Prof. Nowak: Jak wyglądało "piekło dla chłopów" za króla Sasa?

Dodano:
Historyk, prof. dr hab. Andrzej Nowak Źródło: PAP / Albert Zawada
Prof. Andrzej Nowak | Przedstawiam poniżej fragment ostatniej części VII tomu Dziejów Polski. Tom, pod tytułem: „Upadania i powstawanie”, obejmuje czas panowania Jana III Sobieskiego i okres saski, od roku 1673 do 1763: od ostatnich triumfów oręża sarmackiego – w odsieczy Wiednia, aż po czas całkowitego uzależnienia od „opieki” imperialnej Rosji i wewnętrznego paraliżu państwa.

To nie jest jednak tylko analiza upadku, rzeczywiście przygnębiającego, ale również objawów powstawania z tego upadku, jakie współtworzą historię tego czasu; objawów przebudzenia pod wpływem szoku utraconej niepodległości.

„Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. To powiedzenie, jakie zostało po panowaniu drugiego z Wettynów na polskim tronie, dziwnie kontrastuje z obrazem politycznej degrengolady, zarysowanym w tym tomie. A więc było wesoło i dobrze, syto w każdym razie? Ale komu?

Wspomnienie czasów Augusta III „ucukrowało” się w perspektywie, jaką przyniosła tragedia rozbiorów, związana z następnym panowaniem i jego zakończeniem: wymazaniem Rzeczypospolitej z mapy. Jak było, tak było, ale jakoś było – tak najprościej można określić motyw ciepłego wspomnienia o czasach, kiedy Rzeczpospolita, choć słaba, stała jakoś, nawet nieuszczuplona terytorialnie. „Karczma zajezdna” – owszem, ale na pozór wciąż jeszcze w rękach prawowitych gospodarzy. A i zjeść w niej było można, i napić się, żyć chwilą, nie myśląc specjalnie o jutrze. Dla starszych pokoleń, nie tylko szlachty, ale wszystkich stanów, ostatnie ćwierćwiecze panowania Augusta III odbijało się również korzystnie na tle pamięci o poprzedzających tę epokę katastrof wojny północnej (1700-1721), zniszczeń, epidemii, głodu, okupacji, które przygniatały Rzeczpospolitą i jej mieszkańców przez pierwsze dwie dekady XVIII stulecia.

Choć przechodziły przez granicę państwa wojska rosyjskie, a żołnierze Fryderyka II w czasie wojny siedmioletniej toczonej na polskiej ziemi z carycą Elżbietą zapuszczali się w głąb kraju, paląc nie tylko carskie magazyny, to jednak te doświadczenia w przybliżeniu nawet nie dały się porównać z nie tak dawnymi klęskami wojny północnej. Demografia Rzeczypospolitej odzwierciedla pozytywny trend: liczba mieszkańców podnosiła się z najgłębszego upadku. Przyjmuje się, że na końcu królowania Augusta III wynosiła około 12 milionów ludzi, co najmniej milion, może nawet dwa miliony więcej niż w połowie panowania jego ojca. Według przybliżonych szacunków imperatorowa Katarzyna II miała w 1763 roku ponad 30 milionów poddanych, Ludwik XV we Francji – blisko 28, monarchia Habsburgów niespełna 18, wszystkie kraje Italii – 17, Zjednoczone Królestwo (z Irlandią włącznie) – 12, Hiszpania 10, Prusy (choć zdobyły ludny Śląsk, to jednak kolejnymi wojnami spustoszyły tę bogatą dzielnicę niemal doszczętnie) – 4,5 miliona, Szwecja z Finlandią – ponad 3. Rzeczpospolita przekroczyła poziom zaludnienia, jaki osiągnęła przed największą katastrofą w swych dziejach: wojną z Kozakami i najazdem moskiewsko-szwedzko- siedmiogrodzkim w połowie XVII wieku. Epidemie dżumy, które wcześniej dobijały ludność osłabioną wojnami i ciągnącym się za nimi głodem, pojawiały się nadal, ale rzadziej i uderzały z mniejszą siłą niż choćby wielka zaraza z lat 1708-1712. Oczywiście wciąż żniwo zbierały inne choroby zakaźne, zwłaszcza grypa i ospa (najsilniej w latach 1736-1740 i około 1755 roku), a także febra i choroby przewodu pokarmowego, ale sam rosnący przyrost naturalny, świadczył o tym, że ludzie – ci najzwyklejsi, najliczniejsi poddani: chłopi – wychodzili z przytłaczającego cienia śmierci.

