Zespół zauroczenia Bidenem niszczy Polskę

Dodano:
Były prezydent USA Joe Biden Źródło: PAP/EPA / Samuel Corum
Tomasz Błaut | 26 kwietnia podczas dorocznej Kolacji korespondentów Białego Domu, Alex Thompson stwierdził, odbierając nagrodę za rzetelne dziennikarstwo, że: „zanik zdrowia prezydenta Bidena oraz tuszowanie tego przez osoby znajdujące się w jego otoczeniu przypomina nam o tym, że każdy Biały Dom, niezależnie od przynależności partyjnej, jest zdolny do oszukiwania (…) My, także i ja, przegapiliśmy sporą część tej historii, przez co niektórzy mniej nam teraz ufają".

Pomijając szereg oczywistych spostrzeżeń (obarczonych licznymi niecenzuralnymi słowami), Thompson najzwyczajniej w świecie minął się z prawdą. To nie jest tak, że media „przegapiły” tę historię. Wszystko było widać jak na dłoni jeszcze przed wyborami w 2020 r. Wszystko było widać jeszcze wyraźniej przez kolejne cztery lata funkcjonowania administracji Joe Bidena.

Media nie chciały dostrzec problemu, bo miały w tym interes. W swoim pędzie do odsunięcia Donalda Trumpa od władzy wielu dziennikarzy w USA i na świecie, przekonani o swojej moralnej wyższości i o konieczności realizacji misji dziejowej polegającej na przeciwstawieniu się Władimirowi Putinowi, przymykało oko na całą tę sytuację. Każdy o tym wiedział, ale nagłośnić problem to wręczyć Trumpowi drugą kadencję.

Wcale nie była to teoria spiskowa. Biden zaliczył masę osobliwych wpadek, zbyt osobliwych nawet jak na niego. Mylił nazwy stanów. Zapominał podstawowe fakty. Plątał się w swoich wypowiedziach. Wydawało mu się, że startuje do Senatu. Chwalił się pracą nad porozumieniem paryskim ze zmarłym przywódcą Chin. W dniu wyborów, podczas wiecu w stanie Pensylwania, Joe Biden przedstawił swoją wnuczkę Natalie Biden jako zmarłego syna Beau Bidena i podziękował zgromadzonemu tłumowi za to, że pomógł go wybrać do Senatu. Przez chwilę zapadła martwa cisza.

Takich historii z czasów jego kampanii prezydenckiej oraz prezydentury można wymieniać wiele. Media usłużne Bidenowi nie zauważyły tego, że opowiadał anegdoty z udziałem martwych przywódców. Nie zauważyły tego, że Biden w trakcie udzielania odpowiedzi zaczynał produkować bezsensowne wiązanki przypadkowo dobranych słów. Nie zauważyły tego, że Biden regularnie zaszywał się w Camp David, na plaży czy w Białym Domu, nawet w najbardziej krytycznych dla kraju chwilach. Nie zauważyły tego, że Biden został wielokrotnie nakryty na posiadaniu kartek opisujących którego dziennikarza wywołać, jakie pytanie zostanie zadane, jaką odpowiedź udzielić, m.in. na konferencji prasowej po jego pierwszej wizycie w Polsce. Nie zauważyły nawet tego, że Biden zdawał się nie pamiętać roku śmierci swojego syna Beau Bidena, choć specprokurator Robert Hur wyraźnie zwrócił na to uwagę. (Tu polecam artykuł „Cała prawda, całą dobę, ale…” na stronie AmerykaForum.pl, w którym przedstawiono koronny przykład opisywanego tutaj zjawiska.)

„Starszy pan o słabej pamięci” nie wzbudzał szczególnego zmartwienia najrzetelniejszych mediów. Wszelkie gafy tłumaczono tym, że Biden już dobijał do ósmej dekady swojego życia. Człowiek się starzeje, ma prawo do pomyłek. Gdy Donald Trump przejęzyczył się i pomylił Nikki Haley z Nancy Pelosi – w roku pełnym wysoce stresujących rozpraw sądowych – media natychmiast oznajmiły, że mogą to być pierwsze oznaki demencji starczej. W końcu obaj panowie są w podobnym wieku. Natomiast gdy Biden przez kilka minut opowiada historie fizycznie niemożliwe, jak np. ta o purpurowym sercu dla wujka Franka, tu problemu nie widać.

