Żakowski załamany notowaniami "obozu demokratycznego"
Jacek Żakowski wyliczył, że "dwa lata temu obóz demokratyczny (KO+TD+L) miał 10 punktów przewagi nad obozem autorytarnym (PiS+K)". "Rok temu przewaga demokratów wynosiła aż 12 punktów, co dawało niemal pewne zwycięstwo. Teraz jest ponury remis, wróżący, że jeśli demokraci nie zmienią strategii i nie zdobędą wyborców, także po październikowych wyborach dzisiejsza opozycja będzie opozycją" – zauważa publicysta.
Jakie są, według Żakowskiego, przyczyny tej sytuacji? "Objaśnienia mogą być bardzo różne i po wyborach (zwłaszcza jeśli demokraci przegrają) poświęcimy im pewnie sporo zbiorowego wysiłku. Ale jedno wydaje się pewne. Przez te dwa lata obóz demokratyczny poświęcił dużo więcej uwagi temu, jak się ze sobą w partiach i między partiami obozu demokratycznego technicznie poukładać, niż temu, co do różnych partii może przyciągnąć różne grupy wyborców" – stwierdza komentator.
"Efekt jest taki, jaki był wysiłek. Partie i koalicje są zwarte i gotowe. Obóz demokratyczny trzyma się dość mocno. Tylko wyborcy znikają. A perspektywa zmiany znika z ich głosami" – podsumowuje gorzko Żakowski.
PO ma 35 proc. poparcia? Tak ma wynikać z wewnętrznych sondaży
Tymczasem według wewnętrznych sondaży przeprowadzonych przez PO, partia ta ma mieć poparcie na poziomie 35 proc. "Wprost" podał w piątek, że Platforma Obywatelska przeprowadziła wewnętrzne badania, które mają dawać partii Donalda Tuska 35 proc. poparcie. – W partii jest przekonanie, że czas PiS-u się skończył. Przy silnej polaryzacji, odebraniu głosów mniejszym partiom, ten optymistyczny scenariusz 35 proc. dla PO jest możliwy – przekonuje informator, polityk Platformy.
Według źródła, dobre sondażowe wyniki stanowią kłopot dla Trzeciej Drogi (Koalicja Polska-PSL i Polska 2050 Szymona Hołowni). – Na dzisiaj wszystko jest możliwe, również spadek Trzeciej Drogi pod próg – ocenił informator. Rozmówca "Wprost" wskazuje, że na razie Platforma Obywatelska "adresuje swoja kampanię jedynie do twardego elektoratu", jednak ma się to zmienić po "marszu miliona serc", zapowiedzianym przez Donalda Tuska na 1 października. – Zamysł jest taki, żeby do 1 października, do dnia marszu mobilizować twardy elektorat, a na ostatnie dwa tygodnie kampanii zawalczyć o niezdecydowanych – wyjaśnia.