Za mundurem partie sznurem

Dodano:
Tomasz Siemoniak (KO), minister koordynator służb specjalnych Źródło: PAP / Jarek Praszkiewicz
Płk Jacek Gawryszewski | Na gmachu Ministerstwa Obrony Narodowej do niedawna wisiał wielkoformatowy baner, przedstawiający żołnierzy w pełnym rynsztunku bojowym z napisem "Dziękujemy za Waszą służbę".

To jeden z licznych przykładów ilustrujących estymę, jaką cieszą się w Polsce formacje mundurowe. Jednak chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie takiej ekspresji uczuć na fasadach central służb specjalnych. O tym, co manifestuje się na siedzibach organów administracji rządowej decyduje w naszych warunkach aktyw partyjny. Czyżby klasa panująca nie darzyła sympatią tajnych służb? To przecież ich funkcjonariusze stoją na straży bezpieczeństwa państwa, co w dzisiejszych warunkach jest misją trudną, a czasami niebezpieczną. A może brak wizualizacji życzliwości władzy dla ABW czy CBA to tylko problem z doborem odpowiednich środków wyrazu artystycznego? W jaki bowiem sposób zobrazować smutnego pana o szóstej rano na przeszukaniu? To problem, a właściwie zjawisko dużo bardziej złożone. Relacjom politycy – służby towarzyszą emocje oscylujące między uprzedzeniem a szacunkiem oraz między nieufnością a fascynacją. Podobno tylko Donald Tusk nie ma takich rozterek. Służb nie lubił, nie lubi i nie polubi. I vice versa.

Przyczyn tej ambiwalencji jest wiele. Niechlubna przeszłość tajnych służb to jedna z nich. Prawdopodobnie jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu zdecydowano, że zamiast resetu będzie restart. Ten resentyment słychać w wypowiedziach polityków, którzy opisując aktywność służb pod rządami konkurencji politycznej mówią o "esbeckich metodach" lub o "policji politycznej".

O tym niechlubnym rodowodzie pomaga zapomnieć rola, jaką służby odgrywają w systemie bezpieczeństwa III RP. Są częścią historycznych resortów siłowych, o które z taką determinacją walczyli Czesław Kiszczak i Lech Wałęsa. I walka trwa, co widać za każdym razem, gdy nowa koalicja dzieli polityczne łupy. Jest się o co bić, bo w Polsce służb jest dużo i dużo mogą. Wektor uczuć polityków do służb uzależniony jest od tego, czy rządzą, czy rządzić przestali. W rezultacie, co kadencję Sejmu w służbach ma miejsce kadrowa pierestrojka. To właśnie jest kadencyjność stanowisk, którą tyle razy bezskutecznie postulowano. Zaraz po wyborach rozpoczyna się proces odpolitycznienia służb i następujący po nim proces ich upolitycznienia. Zjawisko ma charakter cykliczny. W ten sposób aparat, który powinien być odseparowany od władzy politycznej stał się jeszcze jedną jej emanacją.

Służby pociągają polityków także z zupełnie innych powodów. Do tego, że część wyobrażeń nt. funkcjonowania kontrwywiadu czy wywiadu czerpią z kultury popularnej, przyznają się publicznie. Trochę szkoda, że Minister Siemoniak nie ma nic wspólnego z szarmanckim "M". Trzeba jednak przyznać, że brytyjski koordynator nie musi jak nasz sympatyczny gapa borykać się z wysokością świadczeń emerytalnych agentów kategorii "00' czy reorganizacją jednostek terenowych MI6, bo ta służba ich nigdy nie miała.

Grand Prix

Dla polityków, zwanych w służbach "outsiderami" nadzór i kontrola nad tą częścią administracji rządowej jest celem samym w sobie. Mieczysław Rakowski, I sekretarz KC PZPR mawiał, że "kto ma telewizję, ten ma władzę". W epoce pluralizmu mediów, który zawdzięczamy wizjonerom z Krzemowej Doliny, telewizja straciła powab. Służby ciągle go mają. Czynniki polityczne zdecydowały, że w Polsce są one obecne prawie wszędzie. Hybrydowość zagrożeń i asymetryczność konfliktów sprawiły, że służby są w wielu segmentach państwa, zarówno na poziomie centralnym, lokalnym jak i zupełnie peryferyjnym. Część z nich pełni funkcję organów ścigania, co jeszcze poprawia ich notowania wśród klasy politycznej.

