Iran testuje granice amerykańskiej potęgi. Blokada Ormuzu i kryzys wiarygodności USA
Wojna USA i Izraela wkroczyła w kolejny tydzień. Oznacza to, że jest już dłuższa niż czerwcowa eskalacja zbrojna, w której wymiana ciosów przebiegała głównie między państwem syjonistycznym a Iranem, a Amerykanie wsparli Tel Awiw jednym bombardowaniem. Obecna wojna powietrzna jest nie tylko dłuższa, ale też znacznie bardziej zmasowana.
Tylko w ciągu pierwszych dwóch dni wojny Amerykanie i Izraelczycy przeprowadzili 2 tys. uderzeń. W kolejnych dniach ich częstotliwość spada, ale wciąż jest to masowy atak z powietrza. To ataki nie tylko na kierownictwo polityczne i wojskowe Iranu, to także powszechne uderzenia w jego cywilną infrastrukturę, czego ponurym symbolem stał się czarny deszcz, jaki spadł 8 marca na Teheran. W ten sposób skropliły się opary powstałe na skutek ogromnego pożaru składów paliw w irańskiej stolicy, wywołanego przez izraelskie uderzenie. Giną też cywile. Już pierwszego dnia 168–180 osób zginęło w szkole podstawowej dla dziewcząt w Minabie. Groza tej wojny i tak nie objawia się nam w pełni. Zarówno Izrael, jak i Iran blokują bowiem przepływ informacji.
Eskalacja horyzontalna
Iran skutecznie odpowiedział na eskalację napastników eskalacją horyzontalną. Tak jak napisałem wkrótce po rozpoczęciu wojny, wystrzeliwując kolejne transze rakiet na Izrael, Irańczycy koncentrują się na rażeniu celów amerykańskich w państwach arabskich i ich kluczowej infrastruktury: portów, rafinerii, zakładów odsalania wody morskiej niezbędnych do zapewnienia mieszkańcom pustynnych monarchii wody pitnej.
Nie jest to tylko odwet za to, że owe monarchie zezwalają na wykorzystanie swoich terytoriów do agresji przeciwko Republice Islamskiej, która bez tej podstawy byłaby znacznie trudniejsza. To także pokazywanie im, że amerykański protektorat jest dla nich nieopłacalny. Bazy amerykańskie zamiast dawać bezpieczeństwo przyciągają zagrożenie, a tymczasem Amerykanie nie są w stanie bronić swoich wasali – priorytet nadają bowiem obronie własnych sił i Izraela. Na to przekierowywane są szczuplejące zasoby.
Jak na razie siła tych militarnych dowodów jest znacząca. USA i Izrael miały już zużyć na odpieranie irańskich uderzeń ponad tysiąc pocisków antyrakietowych systemu Patriot. Dla porównania przez cztery lata wojny USA dostarczyły Ukrainie w różnych formach około 600 tego rodzaju pocisków, jak szacuje jej prezydent Wołodymyr Zełenski. Skala wyczerpywania amerykańskich zasobów amunicyjnych, szczególnie tego typu, wywołuje już zresztą zaniepokojenie w Kijowie, gdzie obawiają się przykręcenia kurka wsparcia materiałowego dla Ukrainy.
Płoną też atakowane przez Irańczyków hotele w bogatych miastach naftowych monarchii. Co najmniej w niektórych przypadkach kwaterowali w nich amerykańscy żołnierze ewakuowani z baz. Jednak te irańskie uderzenia mają o wiele bardziej długofalowy skutek. Państwa takie jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Oman promowały się i nieźle zarabiały jako oazy stabilizacji i dobrobytu w niezbyt spokojnym i raczej biednym regionie. Były nie tylko miejscem masowej turystyki, ale też imigracji biznesowej i znaczących operacji finansowych. Pod ciosami Irańczyków obraz tych oaz może okazać się – jak to na pustyni – szybko rozwiewającą się fatamorganą. Koszty polityczne i materialne mogą się okazać dla monarchów stawiających na USA bardzo wysokie.
Irańczycy łapią światową energetykę za gardło
Iran skutecznie realizuje blokadę cieśniny Ormuz, przez którą przepływało 20–25 proc. światowego handlu ropą i istotna część wolumenu LNG w globalnym obrocie. Irańczycy ogłosili, że przez cieśninę przepłyną tylko ci, którym na to pozwolą (na razie tylko Bangladesz poinformował o uzyskaniu zgody Teheranu). Egzekwują swoją blokadę zdecydowanie. Uszkodzonych zostało już 16 statków. Tylko w dniach 11–12 marca zniszczono sześć statków.
Kulminacją działań Iranu stało się to, że statki zapłonęły tuż po tym, gdy Donald Trump zachęcał kompanie żeglugowe i kapitanów do śmiałego żeglowania przez Ormuz, sugerując, że sytuacja jest pod kontrolą.