Globalne przestawienie wajchy miało miejsce dopiero w reakcji na debatę Trump-Biden. Przed debatą twierdzono, że Joe Biden ma „bystry umysł”. Po debacie zaczął się wysyp historii, że już od jakiegoś czasu dostrzegano problemy zdrowotne urzędującego prezydenta (George Clooney opuścił topór na tę medialną zmowę milczenia). Właściwie od kilku miesięcy. Tak naprawdę to już od paru lat. Pod koniec prezydentury Bidena pojawiły się dwa obszerne artykuły w Wall Street Journal i New York Times ujawniające, że Biały Dom ściśle kontrolował dostęp do prezydenta, ukrywając go przed światem. W 2025 r. dziennikarze niegdyś niczego nieświadomi, w tym słynny prezenter CNN-u Jake Tapper, zaczęli publikować książki, że wiecie co, z Bidenem tak naprawdę od początku było źle. Kto by pomyślał?

Na polskiej scenie medialno-politycznej Zespół zauroczenia Bidenem – czyli niezdolność do publicznego skrytykowania Joe Bidena za cokolwiek – trwa w najlepsze. W obliczu zbliżającego się końca wojny na Ukrainie nikt nie jest w stanie powiedzieć złego słowa o administracji Bidena. Nikt nawet otwarcie pytania nie zada, czy administracja Bidena mogła zrobić coś lepiej albo zachować się inaczej. Całą winę za to, że Trump nie jest w stanie wyczarować w 24 godziny zapowiedzianego pokoju zrzuca się wyłącznie na niego, tak jakby to on był prezydentem przez prawie trzy lata trwania tego konfliktu. Dziennikarze w programach publicystycznych czytają jego wpisy, jak choćby ten ostatni o rozczarowaniu Putinem, ale zupełnie nie zauważają drugiej połowy wypowiedzi, w której padło kolejne oskarżenie pod adresem Joe Bidena.

Trump doskonale wie, co się dzieje, ale ręce ma niejako związane. Gdyby natychmiast zerwał wszelką pomoc dla Ukrainy, czym prędzej przystąpiono by do trzeciego impeachmentu. Zamiast tego Trump stosuje strategię wielowektorową, w ramach której próbuje zachęcić Putina do negocjacji. Trump jednak niewiele może zrobić, bo Zachód z Bidenem na czele przez te trzy lata przepalili praktycznie wszystkie karty. Nic Trumpowi nie zostało poza groźbą pozostawienia Ukrainy i Europy na łaskę Putina.

Rzecz jasna, krytycy powiedzą, że wystarczy dalej wspierać Ukrainę. Putin już słania się na nogach, gospodarka rosyjska ugina się pod ciężarem sankcji, armia jest w rozsypce. Może nawet ta wojna potoczyłaby się po myśli podżegaczy wojennych, gdyby a) poszli na całość na starcie zamiast udawać, że tylko „wspierają” Ukrainę, b) nie dokonywaliby transformacji energetycznej w trakcie wojny, i c) mieli przygotowane zaplecze wojskowe do wojny długoterminowej, a nie wysupływali zaskórniaki z państw członkowskich na zbrojenia, które zmaterializują się dopiero za kilka lat. Tylko że wtedy musieliby przyznać, że od początku szukali pretekstu do wgniecenia Putina kosztem Ukrainy.

Ten nadzwyczaj głupi plan może by wypalił, gdyby został wdrożony w 2017 r. czy w 2018 r. Niestety dla podżegaczy wojennych wybory prezydenckie w USA wygrał Donald Trump, a on pchać kraju w kolejną bezsensowną wojnę nie miał zamiaru. Harmonogram wojenny został wykolejony niemiłosiernie, co dało Putinowi czas na przygotowanie się na ewentualny konflikt. Zamiast pójść po rozum do głowy i dążyć do umocnienia swojej pozycji, podżegacze wojenni wykorzystali nadarzający się pretekst, żeby przeć do zwycięstwa ogromnym kosztem, nie zważając na to, jak straszliwy błąd popełniają. Zakończenie tego samobójczego procesu maluje się teraz na naszych oczach.

Osoby zauroczone Bidenem tego zupełnie nie widzą. Nie jest więc przesadą stwierdzenie, że Zespół zauroczenia Bidenem stanowi bezpośrednie zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa krajowego. Może na samiutkim końcu ktoś wreszcie przejrzy na oczy, ale chyba po dobroci to nie nastąpi.

Na zakończenie drobna uwaga o kawalkadzie debat geopolitycznych dotyczących konfliktu na Ukrainie. Po czym poznać, że dana debata jest rzeczowa? Bo ktoś odważył się skrytykować administrację Joe Bidena.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...