Żużlowcy z Krainy Deszczowców
Demoludy w zapasach z Zachodem nie przebierały w środkach: radio Erewań, wojny zastępcze, mury, Che Guevara, warchoły, rakiety na Kubie, RAF w NRD i zamach na Papieża. W PRL, we wszystkich tych działaniach aktywny był Departament I MSW kryptonim "polski wywiad". Zmotywowana elita SB, bo zdobyczy socjalizmu broniła za dewizy i możliwość wyjazdu na zachodnią stronę linii Szczecin – Triest. Do dziś uparcie twierdzą, że to dzięki nim kardynał Wojtyła został Papieżem, Gorbaczow rozpuścił ZSRR, a Bin Laden przeszedł na wcześniejszą emeryturę.
Tych kompulsywnych gawędziarzy weryfikacja właściwie nie dotyczyła. Kilku z nich zdobyło generalskie szlify już po systemowej transformacji. Wyznawcy kultu Światowita skomponowali najpierw Zarząd Wywiadu UOP, a później AW. Na niwie krajowej okazali się sprawnymi intrygantami. Mocny dowód to perypetie niejakiego "Olina", wskrzeszonego przez Zacharskiego & Co. Zachwyt nad odwagą, manierami i tolerancją na alkohol tych nieco bardziej okrzesanych esbeków trwa. Przykładem tej adoracji jest panegiryk TVP "Polscy szpiedzy". W trakcie pogadanki, wybrany as hipnotyzuje prowadząca branżowym dreszczowcem o spotkaniu z agentem na szczycie La Tour Eiffel. Wyszkolony przez "radzieckich" zuch realizuje błyskawiczne odebranie materiału (BOM), z gracją zjeżdża windą i szyfruje meldunek do centrali. Heros, aby się trochę uczłowieczyć, opowiada gospodyni programu o kłopotach z zatrudnieniem resortowej małżonki na stanowisku kasjerki w Ambasadzie PRL. "Pani wie jak było, było ciężko". Inny junak w komiksowym stylu przedstawia czternastą wersję operacji "Samum". Łzy wzruszenia rujnują prowadzącej makijaż. Rzecz jasna ona i on anonimizują reżim, dla którego as służył i właził na tą burżuazyjną wieżę. Wygumkowali między innymi: udział pułkowników w zwalczaniu zagranicznych ośrodków antysocjalistycznej dywersji, plasowanie nielegałów w Stolicy Apostolskiej i infiltrację środowisk polonijnych. Było minęło, bo bójka Bonda na żurawiu budowlanym przy wyczynach tych panów to przygody psa Reksia.
Pomimo ewidentnego falstartu III RP dysponuje dwoma wywiadami. Zadaniem kontrwywiadu jest przeciwdziałać, zadaniem wywiadu działać. Realizując tę misję, szpiedzy nabywają drogą kupna lub kradzieży tajemnice, sprzedają kłamstwa lub prowokują zamachy stanu. W ten sposób służby wywiadowcze tworzą pierwszą linię obrony państwa. Służby kontrwywiadowcze, ostatnią. Wywiad bazuje na potencjale, intuicji i doświadczeniu zespołu ludzkiego, co czyni go bronią stosunkowo tanią. Większość jego operacji kosztuje mniej niż stabilizowana lufa do Abramsa, a gdy wywiad odniesie sukces to być może nie będzie potrzeby dokręcać do niej całej reszty. Są także szpiedzy wpływu, czyli ci od dezinformacji. Zwodzą naszych adwersarzy, że mamy takich sojuszników i tyle Abramsów z lufami, iż nie warto z nami zaczynać. Wywiad działa w pełnej konspiracji. Robi wszystko, aby wywołać wrażenie, że właściwie to go nie ma. Bywa jednak odwrotnie, bo dobry wywiad to kwestia prestiżu i wizerunku państwa. Najlepszym przykładem tej dwulicowości jest Mossad. Agenta tej służby właściwie nikt nigdy nie widział. Pomimo tego jest to brand rozpoznawalny na całym świecie.