Czy i oni mogli popuścić pasa za króla Sasa? Wspominaliśmy już wcześniej, jak skutki zniszczeń wojennych połowy XVII i początku XVIII wieku, połączone z utrwaleniem nowego, protokapitalistycznego układu ekonomicznego Europy i świata, pociągały gospodarkę polską w głęboki dół i popychały jej bezpośrednich właścicieli, a więc szlachtę- posiadaczy ziemskich, do najprostszej odpowiedzi – bardziej intensywnej eksploatacji przymusowej siły roboczej, do zwiększania pańszczyzny. A przecież, jak już wiemy, bilans nielegalnej migracji był dla Rzeczypospolitej połowy XVIII stulecia taki, że więcej chłopów do niej uciekało (z Rosji, Prus, monarchii habsburskiej), niż uchodziło przed doświadczanym w niej wyzyskiem. Czy dlatego, że polski chłop był tak skutecznie i brutalnie zniewolony, dosłownie – przywiązany do ziemi – a chłopi w krajach ościennych mogli łatwiej wybierać wolność? Tylko czego w takim razie przychodźcy szukali w Rzeczypospolitej? Wolności w dzisiejszym, stale poszerzanym rozumieniu tego słowa, chłopi w Europie wschodniej, a właściwie w ogóle w Europie ani na innych kontynentach nie mieli gdzie szukać. Raczej uciekali od większego zła. Tym było, powtórzmy, zagrożenie przymusowym poborem do armii, który oznaczał w końcowym rezultacie śmierć na polu bitwy, od ran, albo chorób – poniesioną za takiego czy innego cesarza albo króla. A wcześniej nieludzką dyscyplinę, której symbolem stanie się pałka pruskiego kaprala. W armii rosyjskiej i pruskiej służyło się na ogół dożywotnio, w cesarskiej armii Marii Teresy – „tylko” 14 lat, więc kto miał szczęście mógł wrócić, jako weteran, często inwalida, do swojej wsi, na ogół już niezdolny do rozpoczęcia normalnego życia. W Rzeczypospolitej armii nie udało się powiększyć ani zasadniczo zmodernizować jej systemu. A to oznaczało, że chłopom pobór praktycznie nie groził. Oczywiście były również inne powody ucieczek chłopów z sąsiednich krajów w granice państwa polsko-litewskiego, jak choćby masowe prześladowania religijne, dotykające staroobrzędowców w Rosji.

Nie jest jednak naszym zajęciem pisanie historii sąsiadów. Chcemy przyjrzeć się teraz położeniu chłopa w Rzeczypospolitej czasów Augusta III. Każde uogólnienie jest tu ryzykowne. Chodzi o społeczność liczącą zapewne nie mniej niż 9 milionów ludzi, ogromnie zróżnicowaną wewnętrznie. Podziałów było wiele. Byli więc kmiecie, zagrodnicy, chałupnicy i komornicy. Kmiecie dzierżawili, w praktyce najczęściej dziedzicznie, rolę o wielkości kilku- kilkunastu morgów (1 morga to 0,56 hektara); nierzadko utrzymywali swoją służbę. Zagrodników można nazwać chłopami małorolnymi. Chałupnicy (czyli posiadający swoją chałupę, ale bez ziemi) i komornicy (bez własnej chałupy i bez ziemi) byli najemnikami rolnymi lub trudnili się rzemiosłem. Warstwa kmieca była wciąż najliczniejsza, ale ją właśnie wojny i zniszczenia XVII i początku XVIII wieku dotknęły najbardziej. Spośród stu włościan w różnych dzielnicach Polski wciąż 42 do 78 było kmieciami, tyle że ich działki były coraz mniejsze. Najwięcej było takich, których gospodarstwo zamykało się na powierzchni od jednej do trzech ćwierci łana mniejszego (taki łan to 30 morgów, a więc ok. 17,5 hektara), ale przybywało tych, co mieli nawet mniej niż ćwierć, a więc byli już blisko zagrodników. Inny podział wynikał z tego, kto był właścicielem wsi: chłop mógł być mieszkańcem (poddanym) we wsi królewskiej, w dobrach duchownych lub, najczęściej, dziedzicznych dobrach prywatnych – szlacheckich, choć czasem właścicielem mogło być także miasto. W każdej wsi, pomimo różnic w statusie prawnym i sposobie traktowania, chłop był przede wszystkim siłą roboczą.