Największą kompromitacją USA jest właśnie brak odblokowania strategicznej cieśniny. Prowadząc ataki powietrzne z odległości kilkuset kilometrów od niej, Amerykanie nie są w stanie zaradzić działaniom irańskich dronów powietrznych i morskich. O tym, jak słabo idzie im walka z tymi dronami, niech świadczy prośba Waszyngtonu do Wołodymyra Zełenskiego, by przysłał on ukraińskie pododdziały doświadczonych niszczycieli dronów na Półwysep Arabski. Wskazuje to zresztą, jak globalne są sprzeczności polityczne, które Trump chciał przecież rozwiązywać przy użyciu siły.
Piszę o kompromitacji, ponieważ scenariusz odwetowej blokady cieśniny Ormuz przez Irańczyków w przypadku poważnego amerykańskiego ataku zagrażającego egzystencji Republiki Islamskiej był od lat najczęściej wymienianym narzędziem Teheranu w debacie eksperckiej i publicystycznej. Tymczasem Donald Trump wygląda na zaskoczonego rozwojem wydarzeń.
Liban w krzyżowym ogniu
Dla Izraela drugi front tej wojny rozgorzał w Libanie. To właśnie ten kraj płaci największą cenę za konflikt obok Irańczyków. Izraelczycy prowadzą ciężkie bombardowania południa kraju, doliny Bekaa i stolicy – Bejrutu, głównie jej południowych, zamieszkałych przez szyitów dzielnic. Prowadzą też operacje desantowe, jak w Nabi Szit, gdzie izraelscy komandosi zostali w nocy z 6 na 7 marca osaczeni przez bojowników Hezbollahu, lecz skutecznie wycofali się.
Organizacja libańskich szyitów chwyciła za broń mimo wyraźnego zakazu premiera Libanu Nawafa Salama. 11 marca wieczorem wystrzelili oni na północny Izrael salwę do 150 pocisków rakietowych. Na pograniczu toczą się walki z wkraczającymi Izraelczykami. Wskazuje to, że pogłoski o śmierci militarnej, a co najmniej obezwładnieniu Hezbollahu, okazały się przesadzone, a organizacja zachowuje potencjał angażujący siły Tel Awiwu.
Libański prezydent Joseph Aoun zaproponował rozejm i negocjacje, lecz Izraelczycy dopuszczają jedynie rozmowy bez przerwania działań zbrojnych, z warunkiem pozbawienia Hezbollahu broni. Powiększa się fala uchodźców wewnętrznych w Libanie, Izrael wydał bowiem nakazy ewakuacyjne na terenach na południe od rzeki Litani, a w czwartek także pasa obszaru na północ od rzeki, która wyznaczała granicę izraelskiej okupacji w latach 1978–2000.
Najmniej chętni do ucieczki byli miejscowi chrześcijanie, licząc zapewne, że będą traktowani przez Izrael inaczej niż muzułmańscy Libańczycy. Przeliczyli się. Pojawiają się kolejne doniesienia o śmierci przedstawicieli społeczności maronickiej na skutek izraelskich ataków. Wśród zabitych znalazł się znany na południu Libanu ksiądz Pierre El-Rahi. Nie można wykluczyć, że Izraelczycy znów szykują się do okupacji części terytorium północnego sąsiada, co będzie oznaczać długotrwały konflikt.
Ulubiony dżihadysta Zachodu
Przy okazji Libanu pojawiła się ciekawa regionalna sekwencja komunikacji strategicznej. W sukurs prozachodnim władzom Libanu, pragnącym ugody z Izraelem za cenę rozbrojenia Hezbollahu, przyszedł nie kto inny jak Ahmed asz-Szara, tymczasowy prezydent Syrii wywodzący się z niegdysiejszego syryjskiego skrzydła Al-Kaidy. Jego agencja informacyjna podała we wtorek, że asz-Szara rozmawiał z prezydentem Libanu i „wyraził swoje wyraźne i absolutne poparcie dla wysiłków prezydenta Josepha Aouna na rzecz rozbrojenia Hezbollahu”. Deklaracji tej towarzyszyły pojawiające się na kontach promujących asz-Szarę i jego władze na portalach społecznościowych pogróżki o bojownikach dawnego Hajat Tahrir asz-Szam szykujących się do interwencji w Libanie.
Szybko doczekały się odpowiedzi ze strony jednego z szyickich ugrupowań Iraku – Kataib Sajjid al-Szuhada, które zapowiedziało, że jeśli siły asz-Szary przekroczą granicę Libanu, ono z kolei wkroczy do Syrii. Jest ono powiązane z oficjalną milicją paramilitarną Iraku – Siłami Mobilizacji Ludowej, skupiającymi miejscowych szyitów.
Tymczasem już w czwartek pozycje tych sił przy granicy Syrii zostały zbombardowane przez Amerykanów lub Izraelczyków. Scenariusz ten układa się zgodnie z najdalej idącymi teoriami szyitów, do niedawna nazywanymi spiskowymi, iż asz-Szara i jego dżihadyści walczący przez lata z Baszarem al-Asadem od dawna nie są bynajmniej wrogami Izraela i USA, delikatnie rzecz ujmując.
