Nie tylko UE. Raport IGR wskazuje na nowe kierunki polskiego rolnictwa

Dodano:
Raport Instytutu Gospodarki Rolnej Źródło: IGR
Uznanie produkcji rolnej jako kluczowej z punktu widzenia stabilności państwa - zaraz obok obronności i bezpieczeństwa energetycznego, jak najszybsze rozpoczęcie prac nad zbudowaniem polskiej dyplomacji gospodarczej oraz pilna dywersyfikacja rynków zbytu dla produktów rolno-spożywczych – to tylko niektóre wnioski z najnowszego raportu Instytutu Gospodarki Rolnej, który tym razem poddaje analizie oraz ocenie sytuację eksportu w rolnictwie.

Instytut zapewnia, że raport "Sytuacja eksportowa w polskim sektorze rolnym, synteza oraz opinie w świetle faktów", to pierwsza taka publikacja, która w sposób skondensowany i popularyzatorski przybliża najważniejsze dane na temat wymiany handlowej polskich produktów rolno-spożywczych i zestawia je jednocześnie z tendencjami panującymi na świecie. Jak podają twórcy w komunikacie prasowym, odeszli oni od klasycznego założenia, w którym zarzuca się czytelnika setkami tabel i statystyk, ale wybrali spośród nich najważniejsze wskaźniki. Na postawie tych faktów dokonano syntezy oraz przedstawiono autorskie opinie i propozycje poprawy kondycji eksportowej rolnictwa w Polsce.

Uzależnienie od Unii Europejskiej

– Według danych przedstawionych w raporcie, rok 2022 zakończy się blisko 80 proc. udziałem państw Unii Europejskiej w bilansie eksportu produktów rolno-spożywczych z Polski. Okazuje się więc, że w naszym „koszyku eksportowym” poza państwami należącymi do wspólnoty nie znajduje się w zasadzie „nikt więcej” – a to stwarza ogromne niebezpieczeństwo – mówi Marek Miśko odpowiedzialny z ramienia Instytutu za kierowanie pracami nad powstaniem publikacji. – Rozsądek nakazywałby jak najszybszą weryfikację naszego podejścia do handlu produktami rolno-spożywczymi – dodaje.

Podczas prac nad raportem, autorzy konsultowali go z kilkunastoma przedsiębiorcami rolnymi oraz eksporterami, którzy potwierdzili obawy Instytutu, a przypuszczenia uznają za fakty. Zdaniem autorów raportu, podstawowym działaniem powinno być jak najszybsze zróżnicowanie kierunku zbytu naszych towarów, ponieważ dane z ostatnich dwóch lat wskazują, że uzależnianie się Polski od unijnego, wewnętrznego rynku, nieustannie się pogłębia, przy jednoczesnej stagnacji na innych ważnych kierunkach.

– Jesteśmy nieobecni w Indiach, od kilkunastu lat wykazujemy stratę w relacjach handlowych z Chinami, państwa arabskie to margines naszych możliwości, do Afryki sprzedajemy w zasadzie wyłącznie mleko w proszku i kwoty te, gdy spojrzymy na globalny udział, nie robią specjalnego wrażenia. Wprawdzie 26 proc. całości eksportu rolno-spożywczego stanowią kraje poza unijne, ale należy pamiętać, że ponad połowę tego udziału zagospodarowuje sama Wielka Brytania – tłumaczy Szczepan Wójcik prezes i założyciel Instytutu Gospodarki Rolnej. – Ta dana rzuca zupełnie inne światło na kwestię dywersyfikacji kierunków naszej handlowej ekspansji, bo w pewnym momencie, szczególnie w tak niepewnych czasach, możemy stanąć przed problemem spadku popytu wśród konsumentów unijnych. Naturalnym w tej sytuacji byłby natychmiastowy zwrot w stronę innych partnerów handlowych – w raporcie więc pytamy, których? – dodaje.

Zarabiają na nas Niemcy

Autorzy z Instytutu Gospodarki Rolnej wskazują również, że pogłębiające się uzależnienie od jednego kierunku eksportowego przy jednoczesnej nieobecności na największych światowych rynkach, ma jeszcze jeden minus. Spośród wszystkich produktów rolnych sprzedawanych do Unii Europejskiej najważniejszymi odbiorcami są Niemcy i Holendrzy – tylko nasi sąsiedzi zza Odry odpowiadają za odbiór 24 proc. towarów z Polski i są one najczęściej reeksportowane na rynki poza unijne – głownie do Chin, państw Afryki (CIA), czy Indii. Rodzi to oczywiste konsekwencje w postaci spadku marżowości, które to marże zamiast zostawać nad Wisłą, bogacą Holendrów, Niemców i Duńczyków.

– Jeżeli Niemcy kupują od nas towary z myślą ich reeksportowania, zbijają ich ceny w ten sposób, aby opłacało im się jeszcze raz wprowadzić produkt w obrót, lub wyprodukować go za pomocą taniego – ale dobrego surowca z Polski – mówi Szczepan Wójcik. – Kiedy uzależniamy się od jednego kierunku eksportowego w pewnym momencie zostajemy bez możliwości wykonania jakiegokolwiek innego ruchu, dlatego zawsze zwracam uwagę i bacznie obserwuję niemiecką politykę, którą w wielu obszarach powinniśmy naśladować – zaznacza prezes Instytutu Gospodarki Rolnej.