Czy był niewolnikiem? Wbrew tezom nachalnie (lecz wbrew źródłom) lansowanym przez publicystów z nurtu tzw. historii ludowej – nie. Handlu niewolnikami, raz jeszcze to powiedzmy, nie było w Rzeczypospolitej. Właściciel sprzedawał wieś – grunt, a nie indywidualnych ludzi, tak jak było to praktyką np. na tzw. plantacjach w Ameryce. Sensacyjną tezę, że taki handel w Polsce się odbywał, postawił przed laty Janusz Deresiewicz na podstawie aktów transakcji, w których chłopi byli przekazywani przez jednego właściciela innemu. Od razu wywód ten, całkowicie fałszywy, spotkał się ze skuteczną refutacją ze strony poznańskiego historyka prawa, Józefa Matuszewskiego. Ten wykazał, że ów odnotowany w transakcjach „handel” był następstwem opisywanych w tychże aktach przypadków małżeństwa między chłopem i chłopką pochodzącymi z wsi różnych właścicieli. W imię nierozdzielności małżeństwa jedno z nich musiało wtedy oficjalnie zmienić pana – i to było właśnie przedmiotem „handlu”. Jeszcze częściej powodem było zbiegostwo kmieci. Skoro panu gruntowemu zbiegłego kmiecia nie udało się go przed sądami rewindykować na swój grunt, wtedy legalizowano również taką, dokonaną przez samego chłopa, zmianę na drodze umowy między panami. Jak pisał Matuszewski, owe transakcje są świadectwem nie niewolnictwa, ale „ciągłej, żywiołowej migracji chłopów”. To się w języku współczesnych ideologii postępu nazywa „agency”, czyli sprawczość. Takiej sprawczości, czyli zdolności wyrwania się ze swojej wsi, dziesiątkom tysięcy chłopów bynajmniej nie brakowało.

Niewolnictwa nie było, ale było poddaństwo, jak zgodnie powtarzają to najrzetelniejsi badacze tej tematyki – od Jana Rutkowskiego po Michała Kopczyńskiego, Tomasza Wiślicza, Michała Szołtyska, Piotra Guzowskiego czy Mateusza Wyżgę. Na czym ten system polegał, pisaliśmy już w poprzednich tomach. Tu wracamy do niego, by pokazać zmiany, które się w owym systemie z wolna dokonywały. A więc: właściciel gruntu dawał pewną jego cząstkę w użytkowanie włościanom, a ci byli zobowiązani odpłacić mu za to swoją pracą na folwarku. Chłop był także poddany zwierzchności sądowej pana gruntowego. W znacznej części wsi wszakże utrzymał się system samorządu, opartego na prawie niemieckim, w odróżnieniu od wsi opartych na tzw. rozkazaniu dworskim. We wsi samorządnej włościanie wybierali wójta i ławę przysiężnych. Ława z wójtem prowadziła księgę wiejską (z dokumentami zakupu nieruchomości, zapisu sum dłużnych itp.), ustalała termin wspólnych zasiewów i zbiorów, wypędzania bydła na ścierniska, a przede wszystkim była sądem pierwszej instancji dla wsi. Pan, który był instancją odwoławczą, zazwyczaj zmieniał wyroki najsurowsze, „gardłowe” – na lżejsze. Nie z miłosierdzia tylko, ale przede wszystkim z powodów ekonomicznych: nie chciał tracić siły roboczej.

