Świat"Faworytka religijnych konserwatystów". Trump wskazał kandydatkę do Sądu Najwyższego

"Faworytka religijnych konserwatystów". Trump wskazał kandydatkę do Sądu Najwyższego

Prezydent Donald Trump i Amy Coney Barrett
Prezydent Donald Trump i Amy Coney Barrett / Źródło: PAP/EPA / Shawn Thew
Dodano 65
Obyło się bez niespodzianek. Prezydent Donald Trump poinformował, że kandydatką na sędziego w Sądzie Najwyższym USA będzie Amy Coney Barrett.

Barrett ma być następczynią Ruth Bader Ginsburg, która zmarła 18 września. Procedura zatwierdzenia kandydatury Barrett w Senacie ma ruszyć 12 października, tak aby oficjalnie zasiadła w Sądzie Najwyższym jeszcze przed listopadowymi wyborami prezydenckimi. Na tym tle wybuchł spór polityczny w USA, ponieważ demokraci twierdzą, że Trump powinien poczekać z nominacją do rozstrzygnięcia wyborów – tak, aby to nowy prezydent mianował sędziego.

Donald Trump nie ukrywa, że jest pełen podziwu dla zdolności, wykształcenia i wiedzy swojej kandydatki. "Dziś mam zaszczyt nominować jeden z najlepszych i najbardziej utalentowanych prawniczych umysłów do Sądu Najwyższego. To kobieta o niezwykłych osiągnięciach oraz niestrudzonej lojalności dla Konstytucji" – powiedział polityk podczas konferencji prasowej w Białym Domu.

– Kocham Stany Zjednoczone i Konstytucję Stanów Zjednoczonych. Jeśli Senat zaszczyci mnie oficjalną nominacją, uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby pełnić ten obowiązek jak najlepiej – powiedziała Barrett, którą cytuje ABC News. Decyzję ws. jej zasiadania w Sądzie Najwyższym podejmie Senat.

Amy Coney Barrett to według Reutersa "faworyta religijnych konserwatystów". Samą siebie określa siebie jako oryginalistkę, tj. zwolenniczkę interpretacji amerykańskiej Konstytucji wedle ustaleń Ojców Założycieli. Media przypominają, że wspierała antyimigrancką politykę Donalda Trumpa i opowiada się dalszym rozszerzaniem prawa do posiadania broni. W przeszłości Barrett współpracowała także z Antoninem Scalią.

Czytaj także:
Ponad tysiąc przypadków w ciągu doby. Niepokojące doniesienia z Nowego Jorku
Czytaj także:
Ozdoba: Temperatura sporu była zbyt duża. Liczę na nowe otwarcie

/ Źródło: Twitter / ABC News, Onet.pl, Reuters

Czytaj także

 65
  • Polak-Konfederat IP
    Oby koledzy partyjni w Senacie nie wywinęli Trumpowi numeru.Kandydatka super,lewaków ogarnie wścieklizna.
    Dodaj odpowiedź 7 0
      Odpowiedzi: 0
    • HenryHarry IP
      Fantastyczna decyzja Trumpa!
      Dodaj odpowiedź 13 0
        Odpowiedzi: 0
      • Jack "Johnny" Walker-Daniels IP
        Widzę również (także po lekturze stosownego artykułu w "Wyborczej"), że na pierwsze miejsce w krytyce Sędzi Barret wysuwa się potępianie jej konserwatywnych poglądów w kwestii aborcji. Zrobię więc, rzecz, której dotąd nie robiłem - popełnię długi tekst na temat aborcji.

