Narodowy Dzień Życia w cieniu państwowej hipokryzji
A realnie? Bilans rzeczywistości, w jakiej obchodzimy dziś ten dzień, każe zadać poważne pytania o wiarygodność państwa, które deklaratywnie uznaje wartość życia (w konstytucji, a także na poziomie wizerunkowym), w praktyce jednak odwraca się od tych osób, które najbardziej potrzebują ochrony.
Mamy dziś w Polsce kilkaset, może nawet około 100o dzieci rocznie bestialsko mordowanych poprzez aborcję, w tym wiele w późnych procedurach, nawet w chwili, gdy są już gotowe do porodu. Faktyczna liczba pobierana ze sprawozdań z Narodowego Funduszu Zdrowia jest niedokładna, jedynie szacowana, bo te same procedury NFZ raportuje się jako aborcje i jako wywołanie poronienia dziecka już martwego – lądują one w jednej rubryce w tabelach. Poza tym są jeszcze aborcje inne niż wymuszone poronienia – te późne, rozliczane jak… porody. Tak wygląda polityka finansowa w NFZ – za skutecznie zamordowane dziecko dostaje się tyle, ile za żywego, zaopiekowanego noworodka. Jeśli konkretna porodówka ledwo ciągnie i grozi jej zamknięcie, można dorobić sobie aborcjami i podkręcić statystyki. Przychodzi na myśl szczególnie kazus Lubania, gdzie zechciało ostatnio rodzić raptem 170-200 kobiet rocznie, po czym prezes szpitala wzięła na pokład Gizelę Jagielską. Gdy do porodów dołoży się aborcje w II połowie ciąży, statystyki podskoczą, a pieniądze popłyną. Z taką „pomocą” każda porodówka może wkrótce prosperować.
Fenomen (pseudo)medycyny – aborcja psychiatryczna – czyli mordowanie dzieci stosowane jako środek na poprawę nastroju, dobrego snu i ogólnej satysfakcji życiowej matki. Zabijania ludzi na świstek od psychiatry nie wprowadziła wcale Izabela Leszczyna. Zrobił to Adam Niedzielski, minister rządu Mateusza Morawieckiego. Metodą faktów dokonanych, najpierw tylko przymykając oko na prekursorów zjawiska, a następnie powołując zespół, który kombinował, jak by tę aborcję ująć w jakieś formalne ramy. Zespół Niedzielskiego pracował bez przeszkód także za kolejnej minister Katarzyny Sójki i dał całkiem spory materiał Izabeli Leszczynie do zrobienia „kopiuj-wklej” w przygotowywane wytyczne. Efekty? Swoisty paradoks: te matki, które zabiją sobie dziecko po urodzeniu, bo czuły się z nim źle, idą do więzienia, natomiast te, które zabiją sobie wcześniej, bo się zestresowały, stają się bohaterkami lewicowych mediów. Bo zasadniczo nie ma różnicy między zwyrodniałą mamą Madzi, której córka „wypadła z kocyka” a matkami, które piszą pisma z żądaniem wywołania „asystolii płodu”, czyli po prostu zabicia im dziecka wewnątrzmacicznie, żeby z tzw. przerwania ciąży nie urodziło się żywe.
Płód nie jest naszym pacjentem, on do nas nie przychodzi – słowa prezesa pomorskiej spółki Copernicus, prowadzącej szpital św. Wojciecha na Zaspie w Gdańsku wyznaczają dziś standardy postępowania z poczętymi dziećmi na wielu oddziałach położniczych i traktach porodowych. Tam, gdzie lekarz ma widzieć dwoje (lub więcej) pacjentów – matkę i jej poczęte dziecko/dzieci, tam część ginekologów widzi pacjentkę, ale z całych sił stara się, by nie zobaczyć pacjenta w tym, kogo za chwilę będzie abortować.
Życie zaczyna się po porodzie – to z kolei słowa Gizeli Jagielskiej, ale również – niemal dosłownie – cytat z jej nowej szefowej Anny Płotnickiej-Mieloch, prezes szpitala w Lubaniu. Dehumanizacja części pacjentów szpitali staje się po prostu faktem i nawet się tego nie ukrywa. Zresztą za bohaterskie aborcje – niemal w terminie porodu, gdy dziecko jest duże i może już próbować uciekać w macicy przed strzykawką z trucizną – zamiast przed wymiar sprawiedliwości idzie się na galę odebrać tytuł Superbohaterki, więc w sumie czego się obawiać? Może tylko Różańców i pikiet pod szpitalami, ale z tym jakoś sobie poradzimy – policja, urzędnicy, proaborcyjne bojówki – może z czasem pomogą, żeby sprawcy aborcji nie czuli się tak strasznie źle, słysząc, że ktoś odmawia Zdrowaśki pod ich oknami…
Pod Sejmem na ulicy Wiejskiej działa natomiast ośrodek aborcyjny Abotak, określany jako przychodnia – oprotestowany, zasłaniany, zagłuszany, omadlany – ale tylko przez zwykłych ludzi. Bo dla państwa całkiem wygodny – niech sobie tam siedzą, robią aborcje, uczą innych, jak ją robić, szmuglują środki poronne z zagranicy, instruują młode dziewczyny, jak zabijać – dużo i wesoło. Czasem jakaś nastolatka (jak 14-letnia Karolina z Katowic, o której głośno było latem ubiegłego roku) wyląduje na pogotowiu z martwym dzieckiem i sama na granicy wykrwawienia, ale przecież nikt jej nie kazał połykać tabletek, więc ten, kto pomógł, do więzienia nie pójdzie.
Nie lepiej wygląda sytuacja w obszarze władzy sądowniczej. Właśnie karę prac społecznych odrabia matka, która odmówiła aborcji, a inne kobiety ostrzegła, żeby nie chodziły do ginekologa, który na te aborcje nagania. Niebawem zamiatanie ośrodka sportowego to może być jej najmniejszy problem. Nie chce przeprosić urażonego abortera, któremu odstraszyła klientki, sąd szykuje się już zatem do wymierzenia jej kary zastępczej – nawet kilku miesięcy w zakładzie karnym. Gdyby zawczasu zabiła dziecko, jak doradzał pan doktor, dziś nie miałaby problemu.
Życzę Państwu radosnego Narodowego Dnia Życia. A wszystkim narodzonym dzieciom gratuluję, że przeżyły do porodu – w Polsce A.D. 2026 to naprawdę nie było oczywiste!
PS. Czasem słyszę argument, że szpitale, które robią aborcję, powinny mieć odbierane katolickie nazwy, np. św. Wojciecha, Dzieciątka Jezus itp. Jest dokładnie odwrotnie – nazwy mają zostać, ale praktyka ma zostać dostosowana do szlachetnego imienia. Podobnie powyższy tekst nie jest wezwaniem do likwidacji Narodowego Dnia Życia, a raczej wskazaniem, jak wiele jeszcze przed nami, aby życie faktycznie było dobrem narodowym.
Autorka jest Członkiem Zarządu Fundacji Życie i Rodzina (www.Ratujzycie.pl)