W systemie ukształtowanym od XVI wieku wykorzystywano tę siłę, czyli chłopów, na folwarku, a więc na ziemi bezpośrednio należącej do pana i służącej produkcji na sprzedaż na rynku lokalnym lub, kiedy folwark był większy, czy też wchodził w skład całego klucza folwarków – dalej, np. do Gdańska. Pańszczyzna, to jest praca na pańskim polu obciążała w największym stopniu kmieci, proporcjonalnie do wielkości trzymanego przez nich gruntu. Wymagano od 1 do 5 dni roboczych w tygodniu, czasem nawet 6 dni w tygodniu, zazwyczaj od świtu do zachodu, co oznaczało różny czas zależnie od pory roku. Oczywiście pamiętać trzeba, że w kalendarzu połowy XVIII wieku było w ciągu roku blisko 180 dni wolnych od pracy – niedziel i świąt kościelnych, znacznie więcej niż ma ich w swoim kalendarzu porzeciętny pracownik korporacji w Poilsce w roku 2025. Dla „jednoćwierciowego” kmiecia czy dla zagrodnika pańszczyzna wynosiła jeden taki „osobo-dzień” w tygodniu, najwyżej dwa, a „trzyćwierciowego” czy „całego” kmiecia obowiązywała górna granica – 5 czy 6 dni. Rozróżniano pańszczyznę pieszą i sprzężajną, to jest taką, w której kmiecie wychodzili do roboty ze swoim bydłem (wołami) zaprzężonym do pługu. Kmieciom pomagała w „wyrobieniu normy” ich służba, robotnicy rolni z bezrolnych gospodarstw, także dorastające dzieci. „Dwućwierciowy” czy „trzyćwierciowy” kmieć miał w badanych przez Jana Rutkowskiego wsiach wielkopolskich przeciętnie dwóch takich najemnych pracowników, czyli miał co najmniej trzy osoby – z sobą włącznie – do wykonania przymusowej normy na pańskim polu (owych pięciu czy sześciu dni) oraz do obrobienia własnych zagonów. Osobnym obciążeniem były szarwarki: obowiązek pracy przy utrzymaniu dróg, mostów, przepraw, jazów – łącznie od kilkunastu do nawet 50 dni rocznie.

Przytoczę bliski mi przykład Świlczy, który omawiałem już dla wcześniejszego okresu w tomie V tej opowieści. Otóż w tej należącej w XVIII wieku do Potockich podrzeszowskiej wsi było po zniszczeniach wojny północnej 24 kmieci (w tym dwóch karczmarzy z nadziałami kmiecymi) po 3 ćwierci i 10 kmieci półłanowych. Konie zabrała wtedy „Moskwa”, to jest oficjalnie sojusznicze wojska rosyjskie. Do pracy na pańskim „trzyćwierciowemu” gospodarzowi potrzebna była „wołów para, koni para, wóz, pług, bron dwie”. Małorolni zagrodnicy i chałupnicy oraz bezrolni komornicy znajdowali pracę i wyżywienie nie tylko jako służba u bogatszych kmieci, ale odnotowano w drugiej połowie XVIII wieku w tej jednej wsi 15 garbarzy, 8 szewców, 1 kowala, 1 krawca. Gdzie indziej w okolicy rozwijało się tkactwo i rzemiosło drzewne. Rozrywki mieszkańcy Świlczy mogli szukać w dwóch karczmach. Nadziei na wieczne zbawienie – w kościele parafialnym. Podobnie było w tysiącach podnoszących się ze zniszczeń wsi.

