Lempart na drodze Kijowskiego

Lempart na drodze Kijowskiego

Dodano: 259
Marta Lempart (Strajk Kobiet)
Marta Lempart (Strajk Kobiet) / Źródło: PAP / Mateusz Marek
Marta Lempart odniosła swój własny, partykularny sukcesik – kilka minut w blasku fleszy, kilka zbiórek, szereg uściśniętych dłoni i mnóstwo urokliwych słów. Za swą zdobycz zapłaciła jednak sprawą samej aborcji. Bunt, który się przetoczył przez Polskę w ostatnich tygodniach był (jest!) największym zagrożeniem dla PiS od 2015 roku, a tylko i wyłącznie dzięki postawie liderki „Strajku Kobiet”, przynajmniej chwilowo, został wyhamowany. Gdyby Marta Lempart nie istniała, to Kaczyński powinien ją wymyślić.

Od początku protestów przekonywałem (m.in. w tekście – „Polska na beczce prochu”), że proaborcyjne protesty są najpoważniejszym problemem z jakim mierzy się PiS od zdobycia władzy. To nie był kolejny KOD, to nie byli Obywatele RP. Czarna fala, która wylała się na ulice polskich miast była spontaniczna i wyrastała ze szczerej emocji. Barwy partyjne tu nie miały znaczenia. Nie liczyło się, że to „trybunał Przyłębskiej” wydał wyrok, nie liczyło się, że doszło do tego za władzy PiS. Tysiące osób poczuło się zagrożone i oszukane. W tym tkwiła jego siła i – paradoksalnie – potencjał polityczny. Ten potencjał był realny, dopóki nie został brutalnie upartyjniony przez Martę Lempart.

Liderka-wandalka

O chamstwie i aktach wandalizmu, jakiego dopuszczali się protestujący pisano już wiele. Ataki na kościoły, ataki na ludzi broniących świątyń, niszczenie własności prywatnej, dewastowanie pomników (papieża, Reagana, Armii Krajowej…) – wszyscy o tym słyszeliśmy. Oczywiście ciężko powiedzieć, by większość protestujących się pod tym podpisało. Przeciwnicy orzeczenia TK wyszli na ulice, by protestować przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, a nie żeby mazać pomniki i niszczyć kościoły.

W czym zatem leży problem? W tym, że np. na takim Marszu Niepodległości również dochodzi do zadym i aktów wandalizmu, ale jego organizatorzy w jasny sposób odcinają się od wszystkich tego typu przypadków i nawołują do pokojowego manifestowania. Tymczasem osoby, które nadawały ton protestom aborcyjnym wprost przeciwnie – same zaostrzały konflikt, promowały przemoc i zachęcały do coraz śmielszego okazywania niezadowolenia.

Już pomijam w tym miejscu całe morze patointeligencji która była zachwycona wulgarnością protestów. Wystarczy nam Marta Lempart, która w Radiu Zet mówiła wprost, że „oczywiście, że trzeba” dewastować kościoły. Od tamtej pory było już tylko coraz „lepiej” – jej popisy w mediach i na konferencjach zyskiwały na stężeniu poziomu żenady odwrotnie proporcjonalnie do tego, jak sam strajk tracił na zainteresowaniu. Z danych podanych przez profil „Polityka w Sieci” wynika, że już dawno bunt feministek przestał cieszyć się zainteresowaniem użytkowników mediów społecznościowych. W takiej sytuacji pozostaje jedynie podążanie drogą taniej hucpy.

Aborcja nie ma znaczenia

Wulgarność protestów i przemoc na ulicach to był tylko jeden z problemów „Strajku Kobiet”, który przełożył się na odpływ „normalsów”. Szybko okazało się, że sama aborcja nie jest istotna dla liderów tego ruchu. To jedynie trampolina do kariery. Protest szybko przeistoczył się z oddolnego ruchu broniącego status quo w sprawie aborcji w ruch po prostu antypisowy. Kuriozalne wezwania do dymisji rządu, absurdalne postulaty dot. pozycji Kościoła, finansów służby zdrowia itd. Nic dziwnego, że wkrótce zaczęły pojawiać się wypowiedzi skonfundowanych kobiet, które twierdziły, że właściwie już same nie wiedzą, o co jest ten protest.