        Otóż zauważyłem ciekawą prawidłowość - "walka o prawa rozrodcze kobiet" jest najbardziej nasilona w krajach szeroko pojętego Zachodu. Przepisy aborcyjne są tam najbardziej liberalne (Chin tu nie liczę - tamtejsza quasi-ludobójcza "polityka jednego dziecka" zakładająca masowe przymusowe aborcje i sterylizacje była narzucona przez państwo), co wcale tej walki nie wygasza, wręcz ją nakręca. Dzieje się tak pomimo tego, że kraje Zachodu mierzą się z najgorszym w swojej historii kryzysem demograficznym. Dotyczy to zwłaszcza zachodniej Europy, gdzie przyrost naturalny jest ujemny, lub oscyluje w granicach zera. Do utrzymania zwykłej "wymiany pokoleń", czyli utrzymania liczby ludności na stałym poziomie niezbędny jest wskaźnik urodzeń na poziomie 2.2 dziecka na parę. Daje to następujący efekt: 1 się rodzi - 1 umiera / 1 wchodzi na rynek pracy - 1 idzie na emeryturę +0.2 w "rezerwie", żeby zastąpić tych, którzy "zejdą" przedwcześnie. Nie muszę chyba mówić, że bodajże żaden zachodnioeuropejski kraj nie osiąga tego wskaźnika. Nikt natomiast nie myśli o wprowadzeniu kontroli urodzeń na przykład w Afryce (może za wyjątkiem Billa Gatesa), gdzie na naszych oczach następuje eksplozja demograficzna, a pozycja społeczna kobiet jest w większości przypadków tragiczna. W takim na przykład Nigrze wskaźnik urodzeń wynosi bodajże 13, co nawet przy uwzględnieniu śmiertelności dzieci sprawia, że liczba ludności Nigru rośnie niemal w tempie geometrycznym. W latach 90-tych było to niespełna kilkanaście milionów, obecnie to ok. 35 milionów, oblicza się, że do 2050 roku będzie ich 90 milionów. A półpustynny kraj jest w stanie utrzymać max. 20 milionów ludzi... Więc większość obecnie rodzących się Nigerczyków rodzi się de facto z emigracyjną walizką w ręce - we własnym kraju nie będzie dla nich miejsca. Mając te dwie części składowe, nasuwa się oczywiste rozwiązanie, które w Europie jest stosowane na masową skalę - dziury demograficzne Starego Świata łata się nadwyżką demograficzną importowaną z reszty świata.

        Pytanie, dlaczego politycy popierający aborcję, jednocześnie popierają masową imigrację? Czyli de facto - dlaczego motywują konieczność przyjmowania imigrantów starzeniem się społeczeństwa, które jest spowodowane niskim przyrostem naturalnym, który jest spowodowany w dużej części powszechnością aborcji, które popierają? Ludzie łączący te dwa fakty podawali rozmaite wyjaśnienia. Rozciągające się od całkiem naturalnej zmiany trybu życia w zaawansowanym społeczeństwie, ograniczającego korzyści płynące z posiadania dziecka, aż do globalnego spisku mającego na celu wyniszczenie białej rasy poprzez "wymianę społeczeństwa" ("the great replacement") na "nie-białe". Pozwolę sobie zaprezentować inne wyjaśnienie. Nie wiem, czy tak jest, ale myślę, że jest to możliwość godna rozważenia. Otóż moim zdaniem winna jest "korporatyzacja" naszego życia społecznego, czyli przeniknięcie "myślenia korporacyjnego" do polityki i jej zdominowanie przez takie myślenie. Pozwólcie, że wyjaśnię.