Zwiększanie pańszczyzny we wsiach zrujnowanych wojnami i zarazą nie mogło przekroczyć granic wytrzymałości „ludzkiego materiału”. Właściciele ziemi musieli dbać o ten „materiał” i najczęściej tak czynili, bo przecież od stanu zdrowia chłopów i ilości ich dorastających dzieci zależał dobrobyt pana. Panowie ponosili ryzyko związane z gospodarką rolną, ich wiejscy poddani w zamian za pracę byli od większej części tego ryzyka uwolnieni. Pan swoją pomocą materialną w razie biedy, nieurodzaju, pożaru miał łagodzić konsekwencje kaprysów pogody i losu. W tej sytuacji gdzieniegdzie zaczynała świtać myśl o zmianie tego systemu i podzieleniu się ryzykiem: zastąpieniu pańszczyzny czynszem, którym włościanie wykupywaliby się od obowiązku pracy na pańskim. Wtedy zyskiwali w pewnym sensie większą samodzielność, ale właśnie wraz z ryzykiem gospodarowania na własny rachunek. Taką myśl w czyn wprowadził jako jeden z pierwszych Andrzej Zamoyski, wojewoda inowrocławski, a od 1764 roku kanclerz wielki koronny. W kluczu swoich dóbr w Kutnie (od 1751 roku), a następnie w kilku wsiach dóbr w Bieżuniu „dróg odbywanie, zboża z folwarku zwożenie, siana grabienie” i inne roboty pańszczyźniane zamienił na opłaty czynszowe, płacone przez chłopów w dwóch ratach: na świętego Marcina (11 listopada) i Zielone Świątki. Zanim jednak omówimy inne, jeszcze wcześniejsze przykłady przechodzenia na gospodarkę czynszową, musimy przyjrzeć się jeszcze jednemu ważnemu aspektowi zróżnicowania wewnątrz stanu chłopskiego. Zbiorcza nazwa chłopów ogarnia wyznawców katolicyzmu, mówiących lokalnym wariantem języka polskiego (takich było ponad 40 procent), albo litewskiego (kilka procent) oraz unickich chłopów z terenów białoruskich (na Litwie) i ukraińskich w Koronie, posługujących się dialektami ruskimi (łącznie unitów było około 35 procent); dalej – ich pobratymców, którzy jeszcze trzymali się prawosławia (tych zostało nie więcej niż 4-5 procent), następnie – przybywających od XVI wieku na teren Prus Królewskich, Kujaw, Mazowsza i Wielkopolski tzw. Olędrów, czyli kolonistów z Niderlandów i Fryzji, z reguły z wyznania menonitów, którzy stworzyli łącznie dobrze ponad tysiąc osad. W czasach saskich doszli jeszcze m.in. „bambrzy”, czyli katoliccy osadnicy sprowadzani z okolic Bambergu przez miasto Poznań i innych prywatnych właścicieli do wielkopolskich wsi. To jest, rzecz jasna, lista niepełna, właściwie tylko jej początek, choć obejmuje już ogromną większość mieszkańców „polskiej” wsi. Napisałem teraz „polskiej” w cudzysłowie, by uświadomić, że o ile słowo Polska – z dużej litery, było powszechnie używane dla określenia całego państwa i politycznej wspólnoty, nazywanej też Rzeczpospolitą, to w znaczeniu etnicznym czy narodowym musi być przykładane do realiów XVIII-wiecznej wsi z wielką ostrożnością. Tożsamość chłopską określała przede wszystkim lokalność, konkretna wieś i jej najbliższa okolica, a także wyznanie i język, którym się w niej mówiło. Dlatego wyznanie i język tu podkreślam. Gdzie stykały się te dwa wyznaczniki z odmiennością – np. mówiący po „polsku” katolicy z menonickimi „Olędrami” z Fryzji, albo gdzieś w Małopolsce – uczęszczający do kościoła rzymskokatolickiego „polskojęzyczni” chłopi z mówiącymi „po rusku” sąsiadami prawosławnymi czy nawet unickimi – tam wyostrzała się świadomość odrębności, z której wyrastać będzie świadomość narodowa. Niekiedy pomagać będą w tym procesie czynniki zewnętrzne, jak najazd czy okupacja wojsk, które nie szanują uznanej w danej wsi wiary i mówią niezrozumiałym językiem. One istotnie uzupełniały poczucie zagrożenia czy krzywdy, jakie spotkać mogły mieszkańców wsi także od „swoich” żołnierzy czy, na co dzień, od zarządców. Na przykład u katolickich „Bambrów”, którzy przez pokolenia pozostaną wierni swej szczególnej tożsamości, dopiero wprowadzony przez rząd pruski kanclerza Otto von Bismarcka sto lat po Fryderyku II „Kulturkampf”, czyli walka jednocześnie z polskością i katolicyzmem, przechyli ostatecznie ich wybór na stronę pełnej identyfikacji z polskością.