Szpieg budzi skrajne emocje. Dla jednych to oszust, oportunista i pozbawiony empatii kameleon. W opinii innych to patriota, człowiek opanowany, inteligentny, błyskotliwy i odważny. Szpiedzy sami o sobie mówią, że są zorganizowaną przez państwo grupą przestępczą, która działa jednak z wyższych pobudek. Ta grupa musi przechytrzyć kontrwywiad. Ich rywalizacja to sedno wojny hybrydowej. Oczywiście to wywiad ją zaczął, bo taką ma naturę.
Technikum Leśne
W gminie Szczytno leży wieś Stare Kiejkuty. Tu, obok kilku legendowanych obejść mieści się zasadnicza szkoła zawodowa – OSAW. Miejsce, które wybrał podobno sam Edward Gierek, jest odludne i nieco posępne. Każdy samochód, wyjeżdżający ze Szczytna tzw. route 58 jest w jakiś sposób związany z "Technikum Leśnym", jak nazywają ośrodek miejscowi. Kiedyś wzorem akademii FBI w Quantico, na terenie szkoły znajdował się poligon, składający się naturalnych rozmiarów makiet obiektów infrastruktury miejskiej. Słuchacze poznawali tam tajniki prowadzenia obserwacji towarzyszącej, obsługi mikrofonów kierunkowych czy lokalizowania "martwych skrzynek". Obecnie do tego celu wykorzystuje się technologię 3D VR, w której odwzorowano między innymi dworce kolejowe, parki, terminale lotnicze i obiekty muzealne. Wśród nich jest między innymi moskiewska stacja metra "Konsomolskaya"oraz lobby berlińskiego hotelu Adlon. Aby utrudnić osobom niepożądanym przedostanie się na teren szkoły, kilka lat temu powstało tam sztuczne jezioro. Służy ono także do nauki metod eksfiltracji agentów przez zbiorniki wodne.
Z czasem słuchacze nadali OSAW imię inspektora Jacquesa Clouseau, maestro francuskiego Sûreté. Jego udawana nieporadność i naturalna przenikliwość była inspiracją dla wielu pokoleń oficerów polskiego wywiadu. W programie nauczania kursów stacjonarnych są między innymi: detekcja urządzeń podsłuchowych, obsługa siatki agenturalnej, prowadzenie łączności radiowej, czy konstrukcja ładunków wybuchowych (IED). Oprócz przedmiotów obowiązkowych, które kończą się egzaminem, słuchacze muszą wybrać co najmniej trzy dodatkowe na zaliczenie. Te opcjonalne to: szyfrowanie "na rękę", podstawy charakteryzacji, reżimy kontrwywiadowcze wybranych państw i prawne aspekty wymiany szpiegów. Zajęcia sportowe to głównie podstawy gry w golfa i tenis ziemny.
Rekrutacja do szkoły to złożony proces. Headhunters AW łowią wszędzie. Szukają wyjątkowo sprawnych fizycznie, ponadprzeciętnie inteligentnych i świetnie wykształconych młodych ludzi o nieposzlakowanej opinii i doskonałych referencjach. Po trójetapowym procesie kwalifikacji, kandydat przechodzi kilka badań na wariografie, który przynajmniej raz musi skutecznie oszukać. Później morderczy test sprawnościowy składający się z wieloboju lekkoatletycznego i toru przeszkód typu runmagedon. Najbardziej wymagające są jednak testy psychologiczne, weryfikujące podatność na korupcję, predyspozycje aktorskie oraz umiejętności manipulacyjne. Spośród około 300 rekrutów przez filtr kwalifikacji przechodzi nie więcej niż 15 osób, które trafią na 10 miesięcy do ośrodka w Starych Kiejkutach. Jeszcze przed inauguracją szkolenia, słuchacze muszą przygotować i wkuć co najmniej trzy alternatywne, własne życiorysy. Część zajęć prowadzona jest w językach obcych z uwzględnieniem środowiskowych slangów i żargonów oraz lokalnych dialektów. Jest również musztra, bo AW to zgodnie z ustawą służba mundurowa.