W czasach Zimnej Wojny, Austrian Airlines, reklamując swoje usługi zapewniały, że miały gęstszą sieć połączeń niż KGB siatkę agenturalną. Podobnie jest w przypadku naszych służb. Na ich ludzi można się natknąć w większości spółek skarbu państwa, w połowie resortów, w przedsiębiorstwach państwowych, w rządowych agencjach, w funduszach, w fundacjach, w instytutach naukowych i instytucjach finansowych, w sektorze ubezpieczeń, a nawet w innych służbach. Czy to nie przypomina czasów walki o lepsze, socjalistyczne jutro ? Dzieje się to za zgodą i wiedzą rządzącej siły politycznej, która w ten sposób zwiększa swój pakiet kontrolny w administracji i gospodarce. Służby biorą zatem aktywny udział w swoistej kolonizacji państwa. Jako zhierarchizowane i zmilitaryzowane formacje dają rządzącym poczucie kontroli nad resztą cywilbandy. Nadzór nad służbami to mroczny przedmiot pożądania partyjnych dygnitarzy, o czym zresztą bez cienia zażenowania mówią nie tylko w zaciszu politycznych gabinetów. Uosobieniem tego zwierzchnictwa jest Koordynator. Premier powierzył tą funkcję najbardziej lojalnemu i zaufanemu, bo idzie tu o prestiż, wpływy i stanowiska. No i haki.

Część "insiderów" dawała wiarę zapewnieniom klasy politycznej o apolityczności służb. Z czasem deklaracje o potrzebie ich separacji od polityki okazywały się zwykłym sloganem. Tych najbardziej niewzruszonych perspektywą profitów, wynikających z kontaktów z władzą w służbach przewrotnie nazywa się bezpaństwowcami. Ich neutralność budzi dodatkowo podejrzenia, że "pracują" na dwie strony politycznego konfliktu.

Zadaniem specsłużb jest neutralizacja zagrożeń dla bezpieczeństwo państwa i porządku konstytucyjnego. W opinii elity politycznej, taką misję można powierzyć jedynie tym, którym partia ufa. W służbach tą zasadę wdraża się w trywialny sposób. HR głupcze! Kryterium doboru personelu jest równie proste: "Panie kapitanie, służyliście w czasach poprzedniej opcji, to w nową koncepcję się nie wpiszecie". Prostolinijność i brutalność kadrowca niuansują takie czynniki jak: jednostka, w której pan kapitan pełnił służbę, stanowisko służbowe czy przepisy wewnętrzne. Te utrudniają zwolnienie, ale za to dają wiele możliwości uprzykrzania dalszej pracy. Od długotrwałego "zesłania" w teren, aż po fascynującą archiwizację teczek. Nawet kontrwywiad daje nikłe szanse na przetrwanie kolejnej sanacji, bo dziś to nie on namierza szpiegów, tylko rządowe komisje i Grzegorz Rzeczkowski.

Nazad

Oprócz polityki kadrowej, partia ma inne, nieco bardziej subtelne sposoby utrwalania władztwa nad aparatem przemocy. Znamienne, że jest to zwierzchnictwo monopartyjne, bo zwycięska formacja nt. podziału tego łupu z koalicjantem nie negocjuje. Po przeglądzie zasobów ludzkich nadchodzi tzw. audyt. I on również ma ściśle polityczny charakter. Jest bowiem integralną częścią procesu wyrównywania rachunków czyli rozliczeń z poprzednią administracją. Jego celem jest znalezienie i zabezpieczenie dowodów, świadczących o upolitycznieniu służb. Oczywiście upolitycznieniu, tak jak rozumie je Krzysztof Bondaryk. Działacz PO, kandydat tego ugrupowania w wyborach do Sejmu i Szef ABW. Jego polityczne zaangażowanie nie jest legendą przykrywkowca. O tym, jak przeszacowane były rachuby pomysłodawców audytów, świadczą ich wyniki. Ten ostatni wykazał tyle co poprzedni. A miał być waterboarding i program "Pegasus w każdym domu".

Aby nie powtórzyć błędów, wypaczeń i przeinaczeń, nowa ekipa chce wzmocnić kontrolę służb. Normalka i rutyna dla insiderów, którzy nazywają ten proces skrótowcem "Nazad", od słów: nadzór i zadaniowanie. "Nazad" ma długą historię. Każda administracja ogłaszała jakąś inicjatywę, która miała okiełznać żywioł, jakimi są tajne służby czyli wzmocnić polityczną pieczę nad złem koniecznym.