Finałem tej sekwencji jest już personalnie skierowane do asz-Szary ostrzeżenie ze strony irackiej szyickiej organizacji Opór Islamski. Wydaje się jednak, że dla powściągnięcia zapędów dawnych syryjskich dżihadystów większe znaczenie ma przemówienie ich protektora, prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana. Występując na zgromadzeniu swojej partii w Ankarze, powiedział on: „Nie ma sunnitów i szyitów. Jest tylko jedna religia i jest to islam”. Czytelna aluzja.
Bilans wojny
Nie wiem, jak skończy się ta wojna. Strony nie wykorzystały jeszcze wszystkich swoich atutów, a kluczowa będzie nie zdolność do zadania większych strat, lecz wytrzymanie strat i kosztów przysparzanych przez wroga. Jak na razie Iran bardzo sprawnie przysparza nie tyle strat siłom zbrojnym USA i Izraela, ile interesom politycznym i gospodarczym tych pierwszych oraz niszczy ich wiarygodność jako światowej potęgi i sojusznika.
Amerykańskie straty w ludziach to na razie tylko 11 żołnierzy, ale przecież zginęli oni w warunkach prowadzenia wojny powietrznej. Siły zbrojne USA poniosły znaczne straty materialne w swojej uszkodzonej infrastrukturze i instalacjach, w tym radaru systemu THAAD wartego około 500 milionów dolarów w bazie Muwaffaq Salti Air Base w Jordanii. Koszty finansowe wojny są ogromne – to 1–2 miliardy dolarów dziennie. Zużywane są najbardziej wyrafinowane środki bojowe, których zapasy w USA odtwarzane są powoli.
Wszystko to przy zgromadzeniu na Bliskim Wschodzie największego potencjału od 2003 roku, który i tak trzeba teraz wzmacniać ściąganiem wyrzutni Patriot i THAAD aż z Korei Południowej (kolejny niezbyt dobry sygnał dla wydolności systemu sojuszniczego Waszyngtonu w skali globalnej) oraz trzeciego lotniskowca wraz z grupą uderzeniową.
Jakie cele osiągnął Trump? Starto częściowo potencjał militarny i gospodarczy Iranu, ale nadal jest on zdolny do skutecznej walki, trzymania wroga na dystans i blokady szlaku żeglugowego kluczowego w skali świata. Ali Chamenei zginął tylko po to, aby zastąpił go bardziej radykalny w poglądach syn – Modżtaba, który bardziej niż ojciec popierał ideę pozyskania broni jądrowej. Nowy najwyższy przywódca już zdołał wystosować orędzie zagrzewające naród i siły zbrojne do walki oraz grożące wyciągnięciem jeszcze jednej karty w postaci jemeńskiego Ansarullahu, warującego przy drugiej kluczowej cieśninie morskiej – Bab al-Mandab – i nad granicą Saudów, który potrafił już boleśnie uderzyć, prosto w ich przemysł naftowy.
Zabicie całego szeregu przedstawicieli irańskiego kierownictwa wojskowo-politycznego Republiki Islamskiej nie zakłóciło reprodukcji jej przywództwa ani egzekwowania władzy w kraju. Zamiast zrewoltowanych tłumów na ulicach widzimy masowe manifestacje poparcia dla przywództwa i wojny z napastnikami, odbywające się nawet w czasie ataków, jak to miało miejsce 9 marca w Isfahanie. Wojna mobilizuje również szeregi sojuszników Iranu w regionie, stwarzając szczególną gorączkę w Iraku. Trump fatalnie z kolei rozegrał partię Kurdami, utwierdzając ich tylko w przekonaniu, że jest nielojalnym i chimerycznym partnerem, dla którego nie warto – przynajmniej w obecnym stanie gry – ryzykować własną krwią.
Wojny czasem toczone były w celu całkowitego wyeliminowania, eksterminacji wroga. Znacznie częściej po to, by zmienić jego politykę i przymusić go do posłuszeństwa w kwestii interesów ważnych dla napastnika. Nic nie zapowiada, by Donald Trump osiągnął, któregokolwiek z tych celów. Jak na razie Irańczycy obnażyli niekompetencję amerykańskiego prezydenta i kręgu jego zauszników, bo najwyraźniej amerykański prezydent nie uwzględnił raportów służb wywiadowczych sugerujących, że Iranu nie można złamać wojną powietrzną. Działania przeciw Irańczykom już są zmasowane, suwak eskalacji nie jest już dla Teheranu tak straszny. Irańczycy podważają na razie sprawczość Stanów Zjednoczonych oraz wiarygodność ich protektoratu nad monarchiami Półwyspu Arabskiego… i pośrednio nad innymi wasalami.