Kiedy w roku 2021 w relacjach niemiecko-chińskich nastąpił zgrzyt związany z próbami wykluczania niektórych chińskich podmiotów z niemieckiego rynku, ambasador Wu Hongbo przypomniał w mocnym liście, że Niemcy każdego roku sprzedają do ich kraju swoje samochody o wartości blisko 19 miliardów dolarów. – Co zrobił Berlin? Natychmiast skierował swój wzrok w stronę Ameryki Południowej i krajów koalicji Mercosur i tam złożyli nowe oferty handlowe. W zamian za otwarcie tamtejszego rynku na niemieckie samochody, obiecano zniesienie ceł na żywność z Brazylii i Argentyny. To wszystko pokazuje, jak ważny jest pełen wachlarz możliwości i dobre relacje handlowe w wielu częściach świata i nieukierunkowywanie ich w jedną tylko stronę – puentuje Wójcik.

W zestawieniu Polski z Niemcami, możemy odczytać jeszcze jeden ciekawy wniosek. Okazuje się bowiem, że wartość eksportu produktów rolno-spożywczych z Niemiec do Chin wynosi 4,6 miliarda dolarów, gdy w tym samym czasie ogół polskiego eksportu wszystkich produktów – nie tylko tych rolnych – do Chin wynosi zaledwie 5,5 miliarda.

Niespójna polityka państwa

Z raportu Instytutu Gospodarki Rolnej wynika, że obecnie dwa potężne polskie sektory próbują powrócić na chłonny rynek chiński: producenci drobiu oraz mięsa wołowego. Autorzy dodają, że według ich informacji, obecnie 19 podmiotów z branży drobiarskiej przechodzi bardzo skomplikowane procedury certyfikacyjne, wymagane przez partnerów handlowych z Chin. – Po tym, gdy odkryto w Polsce ogniska grypy ptaków, straciliśmy możliwość handlu z wieloma krajami – w tym z Chinami, teraz wysiłki naszych producentów skupiają się na tym, aby odzyskać dobrą i stabilną pozycję – mówi Miśko.

Podobne rozmowy prowadzone są przez sektor wołowiny, którego przedstawiciele od kilku lat robią wszystko co mogą, aby móc eksportować na Daleki Wschód. – Niestety, Chiny, jak i Indie (które według ONZ w roku 2023 staną się najludniejszym państwem świata), nadal pozostają poza naszym zasięgiem. Żeby to zmienić potrzebna jest jednak pewna synergia, czyli spójne i zintegrowane działanie pomiędzy przedsiębiorcami, instytucjami państwowymi i polityką prowadzoną przez państwo – wskazuje Wójcik.

Instytut zwraca jednak uwagę, że polityka nie jest domeną przedsiębiorców, ale państwa. – Problem pojawia się wówczas, gdy z różnych jego ośrodków płyną sprzeczne ze sobą komunikaty, a te są kluczowe dla dobrego rozpoznania sprawy i zaprogramowania modelu inwestycyjnego. Najpierw pan prezydent leci do Chin na bojkotowane igrzyska w Pekinie i podczas konferencji z przywódcą tego kraju daje zielone światło na działanie w kierunku wzmacniania relacji gospodarczych - szczególnie w rolnictwie. Ustalają tam, że oba państwa nie będą prowadziły wobec siebie polityki dyskryminacyjnej. Później coraz głośniej słychać o odmiennej polityce naszego rządu, która mogłaby naruszyć ważną dla Chińczyków zasadę – równego traktowania, a na koniec szef polskiej dyplomacji podczas konferencji ministrów spraw zagranicznych Unii Europejskiej zachęca państwa członkowskie do stosowania zasad równości gospodarczej w relacjach z Pekinem. Po środku tego wszystkiego są teraz polscy przedsiębiorcy, którzy inwestują czas i miliony złotych, aby móc sprzedawać tam nasz drób, wołowinę czy zwiększyć wolumen produktów mlecznych. Co w tej sytuacji mają robić? Czego mają się spodziewać? Dalej inwestować żeby za chwilę odbić się o przeszkody polityczne takie jak na przykład ryzyko wprowadzenia embarga na polskie produkty? – obrazuje Miśko.

– Oczywiście, że czynnik polityczny w przypadku dużych przedsiębiorstw zajmujących się handlem międzynarodowym jest jednym z ważniejszych podczas podejmowania decyzji biznesowych. Przykładem może być chociażby całkowite zerwanie relacji gospodarczych z Rosją, gdzie również sprzedawaliśmy nasze produkty. Państwo ma prawo, aby prowadzić politykę zagraniczną tak jak chce, jednak dobrze jest, gdy przedsiębiorcy, urzędnicy i politycy grają w jednej drużynie o nazwie "Polska". Jeżeli państwo ma swoje powody dla podejmowania takiego, czy innego ryzyka, to trzeba to zrozumieć i przyjąć, ale to samo państwo, powinno już zabezpieczać nas przed tym ryzykiem. Na tym polega gra zespołowa – tłumaczy Wójcik.

Cały raport można znaleźć na oficjalnym serwisie Instytutu Gospodarki Rolnej swiatrolnika.info

Źródło: Instytut Gospodarki Rolnej
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...