Oprócz spontanicznych akcji, władze dysponują klasycznym zestawem urządzeń diagnostycznych. Sejm, a w praktyce większość sejmowa ma Komisję ds. służb specjalnych. Niewiele o niej wiemy, bo jej prace mają charakter niejawny. Wiadomo jednak, że jest to kolejna arena walki politycznej, która toczy się za dosłownie zamkniętymi drzwiami. Co dziwne, w pracach komisji uczestniczą czasami posłowie, którzy służby nawet lubią, choć nie zawsze lubią samych funkcjonariuszy. Obrady komisji przebiegają wg dość oklepanego scenariusza, czyli rządzący służb bronią, a opozycja je atakuje. Jej obrady to także cenne doświadczenie dla biorących w nich udział przedstawicieli służb. Mogą na żywo przekonać się jak brutalne i bezpardonowe są te polityczne potyczki. Nawet oficerowie, z wieloletnim doświadczeniem w operacjach antyterrorystycznych, odnoszą czasami wrażenie, że posłowie są bardziej nieprzejednani niż afgańscy Talibowie.

Władza wykonawcza ma Kolegium ds. służb, działające przy Radzie Ministrów. To formalnie organ opiniodawczo-doradczy. Programuje, nadzoruje i zadaniuje, oczywiście zawsze w oparciu o program partii rządzącej. Służby, jako centralne organy administracji, muszą realizować politykę rządu, a Kolegium ma za zadanie aktualizować ją w obszarze bezpieczeństwa. Generalnie gremium robi mniej więcej to samo co Koordynator, tyle, że kolektywnie. Podobno wyjątkowo emocjonujące były ostatnio obrady Kolegium, dot. wyjazdu do USA Ministra Zbigniewa Ziobry. Jeden z szefów służb, wiedząc o kiepskim humorze Premiera, wchodząc do sali obrad spytał innego uczestnika spotkania: "Przepraszam, czy tu biją?". W odpowiedzi usłyszał: "Spokojnie, raczej klimat z "Wściekłych psów" Tarantino.

Ale KPRM to nie tylko Kolegium. To jeszcze dwa departamenty od służb, choć czym się właściwie zajmują, tak naprawdę nie wiadomo. Departament Bezpieczeństwa Narodowego i Departament Koordynacji Służb Specjalnych. Ten ostatni to nowalijka, bo liczy sobie zaledwie osiem miesięcy urzędniczego życia. Znaleźli tam stale zatrudnienie między innymi eksperci gen. Jarosława Stróżyka, bo praca w jego komisji miała charakter dorywczy. Tu toczy się zażarta bitwa o prawdę. Po nieudanej próbie wykrycia rosyjskich wpływów w PiS, niepocieszonych specjalistów zwerbowano do walki z dezinformacją, rozsiewaną oczywiście przez wspomnianą formację. I to właściwie tyle na temat aktywności tych dwóch, zagadkowych bytów administracyjnych. Należałoby dodać, że ich stan etatowy zbliżony jest do liczebności cywilnego kontrwywiadu.

Przy Kancelarii Premiera działa jeszcze RCB. Od niedawna cześć kadr Centrum to wysokiej rangi oficerowie ABW. Skoro są na kolei, przy produkcji prądu z wiatru czy przy wykupie działek pod lotniska, to nie może ich zabraknąć też w procedurach ostrzegania przed burzami z piorunami. Swoją drogą skoro Premier powierzył oficerom specsłużb kwestie publikowania alertów pogodowych, to jego awersja do tej formacji być może jest dezinformacją. Dysponując tak fachowym personelem RCB zaangażowało się ostatnio w zwalczanie kłamstw w sieci. To już dziewiąte gremium w państwie, które realizuje tego typu zadania. W PRL była tylko Mysia 5.

W KPRM można czasami spotkać Koordynatora specsłużb. Tomasz Siemoniak, kryptonim służbowy "Offline" na służbach się nie zna i dlatego doradza mu Tomasz Piątek, pseudonim artystyczny "GoldenEye". Premier bardzo ceni flegmę, wyszukane zagubienie i stoicki spokój Siemoniaka. Tak bardzo, że Koordynator do niedawana stał na czele MSWiA. To awangardowe rozwiązanie. Nigdzie na świecie koordynacją operacji wywiadu nie zajmuje się działacz partyjny, który równocześnie synchronizuje akcje straży ogniowej czy walkę ze stadionowymi chuliganami. Oby tylko nie stracił orientacji, co w danej chwili koordynuje.

