Dzień dziecka testowanego

Dodano:
fot. zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Wojciech Pacewicz
Dziennik zarazy | Wpis nr 444 | Dziś, na dzień dziecka będzie o dzieciach, rzecz jasna. Może nie o dzieciach w pandemii po całości – to sobie odkładam na potem, ale o momencie krytycznym, czyli szczepieniu dzieci.

Przyznam, że ciężko mi powściągnąć emocje, gdy to piszę, bo mówimy o istotach bezbronnych, całkowicie zależnych od dorosłego świata, przyszłości naszej i naszego kraju. Będę więc do końca próbował się nie dać porwać moim oczywistym uczuciom, gdy będę chciał to uzasadniać na podstawie faktów, ale nie wiem, czy wytrzymam.

Szczepienia dzieci

Z punktu widzenia epidemiologicznego właściwie nie wiadomo po co je szczepić. No, jest jeden powód, ale dla ludzkości jako takiej, kompromitujący. Ale zacznijmy od danych obiektywnych. Dzieci zakażają się rzadziej, chorują lżej, najczęściej przechodzą infekcję bezobjawowo. Zaszczepiony dzieciak, bo już się testuje Milusińskich, umiera częściej od szczepionki niż na kowida. Wiem, frakcje są małe, ale i tak jest taka prawidłowość, o której powinien wiedzieć każdy rodzic. Bo to w rękach rodziców są decyzje o dopuszczeniu pociechy do szczepienia. O długotrwałych, rozłożonych w czasie efektach szczepień wobec organizmu we wrażliwej fazie wzrostu, oczywiście nikt nie wie i długo wiedzieć nie będzie. Dowiemy się po szczepieniu, za wiele lat.

A władze postępują tu cwanie. Podzielam pogląd Rafała Ziemkiewicza, że władza powinna postanowić: albo dajemy nakaz szczepień dla wszystkich, albo jest to decyzja dobrowolna, nieobarczona restrykcjami „przymusowej dobrowolności”. A tak mamy hybrydę – władza nie wprowadza obowiązku, bo wtedy brałaby pełną odpowiedzialność za skutki tej decyzji, tylko utrudnia życie tym, którzy się nie zaszczepią. Na własną, wtedy indywidualną, odpowiedzialność.

Czemu to, jak w Ameryce, nie możemy wprowadzić po prostu jednej ustawy zabraniającej komukolwiek ograniczania komukolwiek dostępu do czegokolwiek ze względu na posiadanie czy nieposiadanie zaświadczenia o szczepieniu. Już jest takie przeciąganie liny i władza udaje, że tego nie zauważa. Wielu pracodawców, czy rekrutujących do pracy uzależnia zatrudnienie od zaszczepienia. Jest to rasizm epidemiologiczny. Nie można uzależniać zatrudnienia od stanu zdrowia, to to samo, gdybyśmy to zrobili wobec poglądów czy rasy. I państwo nic.

I powoli są już puszczane „sugestie”, że nie pójdziesz do szkoły/przedszkola z dzieckiem, jak go nie zaszczepisz. Mamy całe wakacje do przemyślenia tej sprawy przez rodziców. Ale też i parę miesięcy pracy przed mediami, które będą teraz ociekać fałszywą troską o dzieciaki, których ta choroba mało dotyczy (jakieś 99,997% przeżywalności, bardziej groźne jest wyjście dzieciaka na podwórko). A ponieważ „fakty to rzecz uparta”, to będziemy mieli następująca narrację, jak pisałem – podłą cywilizacyjnie i kompletnie naciąganą.

Obowiązek szczepień?

Będzie to szło tak: fakt, dzieciaki, nie chorują, nie umierają i będziemy je szczepić nie dla ich dobra, ale dla dobra babć i dziadków, które odbierają dzieciaki ze szkoły/przedszkola. Dzieciak ma być podstępnym, nieświadomym agentem, który, sam, nawet bez objawów, przeniesie w swoim tornistrze wirusa, który mu nie szkodzi, babcie/dziadka zakazi i babcia/dziadek umrze. Tak to będzie szło. A więc podłość cywilizacji w tym wypadku polega na tym, że zaszczepimy dzieci nie tyle dla ich dobra, ale dla dobra… własnego, ubranego w troskę o najstarszych.

Ale jak przedszkolak ma zakazić babcię/dziadka, skoro oni są… zaszczepieni? No, to po co te wszystkie szczepionki? Przecież, zakładając ich skuteczność, wszystko jest nie po to by zaszczepić wszystkich jak leci (no bo takich co ledwie dychają, mają alergie, odczyny itd. się nie zaszczepi), tylko chodzi o zaszczepienie grup szczególnego ryzyka, do których dzieciaki nie należą. Mam wrażenie, że szczepienie dzieci jest robione na siłę, jakby obok argumentów epidemiologicznych. To już prędzej babcia zakazi dzieciaka wszystkimi wynalazkami, które przyniesie ze szpitala.