Nie mówimy teraz jednak o rozwoju świadomości narodowej wśród chłopów, tylko o ich położeniu prawnym i sytuacji życiowej w połowie wieku XVIII. Wspomniane mniejszościowe grupy czy grupki „Olędrów” i „Bambrów” są w tym względzie ważne, bo ilustrują one różnicę prawną, jaka charakteryzowała wsie zakładane na prawie „niemieckim”. Podobnie jak w XIII-XIV wieku – żeby przyciągnąć kolonistów, trzeba było im zaoferować lepsze warunki gospodarowania i życia. To właśnie miało zagwarantować specjalne prawo, określone w dokumentach lokacyjnych nowych wsi „niemieckich”. Ich mieszkańcy mieli pozostawać „ludźmi sobie wolnymi”, to znaczy posiadającymi prawo opuszczenia ziemi, którą właściciel daje im w dziedziczne użytkowanie. Oczywiście, gdyby chcieli odejść, musieli ziemię sprzedać gospodarzom, gwarantującym dalszą jej troskliwą uprawę i zaakceptowanym przez zarządcę. Zamiast odrabiania pańszczyzny mieli uiszczać czynsz. Szczegółowo opisał warunki takiej umowy wspomniany już Jan Rutkowski w swym klasycznym studium o reformie rolnej w Polsce wieku XVIII. Za przykład posłużyły mu wsie „Bambrów”, należące do miasta Poznania – m.in. Jeżyce (dziś słynna m.in. z powieści Małgorzaty Musierowicz dzielnica wielkopolskiej stolicy). Możemy przyjrzeć się jak w praktyce wyglądały obciążenia spadające na chłopów w tym wypadku. Zastępujący robociznę na folwarku czynsz ustalono na 60 tynfów rocznie, to jest 76 złotych z jednej huby (taka miarą, równoważną jednemu łanowi, a odpowiadającą mniej więcej 30 morgom, czyli niecałym 18 hektarom, mierzono powierzchnię gruntu); w innych wsiach była niższa, np. 40 złotych. Do tego danina w naturze: dwa kapłony lub dwie gęsi na Boże Narodzenie i dwa mendle jaj na Wielkanoc (tę daninę razem wyceniano na 2,5 złotego). Na rzecz państwa chłopi płacili dwa podatki: hibernę, wynoszącą w tym przypadku około 7 złotych z huby oraz pogłówne, którym obciążeni byli dorośli – gospodarz i jego żona po dwa złote, a parobek 1 złoty, podobnie jak „dziewka” (czyli służąca).

Jak to się miało do stanu majątkowego ówczesnych chłopów? Wtrąćmy przy okazji, że w przeprowadzonej miedzy 1728 a 1747 roku parcelacji folwarków i przechodzeniu na czynsz w pięciu podpoznańskich wsiach brali udział nie tylko osadnicy z Niemiec, ale także polscy kmiecie. Inwentarze z 1739 i 1741 roku opisują szczegółowo, że mieszkańcy ujętych w spisie pięciu wsi mieszkali w 44 chałupach, z których 7 zbudowanych było z chrustu wylepianego gnojem lub gliną, a pozostałe z drzewa. Dachy były wyłącznie słomiane. Przeciętna chałupa miała sień, dwie izby (o wymiarach przeciętnie 10 łokci na 10 każda; łokieć to około 55 centymetrów) i dwie komory (po 6 na 10 łokci). Wybudowanie drewnianej chałupy w 1740 roku kosztowało 394 złote. Oprócz chałupy wszystkie gospodarstwa miały stodołę, osobno mniejsze chlewy dla nierogacizny. Wartość stodoły wyceniano na 250 złotych, a chlewu na 100. Średnia wielkość kmiecego gospodarstwa wynosiła tu – już za panowania następnego króla, Stanisława Augusta – 21 morgów. Za taki kawał nieobsianej ziemi ornej trzeba było zapłacić niecałe 200 złotych, a wraz zasiewem na oziminę – mniej niż 500. Na przeciętne gospodarstwo przypadało dwa konie, jeden wół, trzy krowy, 2,7 „jałowic i młodzieży” (cieląt), 6 świń, 30 owiec, 11 sztuk drobiu. Wartość tego żywego inwentarza wyceniano na 470 złotych. Inwentarz martwy stanowiły narzędzia rolne, wozy, przedmioty gospodarstwa domowego, a więc m.in. meble (średnio: dwa łóżka, stół, dwa zydelki, dwie ławki, dwie skrzynie i szafa), ubrania (męskie spodnie sukienne lub skórzane, kaftany i suknie białe, niebieskie, granatowe, czasem nawet żupany, czapki, kobiece kaftaniki w kilku kolorach, niekiedy obszywane futrem, fartuchy, pończochy niciane, chustki jedwabne, sznury korali), a wreszcie pościel – poduszki i pierzyny, zazwyczaj także kilka obrazów, krucyfiksy, relikwiarze, wyjątkowo zegary i książki. Do tego gotówka i wierzytelności, z którymi trzeba było skonfrontować długi. Łącznie majątek czynszowego włościanina z rodziną we wsiach podpoznańskich Jan Rutkowski obliczył na 2177 złotych i stwierdził, że był ów majątek widocznie większy niż przed oczynszowaniem.

