Sprawa Królikowskiego. Trzy błędy prezydenta

Sprawa Królikowskiego. Trzy błędy prezydenta

Dodano: 99
Michał Królikowski
Michał Królikowski / Źródło: PAP / Leszek Szymański
Są w polityce sytuacje szczególnie irytujące, choć przecież bardzo częste. Należą do nich te, gdy wszyscy doskonale wiedzą, jak jest naprawdę, ale niektórzy z jakichś powodów nie mogą lub nie chcą tego przyznać i brną we wzięte z sufitu tłumaczenia z uporem godnym lepszej sprawy. Jak kiedyś ujął to Janusz Korwin-Mikke – uparcie rżną głupa.

Tak właśnie jest w przypadku medialnej afery wokół Michała Królikowskiego. Wszyscy – z przedstawicielami Ministerstwa Sprawiedliwości czy wspierającymi Zbigniewa Ziobrę publicystami – wiedzą świetnie, że gdyby Królikowski nie stał się twarzą prezydenckich projektów reformy wymiaru sprawiedliwości, nikt nad jego aktywnością zawodową szat by nie rozdzierał. Nikt nie zajmowałby się dość jednak akademickim zagadnieniem legalności instytucji depozytu adwokackiego ani nie sprawdzałby chronologii zdarzeń wokół klientów Królikowskiego z dokładnością do jednego dnia. Portal TVP Info z pewnością nie publikowałby tekstu o tym, że Królikowski „pracował dla mafii paliwowej”. Nikt nie lamentowałby nad obniżeniem standardów, tak jak dzisiejsi krytycy Królikowskiego nie lamentowali nad faktem, że ustawę o Trybunale Konstytucyjnym pisał były peerelowski prokurator. A przecież, jeśli już mówić o standardach i uznać, że w jakiś sposób zostały naruszone w przypadku Królikowskiego, to tym bardziej trzeba uznać, że naruszono je w przypadku Piotrowicza. Ale cóż – najbardziej uniwersalną doktryną polityczną jest dzisiaj kalizm.

Nie zmienia to jednak faktu, że prezydent Andrzej Duda popełnił tu kilka błędów. Po pierwsze – nie postawił na jawność procedury tworzenia projektów ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Można zrozumieć, dlaczego wolał, aby nie było wiadomo, kto konkretnie nad nimi pracuje, kto doradza, kto jest ich głównym autorem. Chodziło między innymi o to, żeby nie tworzyć możliwości wywierania na te osoby politycznych nacisków z zewnątrz. Skutek jest jednak taki, że tak naprawdę nie wiemy, jaką rolę w procesie tworzenia ustaw odegrał prof. Królikowski. Nie wiemy, czy dostał od Pałacu imprimatur na reprezentowanie sprawy na zewnątrz czy też sam je sobie przyznał. Nie mówiąc już o tym, że jawność w niektórych sprawach jest w ogóle wysoce pożądana.

Sam kilkakrotnie wyrażałem zdziwienie nadzwyczajną medialną aktywnością Michała Królikowskiego, który – jak sądzę – powinien był raczej skupić się na pisaniu projektów, a niekoniecznie pojawiać się w każdej stacji telewizyjnej czy radiowej. Przy tym zastanawiało milczenie Pałacu, który ani razu nie dał sygnału, czy swoje tezy prof. Królikowski wypowiada jedynie we własnym imieniu czy też jest to odbicie opinii całego grona prezydenckich ekspertów albo nawet samej głowy państwa.

Skutek jest taki, że ci, którzy chcieli zrobić z Królikowskiego chłopca do bicia i w ten sposób, poprzez pośrednika, uderzyć prezydenta, mogli to uczynić bardzo łatwo, jako że jedyną istniejącą wersją była ta, iż dawny wiceminister sprawiedliwości jest umocowanym przedstawicielem Andrzeja Dudy. Nie było tu potwierdzenia, ale też nie było dementi.

Po drugie – prezydent bądź jego doradcy oblali egzamin z politycznej taktyki. Jedną z podstawowych zasad jest, że jeśli podejmuje się walkę z silnym przeciwnikiem – a takim jest dzisiaj bez żadnych wątpliwości Zbigniew Ziobro – dba się o to, aby zawczasu usunąć wszystkie możliwe punkty zaczepienia, które przeciwko nam może ten przeciwnik wykorzystać. Wizerunkowo prof. Królikowski takim punktem zaczepienia niestety jest.

Podkreślam: wizerunkowo, bo jak dotąd nikt, nawet najgłośniejsi krytycy Królikowskiego, nie dowiódł, że jego zawodowa działalność miała jakieś przełożenie nie tylko na same projekty ustaw – których przecież wciąż nie znamy – ale nawet na sferę, której mają dotyczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że można było bez trudu przewidzieć, iż w karierze Królikowskiego są momenty, które do swoich celów wykorzysta bezwzględny przeciwnik. Trudno dziś powiedzieć, czy ktoś tej sprawy nie dopatrzył, czy w Pałacu nie doceniono zagrożenia, czy zabrakło osoby, która umiałaby je oszacować ani też, jak w tej sprawie zachował się sam Królikowski – czy ostrzegł prezydenta, że oponenci mogą uczynić amunicję z jego praktyki prawniczej.