Najbardziej wzburza mnie kwestia testowania na dzieciakach, poprzedzającego akcję szczepienia. Polska – „first to fight” – zgłosiła się jako jeden z nielicznych krajów do testowania u siebie dzieciaków. Obiecywałem sobie, że namierzę tych wyrywnych, za nie swoje zdrowie. Pfizer stwierdził, że już sobie dzieciaki potestował i jest ok, teraz my sprawdzamy czy to prawda. Na dzieciach. Robi to Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych (al. Jerozolimskie 181C), jego szefem jest pan Grzegorz Cessak. Mówiłem, że gościa znajdę. Przypominam, że mówimy tu o testowaniu genetycznego preparatu w reżymie eksperymentu medycznego. Na dzieciach. Podczas, gdy taka amantadyna już ponad rok czeka na wytestowanie, ale to przecież jest lek na koronę, a nie szczepionkę. Lek podaje się tylko chorym, zaś szczepionkę zdrowym, a więc większości. Teraz do niej mają doszlusować dzieciaki.

Frapuje mnie sam proces testowania dzieciaków. To znaczy taki rodzić idzie (oczywiście po to by ratować ludzkość) i oddaje dziecko na niepewny eksperyment. Jak się czują rodzice tych dzieciaków, co nie przeżyły, miały poważne NOP-y? Co myślą o sobie i o kasie, którą dostali za taki test. Ja wiem, że są to nieczęste przypadki, ale są. Czy można sobie wyobrazić takiego rodzica? Czy któryś z dociekliwych dziennikarzy zrobił kiedyś wywiad z takim? Ja sobie obejrzałem kampanię naboru na polskie testy dzieci. Ciekawa nawet. Provita Poliklinika otworzyła nabór, doktor Ernest Kuchar zaprasza na testowanie dzieciaków od 5. miesiąca do 18 lat. Zaniósłby kto swego niemowlaka? No trzeba mieć coś w głowie lub puste serce.

Przemysł szczepionkowy

Według mnie to jest piekło dla takiego przemysłu. Pojawiają się już uczynni pomocnicy, organizacje, które poradzą dzieciakowi jak prawnie obejść niechęć rodziców do zaszczepienia niepełnoletniego. W tym wypadku sąd może ubezwłasnowolnić rodziców i będzie po kłopocie. No i co, badania wyjdą dobrze i otworzy się droga do masowych szczepień dzieciaków w reżymie opisanej „przymusowej dobrowolności”. Nakazu nie będzie i każdy rodzic weźmie to na własne sumienie. Zaszczepi bezbronne dzieciaki, które właściwie nie stanowią żadnego zagrożenia. W dodatku są w GENETYCZNIE najbardziej wrażliwym momencie, wzrostu i budowy swego zdrowotnego dobrostanu.

Najbardziej prymitywne stada chronią samice i dzieci. Bo to jest gwarancją przetrwania stada. Nawet jak zginą wojownicze samce-obrońcy, to stado przetrwa i wyłoni z siebie obrońców stada i samice, gwarantujące opiekę nad najmłodszymi i rozwój populacji. I stado przetrwa. A my stajemy się stadem, które odda nasze dzieciaki niebezpieczeństwu. Bez żadnych podstaw naukowych, wyłącznie na podstawie medialnej ściemy. Dla mnie będzie to test ostateczny. Jak tu odpuścimy, to moim zdaniem cofniemy się dalej niż zwierzęce stada, mające w końcu jakieś – właśnie – instynkty samozachowawcze.

My porzucimy wtedy wszelkie podstawy do kontynuacji ludzkości jako gatunku. Bo zamiast tej kontynuacji wybraliśmy doraźną taktykę samolubnego strachu. Cywilizacji, która zamieniła życie na przeżycie w swojej własnej, egoistycznie skróconej perspektywie, nie obliczonej na pokolenia. Dla mnie to będzie moment graniczny w sensie aksjologicznym. Dla dzieciaków w sensie egzystencjalnym. Nawet jak się okaże, że nic złego się nie stanie (a na to trzeba będzie poczekać lata), to zawsze będę miał smutną konstatację, że ludzkość zaryzykowała życiem swoich najbardziej bezbronnych dla własnych mrzonek o świecie zero-COVID.

Następne w kolejce do testowania stoją już ciężarne… Też się pewnie zgłosimy jako pierwsi.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Źródło: dziennikzarazy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...