Protestujący dość szybko zaczęli działać dwutorowo – pro-aborcyjna masa szła sobie, a liderzy sobie; tłum ws. aborcji, liderzy przeciwko rządowi. Przeglądając postulaty ruchu wychwycimy bez problemu dwa aspekty, które nic nie mają z orzeczeniem TK, przeciw któremu na ulice wyszły tysiące osób – pierwszy to obalenie PiS-u, drugi to przeprowadzenie lewicowej rewolucji.

Sama aborcja przestała mieć znacznie. Stała się kolejnym postulatem, który można postawić obok LGBT, klimatu, psychiatrii, świeckiego państwa, „antyfaszyzmu” (?) i innych pustych haseł, które nie posiadały żadnej konkretnej treści oprócz mętnego marzenia, aby to ciemne polskie społeczeństwo w końcu rozpuścić w ciepłej wodzie europejskiej postępowej nijakości.

Robiąc to wszystko, liderki w rzeczywistości wypięły się na strajkujące kobiety. Olały kwestię aborcji. Pokazały, że rzekomo setki tysięcy cierpiących kobiet nie mają dla nich żadnego znaczenia.

Nowy KOD

Ze „Strajku Kobiet” szybko zrobiono nowy KOD. Jednak z rozrzewnieniem możemy wspominać nieco śmiesznego i nieporadnego Mateusza Kijowskiego, który na tle obecnej liderki opozycji wydaje się być prawdziwym dżentelmenem i dyplomatą.

Lempart częstowała słynnym „wypie***aj” wszystkich ludzi pokroju Hołowni, którzy chcieli się przytulić do protestów. Robiła to jednak nie dlatego, że bała się upolitycznienia strajku, tylko właśnie dlatego, że to ona miała przeprowadzić jego upolitycznienie. Bała się, że różnej maści Hołownie zabiorą jej tytuł liderki, że znowu odwrócą się od niej kamery, że „Wyborcza” zrobi zbiórkę na kogoś innego etc.

Swoją drogą opozycja ma autentycznie jakiś samobójczy gen. Jak nie Mateusz Kijowski, to Paweł Kasprzak, jak nie Kasprzak to „polski Kennedy” Ryszard Petru, jak nie on to znowuż jakiś Margot i Lu, albo właśnie inna Lempart. Na ich tle opozycja naprawdę może wzdychać do przywództwa Grzegorza Schetyny. Ta nienaturalna wprost umiejętność organizowania się wokół jednostek najbardziej niepowołanych do przewodzenia komukolwiek, jest dla mnie autentycznie nie do pojęcia. Jakby każdy oddolny ruch, który może mieć jakiś wpływ na rzeczywistość polityczną, był odgórnie zatapiany.

Kiedyś pisałem prześmiewczo o Platformie Obywatelskiej, że jest złożona z tajnych agentów Kaczyńskiego, jednak przy okazji „Strajku Kobiet”, naprawdę warto się zastanowić nad tą kwestią, bo cała droga Marty Lempart wskazuje, że robi ona wszystko, aby nadać demonstracjom możliwie jak najbardziej skrajny, ohydny charakter, który zniechęci jak najwięcej osób normalnych – nie kodziarzy czy aborcyjnych aktywistów, tylko właśnie tych umiarkowanych Polek, które poczuły się zagrożone, a które za trzy lata zdecydują nad urnami o dalszych losach kraju.

Sam protest ws. aborcji jest autentycznie największym zagrożeniem dla PiS-u od lat. Ta sprawa dotyka kwestii fundamentalnych, a to sprawia, że ludzie jej tak łatwo nie zapomną. To nie jest abstrakcyjna praworządność, ani odrealniony polexit. Nawet jeżeli „Strajk Kobiet” upadnie – wszak jego liderka już swoje ugrała – to sama emocja przetrwa i jeszcze czkawką odbije się PiS-owi za te trzy lata. A jeżeli do tego dojdzie, to będzie to miało miejsce nie dzięki działalności Lempart, tylko pomimo jej aktywności.

Czytaj też:
Polska na beczce prochu. Lont odpalony
Czytaj też:
Skandaliczne słowa liderki Strajku Kobiet. "I psy z TVP Info powiedzą..."

Źródło: DoRzeczy.pl
 259
Czytaj także