Skandal w TVP Wrocław. Reportaż o Sutryku zablokowany po telefonach z ratusza?
Jak ustalił Onet.pl, w tle decyzji o zablokowaniu materiału pojawiają się zarzuty o naciski ze strony wrocławskiego ratusza. W centrum tych relacji znajduje się Agata Dzikowska, dyrektor Wydziału Komunikacji Społecznej urzędu miejskiego.
"Dziennikarz zadał nie takie pytania, jak powinien"
Z relacji pracowników TVP3 Wrocław wynika, że kontakty z ratuszem miały charakter znacznie szerszy niż standardowa współpraca informacyjna. – Na porządku dziennym są teksty w stylu: Dzwoniła Agata, trzeba zrobić to – mówią anonimowo dziennikarze. Według nich telefony z urzędu dotyczyły nie tylko propozycji tematów, ale też sposobu prowadzenia materiałów. Padały uwagi, że dziennikarz zadał nie takie pytania, jak powinien, albo pretensje, że nie wykorzystano wypowiedzi urzędników. W efekcie – jak podkreślają – w redakcji pojawiła się autocenzura.
Nazwisko Dzikowskiej pojawia się także w mailu, który wydawcy wysłali do kierownictwa TVP Wrocław po zablokowaniu reportażu. "Reporterzy nie zgłaszają tematów, które choćby w najmniejszym stopniu zagrażałyby miastu, bo Agata zadzwoni, trzeba będzie się tłumaczyć. Autocenzura wyłącza podstawową powinność, jaką mamy, czyli patrzenia politykom na ręce" – napisali. W redakcji – jak relacjonują dziennikarze – panowało przekonanie, że wpływ ratusza jest realny i stały. – To ona jest dziś głównym redaktorem wrocławskich "Faktów" – mówi jeden Onetowi z nich.
Warunki wywiadów i kontrola przekazu
Dziennikarze opisują także sytuacje, w których biuro prasowe miasta miało próbować wpływać na przebieg rozmów z prezydentem. W jednym z przypadków zgoda na wywiad miała być uzależniona od wskazania konkretnego dziennikarza. – Chodziło o to, by uniknąć trudnych pytań, miała być laurka – pisze Onet.. Według relacji pracowników, standardem były też telefony z uwagami po emisji materiałów lub konferencjach prasowych.
Część dziennikarzy łączy te praktyki bezpośrednio ze sprawą reportażu o Jacku Sutryku, który ostatecznie nie trafił na antenę. – Domyślam się, że decyzja o wstrzymaniu materiału o prezydencie zapadła w ratuszu, w biurze prasowym – mówi jeden z rozmówców portalu. Pojawiają się też przypuszczenia, że ktoś z urzędu mógł znać treść materiału jeszcze przed planowaną emisją.
Sama Agata Dzikowska odpiera na łamach Onetu te zarzuty. Zapewnia, że nie widziała reportażu i "nie podejmowała żadnych działań, żeby powstrzymać emisję". Podkreśla, że jej kontakty z mediami polegają na informowaniu o działaniach miasta i zapraszaniu dziennikarzy na wydarzenia. Zaprzecza również, by ingerowała w pytania zadawane przez reporterów lub wskazywała prowadzących wywiady.