W trakcie pobytu w ośrodku, słuchacze poddawani są stałej presji psychicznej w postaci symulowanych zatrzymań, pobytów izolowanych, agresywnych przesłuchań i konwojowania w kajdankach zespolonych. Zdarza się, że kursanci muszą sami realizować tego typu czynności w stosunku do pozostałych studentów, co ma obniżyć ich poziom empatii. Szkolenie kończy się serią egzaminów, które z pozytywnym wynikiem zdaje połowa uczestników. Szczęśliwcy otrzymują szlify oficerskie i przydział do jednostki w centrali, zbieżny z ich cechami osobowymi i zdobytymi w trakcie szkolenia umiejętnościami.
Kadra wykładowców, trenerów i instruktorów to oficerowie AW, którzy wrócili do kraju w rezultacie wymiany szpiegów. Większość z nich ma za sobą udział w skomplikowanych i ryzykownych przedsięwzięciach polskiego wywiadu, które niestety zakończyły się porażką czyli dekonspiracją i wpadką. Cały teren OSAW objęty jest ścisłą ochroną. Przez 24/7 rejestrowane są przeloty satelitów zwiadowczych, a ich pojawienie się nad ośrodkiem wymusza konieczność przerwania zajęć w terenie. Wszystkie osoby, znajdujące się na obszarze szkoły, z oczywistych względów noszą mundury Służby Leśnej. Na terenie jest jeszcze jeden nieoczywisty obiekt. To słup totemowy Światowita, pod którym odbywa się ceremonia rytualnego pasowania w poczet członków cechu szpiegów. Ten dziwny obrzęd zapoczątkowano jeszcze w czasach PRL. Okultyzm na użytek hybrydowej walki klas.
Z nielicznych relacji absolwentów wynika, że szkolenie jest ekstremalnie wymagające. Nabyte tam kwalifikacje to oczywiście elementarz szpiegowskiego rzemiosła. Najtrudniejsza faza nauki to pierwsze wyjazdy na misje, które dają możliwość konfrontacji własnych kompetencji z praktyką lokalnego kontrwywiadu. W AW mówi się, że prawdziwa matura to pierwsze zatrzymanie i próba przewerbowania. I nawet jeżeli zgodzisz się na współpracę z przeciwnikiem nie znaczy, że oblałeś szpiegowski egzamin dojrzałości. Podwójny agent ma dla wywiadu większą wartość niż pojedynczy.
Życie na gorąco
Misją AW jest zdobywanie informacji, istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa i interesów państwa. Metoda ich pozyskiwania zależy głównie od tzw. reżimu kontrwywiadowczego, czyli jak przeciwnik je chroni. Modus klasyczny to kadrowy oficer, podszywający się np. pod II sekretarza ds. dyplomacji publicznej Ambasady RP w Buenos Aires. Pani kapitan szuka w tut. MSZ "źródełka", które zdradzi stanowisko rządu Argentyny ws. polskiej rezolucji w RB ONZ. Gdzieś w Afryce, pan major legendując się jako wolontariusz międzynarodowej organizacji humanitarnej zbiera dane o planach chińskich inwestycji w zachodniej części Czarnego Kontynentu. To "nielegał" (w nomenklaturze policyjnej – "przykrywkowiec") bo nie działa z pozycji placówki dyplomatycznej. Oboje to oficerowie kadrowi, bo są na etatach centralnego organu administracji rządowej jakim jest AW. Operacje wywiadowcze, realizowane pod niekonwencjonalnym przykryciem są zawsze trudniejsze, niż te pod osłoną dyplomacji. Po pierwsze należy mieć wiarygodną i spójną legendę. Po drugie, w przypadku wpadki należy się liczyć z możliwością skazania, bo wolontariusza nie chroni dyplomatyczny immunitet. Oczywiście sposobów legendowania oficera jest wiele: małżeństwo z obcokrajowcem, szkoła yogi, wykopaliska archeologiczne, czy życie w społeczności Mormonów. Zdarza się, że szpieg ulokowany w danym kraju nie poluje na tajemnice miejscowego rządu. Wysłano go, bo jest tam np. zagłębie terroryzmu, centrum badań jądrowych lub siedziba ponadnarodowego oligopolu z branży AI.
