ale ich integralną częścią są harmonogramy wywozu śmieci. I jeśli jest zapisane, że odbieramy je 11 dnia miesiąca, to od razu 11 czerwca zabraliśmy nasze pojemniki, bo w lipcu śmieci będzie wywoziła już inna firma - mówi. I tłumaczy: - Firmę czeka ogromna operacja logistyczna. Musi bowiem zabrać kontenery ze stu dotychczasowych miejsc i przenieść je w inne, czyli tam, gdzie wygrała przetarg na wywóz odpadów według nowych zasad. W dodatku cały czas wykonuje normalną dotychczasową pracę, a ludzi i czasu brakuje".

Co więc stanie się w miejscowościach, w których już pozbawiono ludzi koszy? "To jest problem - przyznaje dyrektor powiatowego Sanepidu w Płocku Romuald Ostrowski. - Ludzie mogliby zbierać śmieci w worki foliowe i wystawiać przed posesję, dzień czy dwa by wytrzymały. Ale parę tygodni!? Będzie śmierdzieć. Część mieszkańców pewnie zacznie palić śmieci. Część pewnie zacznie wyrzucać je do lasów, tworzyć kolejne dzikie wysypiska, byle dalej od swoich domów".

Przypomnijmy, że jednym z argumentów zwolenników ustawy było to, iż nadzór gmin nad wywozem śmieci spowoduje likwidację dzikich wyspisk śmieci. Już za miesiąc może się okazać, że efekt będzie dokładnie odwrotny.

***

Konrad Piasecki z RMF FM pisze na swoim blogu o finansach polskich partii. "Raporty na temat partyjnych wydatków z lekka szokują. Miliony złotych wydawane na PR-owskie mamienie wyborców, armie pracowników zatrudnianych nie wiadomo gdzie i po co i długie listy płac, na których roi się od "niezależnych" dziennikarzy, publicystów i komentatorów…. I wszystko to z naszych pieniędzy, bo partie wciąż nie palą się do solidnego zbierania składek od swoich aktywistów".

Piasecki pochyla się nad kolegami-dziennikarzami, którzy byli lub są opłacani przez polityków. "Nie zamierzam odgrywać roli Robespierre'a i Katona. Rozumiem, że człowiek w życiu może podejmować różne, nie zawsze trafne, decyzje. Że sytuacja może zmusić go, do zarabiania pieniędzy w najróżniejszy sposób. I że branie pieniędzy od partii politycznych, nie jest najgorszą z możliwych dróg ratunku z finansowej opresji. Co więcej, uważam też, że z drogi od dziennikarstwa czy publicystyki ku polityce można zawrócić, a nawet odbyć ją w przeciwną stronę. Mogę sobie wyobrazić sytuację kogoś, kto postanawia "zajrzeć za drugą stronę lustra", spróbować swych sił w polityce, albo jej otoczeniu i uznać, że to jednak nie dla niego zajęcie i wrócić do bycia aktywnym publicystą o wyrazistym zabarwieniu politycznym".

Publicysta stawia jednak warunek: powinna obowiązywać pełna jawność. "Gdy ktoś powie mi "pisałem analizy na rzecz partii x, robiłem to w latach takich i takich, skończyłem z tym w takim miesiącu" - uznam sprawę za zakończoną. Gdy ktoś "nie przypomina sobie" skąd wziął się 140 tysięczny przelew od partii, albo tłumaczy, że musiał zdobyć pieniądze na ratowanie córki (co rozumiem absolutnie), ale pytany jak je zdobywał - odmawia odpowiedzi, uznaję całą historię za co najmniej podejrzaną. Bo nie mam pewności, czy udzielając się publicznie jest już finansowo niezależny, czy żyje wciąż na garnuszku partyjnym, strojąc się w szaty jedynego prawego i sprawiedliwego".

Piasecki nie wymienia żadnych nazwisk, ale przykłady, jakie podaje, dotyczą akurat dwóch konkretnych dziennikarzy: Stanisława Janeckiego i Krzysztofa Skowrońskiego, szefa Radia Wnet. W obu przypadkach pieniądze płynęły z kont PiS. Właściwie zgadzam się z Piaseckim co do meritum, nie mogę jednak zaakceptować sytuacji, w której kilku redakcjom (m.in. portalowi naTemat.pl) i kilku dziennikarzom udało się wbić w umysły odbiorców, że ta afera (czy raczej "aferka") dotyczy wyłącznie PiS. Oto najlepszy przykład dziennikarstwa partyjnego. Mam większy szacunek dla ludzi, którzy pisali analizy dla PO czy PiS jako byli lub aktywni dziennikarze, niż do ludzi, którzy uprawiają otwartą propagandę charytatywnie.

 0

Czytaj także