Ten obraz na pewno w szczegółach nie odpowiada rzeczywistości we wszystkich regionach ogromnej Rzeczypospolitej. W zdecydowanej większości majątków obowiązywała przecież nadal pańszczyzna. Z dala od większych miast, a więc inaczej niż pod Poznaniem czy Krakowem, było mniej szans dla mieszkańców wsi na awans ekonomiczny i społeczny: przez oddanie młodszych synów na naukę rzemiosła, „na księdza”, przez udział w handlu na rynku miejskim, przez ucieczkę do miasta wreszcie. Nie ujęliśmy także tutaj sytuacji chłopów bezrolnych, jak ich dawniej nazywano: proletariatu wiejskiego ani posiadającej swoją hierarchię i odrębną specyfikę służby folwarcznej: poczynając od ekonoma, dzierżawcy, pisarza, rządcy, polowego (nadzorującego pracę w polu), rataja (do orania wołami dworskimi), szkotaka (pasterza bydła rogatego), itd. Kto ciekaw może sięgnąć do rzetelnych prac wspominanych już wyżej autorów. Tu dodajmy jeszcze tylko znane wartości pieniężne, przypisane dniówce pańszczyzny na folwarku: za dzień ze sprzężajem – 15-25 groszy, za dzień „pieszy” – od 6 groszy na ubogim Podkarpaciu do 15 na żyznej ziemi ruskiej. Tyle musiał zapłacić włościanin, jeśli nie odrobił dnia „na pańskim”. Adekwatne stawki lub ich odpowiednik w naturze otrzymywali zatrudnieni przez kmiecia robotnicy rolni rekrutowani z chałupników czy komorników.

Wizytacje dóbr i procesy karne odnotowują rozmaite krzywdy. Na przykład na 22 wsie opisane w 1722 roku w inwentarzu majątku kapituły lwowskiej, takie skargi odnotowano w 5 wsiach. Najczęściej na to, że dwór zwiększa miary wymaganej pracy. I tak było w setkach, może nawet tysiącach innych wsi, nie tylko w majątkach kościelnych. To były z reguły skargi na zarządców czy podstarościch, bo sami właściciele, podkreślmy ponownie, nie mieli żadnego interesu w gnębieniu swoich poddanych. Zdarzali się, choć rzadko, panowie- dewianci, gotowi gwałcić córki chłopskie i katować poddanych. Oni trafiali do ksiąg sądowych, do pamiętników szlacheckich (jako wyjątkowe „casusy”, godne zapamiętania) oraz do ludowych pieśni grozy, gdzie występowali jako diabły, straszące ludzi po śmierci. Dlatego są pamiętani, dlatego mocniej zapisują się w „historii ludowej”, zasłaniając mniej szokującą codzienność.

Były i bunty przeciw uciskowi. Najbardziej znany zorganizował w 1754 roku wójt z Libuszy koło Biecza, który chciał poprowadzić miejscowych chłopów ze skargą na nadużycia poddzierżawcy majątku pani Lubomirskiej, do której należała wieś. Wójt został schwytany i osadzony w lochu zamku rzeszowskiego Lubomirskich. Chłopi burzyli się nadal i pomimo przysłanego do pacyfikacji oddziału wojska przez kilka miesięcy nie dopuszczali do swojej wsi dzierżawcy. W końcu wojsko ich przemogło, przywódca buntu został ścięty, ale kilkuset biorących udział w tym wystąpieniu chłopów nie spotkała żadna kara. Powód był prosty: mieli jak najprędzej wrócić do roboty na folwarku. Przypomnijmy też odnotowane już wyżej powstanie w powiecie krzyczewskim na Białorusi w roku 1744, gdzie motywy społeczno- ekonomiczne sprzęgły się z religijną wojną prawosławnych chłopów przeciw Żydom i katolickiej szlachcie. Nawet jednak najbardziej zagorzali zwolennicy „historii ludowej” nie mogą dokopać się do większej ilości wystąpień na podobną, a tym bardziej większą skalę. Choć, jak słusznie zauważają, opór miał najczęściej charakter bierny.

Wracam więc z pytaniem, czy chłopi mogli „popuścić pasa” za drugiego króla Sasa? I odpowiadam: pokój oraz nieco mniejsza częstotliwość i skala epidemii były najważniejszymi powodami do odczucia względnej poprawy wobec lat poprzednich. Jednocześnie długofalowe skutki wcześniejszych zniszczeń w wielu miejscach zwiększały dolegliwość pańszczyzny. Początki oczynszowania wskazywały drogę do poprawy.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...