        Co jest głównym motorem napędowym działań korporacji? Każdy wie, że zysk. Moim zdaniem należy jednak uściślić, że chodzi o zysk krótkoterminowy. To zasadnicza różnica. Samo kierowanie się zyskiem nie jest niczym złym, wręcz przeciwnie - chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa, że powinniśmy dążyć do biedy. Dążenie do poważnego zysku z reguły wymusza dalekowzroczne inwestycje, które procentują w przyszłości. Daje to zyski właścicielom biznesu, wyższe zarobki pracownikom i lepsze produkty / usługi konsumentom. Sytuacja zmienia się, gdy zysk rozliczany jest w kwartałach, a wzrost/spadek zysku w odniesieniu do poprzedniego kwartału staje się kluczowym wyznacznikiem sukcesu - ponieważ kluczowym celem jest odpalenie stosownej działki z tego zysku inwestorom i udziałowcom w określonym czasie. Takie podejście zabija długofalowe inwestycje, gdyż one potrzebują czasu na przyniesienie zysków, natomiast koszty generują natychmiast. Więc nawet najbardziej dochodowa długofalowa inwestycja prawdopodobnie przyniesie straty w rozliczeniu kwartalnym. Wyjaśnię to na przykładzie Henry'ego Forda. Zastosowanie przez niego taśmy produkcyjnej umożliwiło masową produkcję samochodów, co dało Ford Motors Company gigantyczne zyski i ugruntowało na dekady pozycję firmy jako potentata rynku motoryzacyjnego. W wymiarze społecznym dało też dobrze płatną pracę dziesiątkom tysięcy robotników. A sprawiając, że będący dotąd synonimem luksusu samochód znalazł się w zasięgu przeciętnego Kowalskiego, zrewolucjonizowało transport i dało potężnego kopa gospodarce - najpierw amerykańskiej, a później globalnej. Ale należy pamiętać, że wszystkie te korzyści pojawiły się później - w pierwszej kolejności potrzebne były gigantyczne wydatki. Trzeba było zbudować odpowiednio duże fabryki, mogące pomieścić hale z taśmami produkcyjnymi. Trzeba było przeszkolić tysiące robotników do ich obsługi. Trzeba było całkowicie przebudować łańcuch dostaw - materiałów produkcyjnych do fabryk i gotowych produktów z fabryk na rynek. Czy gdyby Henry Ford i jego udziałowcy oraz inwestorzy kierowali się logiką dzisiejszych korporacji, to zdecydowaliby się na tą rewolucyjną innowację? Śmiem wątpić...

        W jaki sposób współczesne korporacje osiągają krótkoterminowy zysk, skoro długofalowe inwestycje przynoszą zysk dopiero w dłuższej perspektywie? Odpowiedź jest prosta - tną koszty. Nic tak nie poprawia rozliczenia kwartalnego, jak zmniejszenie kosztów funkcjonowania danego działu o 1/5. Ale ciąć koszty można tylko do pewnego stopnia, zanim załamie się jakość wykonania. Nie można mieć wykwalifikowanych pracowników, których pensje będą głodowe, ani dobrej jakości materiału za grosze. To znaczy nie można było mieć, zanim na dobre nie zaszły procesy technologiczno-społeczne, określane zbiorczo mianem "globalizacji". Umożliwiły one stosowanie rozwiązań takich, jak "outsourcing" (powierzenie danego zakresu działalności zewnętrznej firmie) lub "offshore" (przeniesienie danego zakresu działalności do innego kraju). Dało to korporacjom nowe możliwości cięcia kosztów przy relatywnie akceptowalnym spadku jakości. Pracę Amerykanina lub Francuza może wykonywać Hndus lub Filipińczyk za 1/10 jego pensji. Owszem, będzie ją wykonywał nieco gorzej, lecz to nie szkodzi: zatrudnimy 3 Hindusów do tego zadania - koszty i tak spadną o 70%, a jakość niejako się wyrówna. Gdyby Henry Ford tworzył produkcję masową dzisiaj, po prostu otworzyłby swoje taśmy produkcyjne w Shenzhen albo Bangalur, za ułamek kosztów, jakie pociągało otwarcie ich w Detroit.