To, co czyni szpiega szczególnie niebezpiecznym to jego nieetatowy sojusznik, czyli agent. Wywiad pozyskuje go do współpracy, aby zmniejszyć ryzyko wpadki kadrowego oficera, utrudnić pracę miejscowego kontrwywiadu i zwiększyć możliwości dotarcia do interesujących informacji. Agent, w odróżnieniu od szpiega, de jure jest zdrajcą. Trzeba go zwerbować czyli przekonać, że kolaboracja to nie koniec świata. Szpieg typuje kandydata i razem z centralą dobiera odpowiednie środki perswazji, które skłonią go do przejścia na lepszą stronę mocy. Najskuteczniej oddziałują środki płatnicze w formie gotówkowej, bo przelew czy blik mogą zwrócić uwagę lokalnej skarbówki. Inne to namolne prośby, brutalne groźby lub pospolity szantaż.
Agenta należy wyszkolić, czyli wmówić mu, że gdy będzie stosował się do zasad, nic złego mu się nie stanie. Szkolenie obejmuje takie kwestie jak: posługiwanie się sprzętem szpiegowskim, łączność, maskowanie zdrady przed kolegami z pracy oraz w jaki sposób przepuszczać dodatkowe przychody. Na koniec agentowi należy postawić zadania, czyli uświadomić, co właściwie ma dla nas robić i za ile.
Kilku agentów tworzy siatkę agenturalną. Jej demaskacja to stały przedmiot zabawy w kotka (kontrwywiad) i myszkę (wywiad). To gra pozorów, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach kotek zobaczy myszkę i na odwrót. Gra się gmatwa, gdy kontrwywiad perfidnie podsunie szpiegowi oferenta czyli agenta, który tylko go udaje. Najwyższy poziom komplikacji rozgrywka osiąga w momencie, gdy chciwy agent chce zwiększyć swoje dochody i gra na dwie strony. Podobno tych jest więcej niż uczciwych zdrajców.
Oczywiście przeciętny szpieg w całej zawodowej karierze nigdy nikogo nie udusi Rolexem. Chlebem powszednim tej pracy są raporty, rozliczenia funduszu, small talks na rautach i lakowanie poczty dyplomatycznej. W przypadku innego niż placówkowe przykrycie, trzeba stale dbać o wiarygodną legendę, w czym teraz pomaga internet. Nie raz się jednak zdarzyło, że w pozarządowej " Médecins Sans Frontières" medyków było jak na lekarstwo.
Aby zapewnić szpiegowi i jego siatce komfort i bezpieczeństwo pracy, niemalże każdy aspekt aktywności musi być legendowany. Bywa, że jedna legenda służy do legendowania innej. W ten sposób wywiad myli tropy oraz demoluje założenia i przyzwyczajenia kontrwywiadu. Maskowanie wymaga wyobraźni, wiedzy i pieniędzy. "Q" na Miłobędzkiej to prawdziwa "złota rączka". Podrobi każdego Patka i wyposaży go w funkcję zabijania.
Życie na gorąco może mieć nieprzyjemny finał. Ostatnia rzecz, jaką szpieg chce zobaczyć to oficer kontrwywiadu, który cierpliwie czeka na jego błąd, a często sam go prowokuje. Z drugiej strony, aresztowanie szpiega czyni go z miejsca bohaterem o romantycznym rysie. Rytualna wymiana na którymś z mostów gwarantuje mu trwałe miejsce w historii wojen hybrydowych oraz pracę na stanowisku pedagoga w Starych Kiejkutach.
