Kijów gra na Berlin w kontekście akcesji do UE – i tylko to go obchodzi
Otóż Zełenski wie, że nie może liczyć na jakiekolwiek poparcie administracji amerykańskiej. Wręcz przeciwnie. Prezydent Donald Trump zrobi wszystko, aby obecny prezydent Ukrainy nie został nim ponownie. Czterdziesty piąty i czterdziesty siódmy zarazem prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki uważa, że jednym z istotnych powodów jego porażki w wyborach prezydenckich Anno Domini 2020 – i tak, jego zdaniem, sfałszowanych – był fakt, że władze w Kijowie nie aresztowały i nie skazały Huntera Bidena, syna jego kontrkandydata Josepha (Joe) Robinette’a Bidena, za gigantyczną aferę korupcyjną na Ukrainie.
Uważa on, że gdyby wówczas ukraiński wymiar sprawiedliwości, na który musiał mieć wpływ Zełenski, „zrobił porządek” z Bidenem juniorem, to w „swing states” (stanach przechodzących z rąk do rąk w kolejnych wyborach prezydenckich między Demokratami a Republikanami) kandydat lewicowo-liberalny zapewne przegrałby wybory. Nie wiem, czy ma rację, czy nie, ale ważniejszy jest fakt, że właśnie tak uważa.
Stąd Waszyngton zrobi wszystko, żeby wygrał obecny ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii, były szef ukraińskiej armii już w okresie wojny z Rosją, generał Wałerij Załużny.
Zełenski, wiedząc to, nie gra na USA, tylko gra na Berlin i poparcie Niemiec. Wie, że Niemcy mogą dać mu coś, co będzie dla niego – albo przynajmniej może być – mocną kartą w wyborach prezydenckich: promesę rzekomo szybkiego wejścia do Unii Europejskiej.
A właśnie ta perspektywa – akcesji Ukrainy i jej obywateli do UE – jest bodaj jego ostatnią szansą na wygraną, mimo gigantycznych afer korupcyjnych w jego kraju, i to związanych z obozem władzy oraz jego ludźmi, w tym najbliższymi współpracownikami.
Stąd Zełenski gra kartą UPA, bo od Polski ważniejsze są Niemcy. Proste, choć bardzo cyniczne. A z drugiej strony historia współpracy na linii Kijów–Berlin przecież spektakularnie się powtarza. Czyż nie?