        No dobra, ale jak to się ma do kwestii aborcji i imigracji? Moim zdaniem ma się i to bardzo. Otóż przenikanie myślenia korporacyjnego do polityki, o którym mówiłem, zaczyna się od tego, że dla obecnych polityków też liczy się przede wszystkim "krótkoterminowy zysk". Rozliczany w wymiarze kadencyjnym - cztero- lub pięcioletnim. Liczy się dla nich akumulacja poparcia społecznego, pozwalającego wygrać kolejne wybory. I - w większości przypadków - nic więcej. Jak najłatwiej zdobyć głosy? Dać ludziom pieniądze. Stąd ciągły i stały rozrost programów socjalnych. Ale większe wydatki trzeba z czegoś finansować. Jakie jest zasadnicze źródło dochodu rządowego, wszyscy wiemy - podatki obywateli. Tych podatków nie można podnieść drastycznie, bo przegra się wybory. Konieczne jest więc utrzymanie określonego tempa wzrostu gospodarczego, które sprawi, że zarabiający coraz więcej ludzie będą oddawać w ramach tej samej stawki rozmaitych danin coraz więcej pieniędzy, które rząd będzie im z powrotem wypłacał w ramach socjalu, kupując ich głosy przed wyborami. I tu przechodzimy do kwestii kluczowej dla naszego zagadnienia - kobiet na rynku pracy. Optymalną z punktu widzenia gospodarki sytuacją byłaby równie wydajna praca kobiet i mężczyzn. Jest jednak jeden czynnik, który dość mocno obniża wydajność pracy kobiet: macierzyństwo. Kobiety zachodzą w ciążę i rodzą dzieci. Wymaga to przerwy w pracy na czas niezbędny do urodzenia dziecka i zajęcia się nim w pierwszych miesiącach jego życia. Na tym to ograniczenie się nie kończy - w kolejnych latach należy się liczyć z tym, że matka będzie pracowała w skróconych godzinach i że co najmniej kilkakrotnie weźmie urlop, żeby zająć się dzieckiem w określonych sytuacjach. Uniknięcie tej sytuacji pozwoliłoby drastycznie zmniejszyć koszty funkcjonowania kobiet na rynku pracy... Ale spowodowałoby bardzo szybko jeszcze gorszy problem, mianowicie brak rąk do pracy z powodu załamania wskaźników urodzeń. I tutaj wkracza korporacyjne myślenie naszych mężów stanu.

        Politycy postanowili najwyraźniej zaadaptować rozwiązania znane z korporacji do społeczeństwa. Zapomnieli tylko o jednym - że polityk to z reguły zwierze dużo głupsze od biznesmena. I że przyjmuje na grunt społeczno-polityczny rozwiązanie, które nawet na gruncie biznesowym generuje własne problemy, coraz bardziej widoczne. Wygląda na to, że współczesna polityka aborcyjno - imigracyjna to brutalnie rzecz ujmując outsourcing produkcji obywateli i pracowników do krajów trzeciego świata. W założeniu: kobiety w naszych krajach mogą całkowicie skupić się na robieniu kariery i zarabianiu coraz większych pieniędzy, napędzając gospodarkę i wpływy do budżetu, nie tracąc czasu na obniżające wydajność pracy macierzyństwo. A nowych obywateli i pracowników wyprodukują i dostarczą nam Hindusi, Filipińczycy i Afrykanie, za ułamek kosztów związanych z produkcją w krajach zachodnich....

        Nie muszę chyba mówić, jak idiotyczne jest to założenie, ale musicie przyznać: jeśli przyjmiemy krótkoterminowy zysk jako jedyne kryterium, to jest ono genialnie proste i logiczne.

        Nie mówię, że tak jest, nie mówię nawet, że uważam, że tak jest. Uważam po prostu, że jest to wyjaśnienie godne rozważenia i zastanowienia się nad nim. Pozdrawiam.

        PS. poprzednio mój komentarz został usunięty, więc wstawiam jeszcze raz. Pozdrawiam cenzora, lub "algorytm" - jeśli cenzor się identyfikuje jako sztuczna inteligencja - jego sprawa ;)
        Dodaj odpowiedź 11 0
          Odpowiedzi: 1
        • mjk123 IP
          Jest szansa, że dzięki tej kandydaturze w USA powrócą do chrześcijańskich fundamentów naszej cywilizacji.
          Dodaj odpowiedź 7 1
            Odpowiedzi: 1
          • Lech, Boston, USA IP
            "ponieważ demokraci twierdzą, że Trump powinien poczekać z nominacją do rozstrzygnięcia wyborów0 - demokraci, dziś partia lewackich ekstremistów nie mająca pozy nazwą kompletnie NIC wspólnego z Partią Demokratyczną np. z przed 30 lat, jak zwykle mają za nic konstytucję i prawo w ogóle! Oni tak chcą i basta, a jak nie to Black Lives Matter i już!
            Dodaj odpowiedź 19 1
              Odpowiedzi: 1

            Czytaj także