Prezydent, choć posiada najsilniejszy społeczny mandat, ws. służb ma do powiedzenia niewiele. BBN będący zapleczem analityczno – organizacyjnym Prezydenta RP, o tym, co służby robią lub robić powinny decydować nie może. To o tyle dziwne, ze głowa państwa formalnie monitoruje stan bezpieczeństwa kraju, a służby teoretycznie pewną rolę w neutralizowaniu zagrożeń mają. W BBN pracują ludzie z doświadczeniem w służbach, bo gdzie ich nie ma, ale samo Biuro kompetencji w zakresie np. ich zadaniowania nie posiada. W samym Pałacu Namiestnikowskim od czasu do czasu zbiera się gremium doradcze Prezydenta w sprawach bezpieczeństwa i obronności, czyli Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Brzmi dobrze, ale nawet na tym forum osiągniecie porozumienia ponad podziałami to mission impossible.

IRCHA

Rząd, pracujący w trybie "rozliczenia" ciągle jeszcze nie wyrównał rachunków z pisowskimi służbami. Zawiodły wszystkie przedwyborcze rachuby i nie spełniły się kampanijne obietnice. W szafach pancernych na Rakowickiej, Miłobędzkiej i Oczki trupów nie znaleziono. W takiej sytuacji na szaniec trzeba rzucić ostatni odwód. To gremia powoływane ad hoc. Najbliżej linii frontu są sejmowe komisje śledcze. Wyłonione przez przez parlamentarną większość, miały zastąpić organy ścigania w dochodzeniu prawdy o tym, że służby PiS to służby Putina. Ich aktywność przypominała inspekcje robotniczo – chłopskie (IRCHA), które w stanie wojennym wspólnie z LWP i MO szukały spekulantów i nieuczciwych zaopatrzeniowców. Co ustaliły sejmowe komisje mniej więcej wiemy. To, co na pewno zostanie w pamięci, to defilada oficerów służb specjalnych, wzywanych przed oblicze partyjnych komisarzy. Interes partii ponad interesem państwa na żywo.

Oprócz większości sejmowej komisję powołał także rząd. W maju 2024 roku przy Ministerstwie Sprawiedliwości powstała komisja ds. badania rosyjskich wpływów, którą dowodził inżynier pola walki i Szef SKW gen. Jarosław Stróżyk. Premier Tusk, nie ufając nawet "własnym" służbom, powierzył typowo kontrwywiadowcze zadanie grupie naukowców i kompletnych dyletantów w tej materii. Grono badaczy, głównie z obszaru nauk społecznych, plus jeden były analityk ABW w stopniu pułkownika, za niezłą gażę ustalili, że Kreml uprawia propagandę. To odkrycie było dla Premiera jak knockdown. Gdy jednak zapoznał się z pierwszym raportem Komisji to był to już knockout. Pewnej lipcowej nocy 2025 roku rozpuścił ekspercką komisję i na wszelki wypadek utajnił jej drugi raport. Znaczy, że pomimo liczenia i zaliczenia dech nie stracił politycznego refleksu. Ciekawe jak powołanie i efekty pracy Komisji ocenili oficerowie cywilnego i wojskowego kontrwywiadu. Premier jednak chyba naprawdę tych służb nie lubi, ale żeby się nad nimi aż tak znęcać, to już pachnie mobbingiem.

Oprócz działań kolektywnych, których celem miało być wzmocnienie politycznej kontroli nad służbami, pojawiły się inicjatywy indywidualne. Najśmieszniejszą przedstawił Krzysztof Bondaryk. Były szef ABW, który po raz drugi próbuje swoich sił w państwowej spółce, stworzył kodeks pracy operacyjnej. Tak bardzo nie wiadomo, o co twórcy chodziło, że nawet jego polityczny mentor, czyli Koordynator, jeszcze przed lekturą włożył kodeks do niszczarki. W służbach żartowano z generała, że to tak, jakby napisać rozporządzenie do Nowego Testamentu.

O rzekomych zbrodniach służb dezinformują także przedziwne kolektywy. "Silni razem", "strajk kobiet"; "stajnia Piątka" i "poszukiwacze zaginionej paczki" to te najbardziej znane. Prezentowany przez nich poziom absurdu nie mieści się w żadnej skali. Najciekawsze jest jednak to, kto aktywuje tych aktywistów, bo kto autoryzuje ich farmazony wiadomo – Premier i Koordynator.

Zwiększyć kontrolę i poprawić proces zadaniowania służb. Powołać kolejne gremia i instytucje, które ograniczą ich rzekomą samowolę i zapobiegną ich niebezpiecznej emancypacji. A może by tak stworzyć cały resort tylko od służb, albo wyznaczyć specjalnych sędziów, którzy patrzyliby funkcjonariuszom na ręce? Są nawet pomysły, żeby tajne służby były jawne. Takich i innych inicjatyw jest coraz więcej. Wydaje się przy tym, że liczba kontrolerów, koordynatorów, audytorów, komisarzy i weryfikatorów już dawno przekroczyła liczbę funkcjonariuszy, nie tylko tzw. pierwszej linii.