Emaj siks
AW boryka się nie tylko z kontrwywiadem, ale także z krajową administracją. Ta zwykle żałuje pieniędzy. Na Miłobędzkiej skarżą się na brak uwagi ze strony rządzących, bo ci z oczywistych względów wolą ABW. Państwo ma hard power czyli armię. Dyplomacja, wpływy i kultura to soft power. Wywiad to smart power. Jest pierwszą linią obrony, a w polskiej tradycji to ostatnia reduta ma rycerskie konotacje. Stąd wieczne problemy z zadaniowaniem i w konsekwencji z rozliczaniem wywiadu. Szkoda, bo nawet, gdy nie ma on możliwości pozyskiwania najcenniejszych informacji, to zawsze ma sposobność wprowadzania przeciwnika w błąd. Wojny kognitywne czyli pranie mózgów wygrywa się kłamstwem i manipulacją. Niestety większość polityków ma skłonność do upraszczania, co w przypadku wywiadu kończy się pytaniem: "Macie generale kreta na Kremlu?"."Próbujemy", odpowiada szef AW i na najbliższe pół roku kontakty są zamrożone.
Dosłowna i przenośna nieuchwytność wywiadu powoduje jego marginalizację w kontekście systemu bezpieczeństwa państwa. W rezultacie globalizacji zatarły się granice między bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym. Instytucjonalna odrębność AW utrudnia synchronizację jej działań z aktywnością służb krajowych. Innym problemem w prawidłowej percepcji roli i powinności wywiadu jest fakt, że mamy i cywilny i wojskowy. Jak we współczesnym świecie skutecznie wyseparować te dwa obszary? Problemy się mnożą przez dwa, gdy dodamy, że AW to domena Koordynatora Siemoniaka, a SWW Premiera Kosiniaka. Dwie służby wywiadowcze to spadek po nieudanej i wyboistej racjonalizacji systemu PRL. Sztafeta z przeszkodami trwa. Jednym z przykładów są wędrówki funkcjonariuszy służb cywilnych do służb wojskowych i na odwrót. Tak, jak bywało w przeszłości jest to emigracja zarobkowa.
Ceny akcji obu wywiadów spadły po tym, jak Stany Zjednoczone w czasie 2 godzin i 35 minut wycofały się z Afganistanu. Były tam wszystkie nasze służby specjalne, bo tak chciał sojusznik. Tajne służby w warunkach wojny zastępczej wytwarzały silne pole magnetyczne, przyciągające uwagę polityków. Zostali weterani i kombatanci, a tych politycznie można wykorzystać jedynie w trakcie rocznicowych akademii.
Odrębność AW daje jej konkurencyjną przewagę w czasach politycznych przełomów. Wyjątkowo rzadko nowa administracja przeprowadza czystki kadrowe na Miłobędzkiej. Oficera kontrwywiadu, pełniącego służbę w delegaturze ABW w Poznaniu ściga się łatwiej niż oficera wywiadu pełniącego służbę w Islamabadzie. Obaj służyli "za poprzedniej opcji", ale ten pierwszy służył bardziej. Ten drugi miał lepszą legendę. Wiadomo, absolwent Starych Kiejkut. Wywiad ma też inny przywilej. Samozwańczy eksperci od służb klasy Grzegorza Rzeczkowskiego czy Jana "Tego" Świńskiego na razie bajdurzą tylko o swoich kontrywiadowczych osiągnięciach. Ale kto wie. Przecież trzynasty odcinek przygód "007" nosił tytuł "Ośmiorniczka", a ten głowonóg w ich "twórczości" pewną rolę już odegrał.
Gdy zagranicą Polak stanie się ofiarą porwania, to na ratunek obok prokuratury spieszy mu wywiad. To arcytrudne sprawy nie tylko dlatego, że często mają wymiar medialny. Koordynator nie wychodzi wtedy z telewizji, bo to rzadki przypadek, kiedy może sobie poprawić wizerunek z wywiadem w tle. Niestety zapomina przy tym, że porywacze też mają telewizję.