Przy tym – jeśli rację ma Piotr Zaremba w swojej bardzo ciekawej analizie, opublikowanej w „Dzienniku Gazecie Prawnej” – Ziobro nie ma nic do stracenia, może więc do końca wykorzystywać każdy pretekst, jakiego dostarczą współpracownicy prezydenta. Zaremba stawia bowiem hipotezę, że być może minister sprawiedliwości nie gra już o realizację swoich pomysłów, a wyłącznie o to, aby z całej sprawy wyjść z nimbem jedynego sprawiedliwego, któremu źli ludzie nie pozwolili zakończyć reformy radykalnej, ale mogącej jako jedyna przynieść realną zmianę. W takiej sytuacji zaostrzanie konfliktu nie tylko nie przyniesie Ziobrze szkody, ale przeciwnie – pomoże w realizacji planu.

Po trzecie – prezydent wpadł w pułapkę, którą w jakimś stopniu sam na siebie zastawił, nie ujawniając faktycznego miejsca Królikowskiego w grupie ekspertów. Jakkolwiek bowiem było naprawdę, to właśnie prof. Królikowski jest dzisiaj uznawany za najbliższego współpracownika Andrzeja Dudy w tej sprawie i tak to wygląda, patrząc z zewnątrz. Współpracownika bezpardonowo atakowanego, w dodatku w znacznej mierze w sposób zmanipulowany i naciągany. Tym bardziej więc zasługującego na obronę.

I w tym sęk. Ogromne jest bowiem znaczenie obrony swoich ludzi przez polityka pracującego nad stworzeniem własnego obozu politycznego – a to właśnie czyni prezydent – lub jego utrzymaniem. Jak jest to istotne, rozumie doskonale Antoni Macierewicz, który z pozornie tylko absurdalnym uporem bronił swego czasu Bartłomieja Misiewicza.

Prezydent ma teraz bardzo trudną sytuację. Jeżeli nie otworzy choćby symbolicznego parasola ochronnego nad Królikowskim, pokaże nie tylko słabość, ale też da sygnał, że nie jest gotowy w przyszłości osłaniać tych, którzy mu sprzyjają, a wpadną w kłopoty, wynikające z walki wewnątrz obozu władzy. Z drugiej strony nie może mieć pewności co do rezultatów śledztwa, w którym Królikowski jest dziś szczęśliwie tylko świadkiem, ale wobec determinacji oponentów nie ma pewności, czy takim pozostanie. Może się więc okazać, że obrona doradcy za jakiś czas stałaby się poważnym argumentem przeciw głowie państwa. Zresztą błoto tak czy owak już się do Królikowskiego przykleiło, zatem chronienie go może zostać przedstawione jako chronienie „adwokata mafii”. Niechętni prezydentowi, radykalni publicyści już od jakiegoś czasu próbują stworzyć taką właśnie zbitkę: „Królikowski – adwokat mafii”. Co jest gigantycznym wprost nadużyciem i manipulacją na poziomie „Gazety Wyborczej”, przynajmniej na poziomie naszej obecnej wiedzy o sprawie.

Jest w tej sprawie jeszcze jeden bardzo przykry, a nawet niebezpieczny akcent, który umykać może osobom skupionym na czysto politycznym aspekcie. Reforma sądownictwa odbywa się w atmosferze bardzo intensywnej niechęci, a nawet pogardy części Polaków do profesji sędziowskiej. W znacznej części jest to uczucie, na które ta grupa zawodowa solennie zapracowała. Jednak jest też cynicznie podsycane, choćby kampanią PFN, której wydźwięk jest taki, jakby każdy polski sędzia był alkoholikiem, po pijaku prowadził samochód albo kradł kiełbasy w sklepie. Nie jest to ani mądre, ani bezpieczne dla państwa, bo uderza już nie tylko w patologie, ale w samą instytucję sądu i sędziego. Niszczy instytucjonalne podstawy.

Coś podobnego dzieje się wokół sprawy Królikowskiego. Nagle okazuje się – taki jest przekaz – że prawnik nie powinien mieć do czynienia z osobami mającymi problem z prawem, co jest oczywistym absurdem. Problemem staje się tajemnica zawodowa – jedno z podstawowych uprawnień mecenasa, radcy prawnego czy notariusza. O profesjonaliście, który oferuje swoje usługi osobom spierającym się z urzędem skarbowym, mówi się, że „pracuje dla VAT-owskiej mafii”. Czy ludzie mediów lub politycy, którzy napędzają takie sentymenty, zdają sobie sprawę z tego, że przekraczają granicę, poza którą zaczyna się kwestionowanie podstaw systemu jako takiego? Nie systemu skorumpowanego czy patologicznego, ale systemu w ogóle – tego samego, na którym musi się oprzeć również mechanizm zreformowany według pomysłów PiS.

Otóż obawiam się, że kompletnie nie zawracają sobie tym głowy, bo nie są zdolni do myślenia w kategoriach wykraczających poza bieżący spór polityczny. I to jest w tym wszystkim być może najsmutniejsze.

Autor: Łukasz Warzecha
Źródło: DoRzeczy
+
 99
Czytaj także