Wszystko wskazuje na to, że polityczne elity nigdy nie próbowały zapoznać się ze stanem faktycznym ani przepisami, które wyjątkowo precyzyjnie regulują prawie każdy aspekt działalności służb: od wydatków z funduszu operacyjnego, aż po zawartość szatni z garderobą dla obserwacji.

Karta "E-15"

Aby dostać się w szeregi służb, trzeba spełnić znacznie wyższe wymogi, niż te stawiane w innych organach administracji rządowej. Każdy rekrut prześwietlony jest na wszelkie dostępne sposoby. Po pierwszym etapie naboru aplikant przechodzi wymagające testy, egzaminy, próby i inne wariografy, które mają wyłonić grupę do dalszej obróbki. I znów bada się wszystko, a wątpliwości rozstrzygane są na niekorzyść kandydata. Następnie trzy lata służby przygotowawczej, w trakcie której szeregowiec jest monitorowany i ponownie testowany, aby znaleźć jego ukryte wady. O funkcjonariuszu służba wie więcej, niż jego rodzice. Tylko najlepsi i najbardziej zdeterminowani osiągają cel. Oczywiście na tym nie koniec sprawdzeń, które w służbie stałej mają charakter permanentny. Monitoruje się kontakty pozazawodowe, wyjazdy wakacyjne, aktywność na FB i wpisy na "X", stan majątkowy, stan emocjonalny, hobby, wydatki, relacje rodzinne i grono znajomych. Po kilku latach służby pod okiem mentora najlepsi trafiają na kurs oficerski, nieliczni zaliczą końcowy egzamin. Skąd zatem przekonanie polityków, że służby specjalne to głęboko zakonspirowana grupa przestępcza, w której skład wchodzą zdemoralizowane i politycznie skorumpowane jednostki. Od 1990 roku prawomocne wyroki za przestępstwa, popełnione w związku z wykonywaniem obowiązków służbowych orzeczono w przypadku pięciu funkcjonariuszy służb specjalnych. Do tej grupy nie zalicza się ostatniego Szefa UOP i pierwszego Szefa AW Zbigniewa Siemiątkowskiego, bo nie był on funkcjonariuszem tylko...politykiem.

Identycznie w przypadku procedur. Każda aktywność służbowa jest kontrolowana, weryfikowana i zatwierdzana przez przełożonych na kilku poziomach. Każde użycie środków techniki operacyjnej wymaga stosownych zgód, a w przypadku technik inwazyjnych również akceptacji ze strony organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Wszystkie czynności procesowe typu zatrzymanie, przesłuchanie czy przeszukanie prowadzone są pod ścisłym nadzorem prokuratury. Wszelkie działania operacyjne, bez względu na charakter sprawy, mogą być prowadzone tylko po uzyskaniu uprzedniej zgody przełożonych. Każdy wydatek z funduszu operacyjnego musi być szczegółowo uzasadniony, zatwierdzony i rozliczony. Podobnie w przypadku najbardziej skomplikowanych operacji specjalnych czy kombinacji operacyjnych. Dlaczego zatem klasa polityczna uważa, że służby mają coś ze skorpiona, który musi ukąsić, bo taką ma naturę.

Karta E-15 w jakiejś mierze symbolizuje ignorancję polityków w obszarze służb. Każdy funkcjonariusz, realizujący najprostsze ustalenia, musi użyć tej trywialnej karty, która umożliwia uzyskanie informacji, czy daną osobą, autem, adresem czy obiektem ktoś się wcześniej interesował i z jakiego powodu. Tak się właśnie służby koordynują – bez nadbudowy w postaci koordynatorów, komisji czy dedykowanych departamentów w KPRM. Problem z zadaniowaniem wygląda podobnie. Ustawy o służbach wyjątkowo precyzyjnie określają ich powinność, kompetencje i zakres działania.

Flagowym przykładem wszelkich patologi w relacjach politycy – służby pozostaje afera taśmowa. Bartłomiej Sienkiewicz, pakując plecak ewakuacyjny Premierowi, gdy ten wybierał się do Brukseli, zdołał oskarżyć służby o zamach stanu i współpracę z Kremlem. To już nie animozja tylko fobia. Ale to jeszcze nie wszystko. Dowodem pogardy dla instytucji i ludzi jest wyprodukowany ostatnio za publiczne środki serialowy koszmarek "Wojna zastępcza". Podobnie jak o treści banerów na gmachu MON o emisji tego żałosnego gniota w TVP zdecydowali politycy.

Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...