ŚwiatKosztowna niemiecka lekcja demokracji

Kosztowna niemiecka lekcja demokracji

Dodano

Kilka dni temu okazało się, że Szwecja zamierza deportować z kraju około 80 tys. imigrantów, których wnioski o azyl zostały odrzucone. Stosunek do imigrantów radykalnie zmienia też Dania: zgodnie z nowym prawem uchodźcy uzyskają zgodę na ubieganie się o łączenie rodzin dopiero po trzech latach stałego pobytu, władze zamierzają konfiskować przybyszom wartościowe przedmioty, z których pokrywano by koszty ich pobytu w kraju. W Niemczech też rośnie krytyka polityki kanclerz Angeli Merkel, choć ona sama zdania nie zmienia.

To wszystko, co się dzieje u naszych sąsiadów, ma też swoją dobrą stronę: powinno wyleczyć Polaków z kompleksu niższości. Przy wszystkich wadach różnych polskich polityków żaden do tej pory nie był w stanie prowadzić z takim maniakalnym wręcz uporem podobnie absurdalnej polityki, jak czyni to niemiecka kanclerz. Nie mógł nie tylko dlatego, że polscy politycy są bardziej przenikliwi, bo nie są, lecz także, i to nauka najważniejsza, że w Polsce system demokratyczny działa lepiej i sprawniej niż w Niemczech. Jest mniej zoligarchizowany, pozwala na większy pluralizm opinii, lepiej artykułuje różnicę interesów i poglądów. Tym samym głupie działania władzy szybciej i wyraźniej spotykają się z oporem. Polskie społeczeństwo obywatelskie jest lepiej zorganizowane od niemieckiego. W Polsce mimo usiłowań różnych lewackich lobby i ideologicznych grup nacisków nie udało się wprowadzić takiej formy tresury i kontroli społecznej jak za Odrą. Nie obowiązują ustawy o zwalczaniu mowy nienawiści. Większość ludzi nie boi się mówić tego, co myśli, i myśleć tego, co czuje. Nie boi się też wyrażać tego publicznie. Modelowym wręcz przykładem niewydolności systemu niemieckiej demokracji były reakcje na sprawę uchodźców. W czasie, kiedy w Kolonii i innych miastach dochodziło do napaści, kanclerz Merkel wygłaszała noworoczne przemówienie, swoiste kuriozum. Otóż stwierdziła w nim, że uchodźcy dla Niemiec to „szansa jutra”, aNiemców wezwała do tego, by nie dawali posłuchu „nienawiści na tle rasowym”. Nic dziwnego, że niemieckie media publiczne z takim ociąganiem podawały informacje o napadach na kobiety. Jeszcze bardziej zabawny był późniejszy komentarz pani kanclerz, która stwierdziła, że państwo musi na tę falę przemocy reagować. Najwyraźniej nie potrafiła powiązać swoich decyzji z ich konsekwencjami. 

Nie tylko zachowanie kanclerz, lecz także mediów świadczy o niewydolności tamtego systemu. W Polsce na premierze, który popełniłby takie błędy, nie zostawiono by suchej nitki. W Niemczech nieprzyjemne wieści, które przeczyły oficjalnej propagandzie sukcesu – „Damy radę”, powtarzała niezmordowanie szefowa rządu – podawano z opóźnieniem i bojaźliwie. Najwyraźniej ludzie kierujący mediami traktują swych odbiorców jako potencjalnie agresywną masę, która w każdej chwili może stać się łupem ekstremistów. W Polsce wzajemna kontrola różnych, przeciwnych sobie i krytykujących siebie nawzajem gazet, tygodników oraz portali sprawia, że takie tłumienie faktów nie byłoby możliwe.

To dobra lekcja. Tylko dlaczego musi tyle kosztować? 

 0

Czytaj także