Być może, żeby uświadomić politykom, że Polska ma wywiad, należałoby go połączyć z kontrwywiadem, co na świecie już się dzieje (ostatnio w Austrii). Tak mniej więcej było w zlikwidowanym w 2002 roku UOP. Zanim powstały dwie, zupełnie odrębne instytucje, globalne zagrożenia rozpoznawano wspólnie i w porozumieniu, z zachowaniem odmienności środków i metod pracy kontrwywiadu i wywiadu. Za współdziałanie obu jednostek odpowiadał Szef UOP. Obecnie jest to już rządowy Koordynator. Wiadomo komu to przeszkadzało.
Pewne znaczenie w postrzeganiu roli AW odgrywa jej przeszłość. Jasik z kolegami aksamitnie przeszli weryfikację w 1990 roku i jak trzeba będzie, to tak samo przejdą kolejną. Splednoru nie przynosi także obiegowa nazwa AW czyli "żużel". Siermiężny gmach centrali AW powstał w latach 80-tych z przeznaczeniem na hotel dla pielęgniarek szpitala MSW. Obok był stadion milicyjnego klubu Gwardia Warszawa, gdzie rozgrywano zawody "czarnego sportu", ulubionej rozrywki Czesława Kiszczaka. Zawodów dawno nie ma. Żużlowcy zostali. Ale wywiad coś wspólnego z tym sportem ma, bo czasami musi jechać bez hamulców.
Rewoler i melonik
Świat się zmienił i zmienia się dalej. Wywiad razem z nim. Pomimo cyfryzacji i usieciowienia najlepszym źródłem informacji pozostaje ułomny człowiek. Dla wywiadu priorytet to dotarcie do odpowiednich ludzi, funkcjonujących w odpowiednim miejscu. Gdy Alan Turing wziął się za łamanie Enigmy, szybko doszedł do wniosku, że aby pokonać maszynę potrzebna jest inna maszyna. Jednak, aby ją zdobyć, niezbędny był człowiek. A na człowieka ciągle lepszy jest inny człowiek, nie maszyna.
Oficer wywiadu, posiadający dar przekonywania i uwodzenia jest nadal niezastąpiony. Na każdego, nawet najbardziej pryncypialnego lub krnąbrnego jest metoda. Ilustruje to brawurowy werbunek Rocha Kowalskiego przez Onufrego Zagłobę, który najpierw wytypował cel, poznał jego słabe strony, ujął pochlebstwem i z niewielką pomocą węgrzyna i gorzałki przejął inicjatywę. W tej materii naprawdę niewiele się zmieniło.
Napaść Rosji na Ukrainę pokazała, że współczesny konflikt zbrojny, inaczej niż przewidywano, to nie tylko zmagania wyrafinowanej technologii. Okazało się, że prosty i tani dron jest w stanie zmienić oblicze wojny. Podobnie w przypadku wywiadowczego rzemiosła. Dobrze uplasowany agent jest cenniejszy niż brygada czołgów, niewidzialne bombowce czy szkodliwe wirusy. Nietrudno wyobrazić sobie, o ile prostsze byłoby życie z Putinem, gdyby w jego okolicach krążyła agentka polskiego wywiadu albo dwie. Bin Ladena nie wytropiły satelity, cyborgi czy Echelon, tylko dziewczyna z CIA, która nawet w trakcie lunchu w zakładowej stołówce w Langley kombinowała jak namierzyć lidra Al Qaidy.
Wywiad jest trochę staroświecki i zachowawczy. Ale szpieg plus agent, działający na tyłach wroga to duet niebezpieczny. Potrafią się ukryć, bo zawsze działali w technologii stealth. Niewidzialny przeciwnik to prawdziwy thriller. Takim był gen. Ryszard Kukliński. Był sam, miał minoxa, kawałek białej kredy i toporny system łączności. Znokautował Układ Warszawski. Rzecz jasna historia "Jacka Stronga" nie mogła znaleźć się w programie publicznej telewizji "Polscy szpiedzy". Jeszcze raz zaliczyli go do grona zdrajców ludowej Ojczyzny. Okazało się, że Gromosław Czempiński miał lepszą legendę na PRL.
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.