Młoda matka w ciąży stanęła przed sądem. Każdy z nas może paść ofiarą cenzury
Eurokraci wrzucili do jednego worka treści propagujące terroryzm i przemoc wobec dzieci oraz pojęcia takie jak „dezinformacja” czy „mowa nienawiści”. A te od lat służą radykałom do jednego – do uciszania niewygodnych głosów i wypychania ich z debaty publicznej. 10 lipca upływa termin kluczowych dla wolności internetu w UE konsultacji
„Polityka migracyjna UE prowadzi do wzrostu przestępczości”. Powyższe zdanie jest dla wielu ludzi stwierdzeniem oczywistego faktu, a co najmniej tezą godną pogłębionej dyskusji i analizy. A jednak już niedługo za takie właśnie zdanie każdy z nas może paść ofiarą internetowej cenzury! Zostało zaledwie półtora tygodnia. 10 lipca zakończą się konsultacje wytycznych dotyczących praktycznego stosowania unijnego Aktu o Usługach Cyfrowych (DSA). Media milczą, a to właśnie ten dokument może przesądzić o przyszłości wolności słowa w Polsce!
Akt o usługach cyfrowych sprzedaje się nam jako narzędzie porządkowania internetu – walkę z bezprawnymi treściami, ukrócenie samowoli wielkich platform, ochronę zwykłego użytkownika. Rzeczywistość jest inna. Eurokraci wrzucili do jednego worka treści propagujące terroryzm i przemoc wobec dzieci oraz pojęcia takie jak „dezinformacja” czy „mowa nienawiści”. A te od lat służą radykałom do jednego – do uciszania niewygodnych głosów i wypychania ich z debaty publicznej.
Jak ma wyglądać unijna cenzura internetu?
Zgodnie z art. 34 DSA, monitoringowi i cenzurze mają podlegać treści, które „mogą wywoływać jakikolwiek negatywny wpływ na debatę publiczną, proces wyborczy i bezpieczeństwo publiczne”, jak również mieć „jakikolwiek negatywny wpływ na przemoc motywowaną genderowo, ochronę zdrowia publicznego” a nawet na czyjś „fizyczny lub umysłowy dobrostan”.
Efekt? Pod pozorem ochrony użytkowników buduje się machinę cenzury prewencyjnej. Przesłanki są tak ogólne, że mogą służyć do zablokowania wielu postulatów i opinii. To cenzorzy mają decydować, czym jest „negatywny wpływ na debatę publiczną” i czym będzie wypowiedź godząca w „ochronę zdrowia publicznego” albo „wpływająca na genderową przemoc”. Krytyka masowej migracji, ujawnianie narodowości sprawców przestępstw, sprzeciw wobec postulatów aktywistów LGBT, dyskusja o polityce sanitarnej w czasie pandemii – to wszystko może podlegać cenzurze.
Wielkie platformy jak Facebook, Instagram, X, YouTube staną przed prostym wyborem: cenzurować na zapas albo płacić drakońskie kary — sięgające nawet 6 proc. globalnych przychodów. Mówimy o gigantycznych kwotach, bo groźba kary w przypadku Facebooka czy Instagrama to nawet 6 miliardów dolarów!
Proszę pomyśleć, jak zachowa się platforma postawiona pod taką groźbą. To proste. Będzie usuwać więcej treści. Będzie ograniczać więcej wpisów. Będzie cenzurować szybciej i gorliwiej. Unijni eksperci już sugerują, że treść wpisu powinna być eliminowana w chwili wprowadzania jej w okienko portalu przez użytkownika – zanim ten naciśnie przycisk „publikuj”!
Chodzi o to, by usunąć każdy wpis, który mógłby ściągnąć uwagę unijnych cenzorów. Bo bezpieczniej jest skasować niepoprawny politycznie komentarz niż ryzykować karę liczoną w miliardach.
Cenzura ma pozostać niedostrzegalna
A teraz najgorsze: ta cenzura może działać w ciszy — bez naszej wiedzy. Unijne dokumenty wykonawcze wprost dopuszczają cały arsenał narzędzi: obniżenie zasięgu, demonetyzację, ostrzeżenie przy treści, ukrycie komentarza, zawieszenie możliwości udostępniania, ograniczenie widoczności profilu, zdjęcie z rekomendacji, oznaczenie wpisu jako „wątpliwego”. Głos sprzeciwu wobec lewicy formalnie nie zniknie. Po prostu przestanie do kogokolwiek docierać.
Opracowywane przez Komisję Europejską wytyczne, które wyglądają jak techniczny załącznik, niebawem staną się praktyką stosowaną wobec milionów polskich użytkowników — i to niezależnie od tego, na jakim etapie jest krajowe wdrożenie DSA.
Prawnicy Ordo Iuris stają w obronie wolności słowa
Zostało tylko 10 dni. Dlatego nasi eksperci już pracują. Dokument poddawany konsultacjom do 10 lipca zadecyduje o tym, jak będą wyznaczane „zaufane podmioty sygnalizacyjne”. Wiele wskazuje na to, że unijnymi cenzorami zostaną zaangażowani politycznie i finansowani przez UE lub sieć Sorosa „dziennikarze śledczy” oraz podmioty wskazane np. przez niemieckie agencje prasowe. To ich osąd zadecyduje, jakie treści będą uznawane za zagrożenie dla „debaty publicznej”, „zdrowia publicznego”, „genderowej przemocy” lub „dobrostanu psychicznego” migrantów i aktywistów LGBT.
Nasze raporty na temat DSA dotarły do krajowych polityków, do sojuszników z innych państw UE, a nawet do ośrodków analitycznych w Waszyngtonie i amerykańskiego Departamentu Stanu. Cenzura ma być przecież wymuszana na amerykańskich korporacjach. Mój artykuł na ten temat ukazał się we wpływowym portalu „Brussels Signal”.
Przygotowujemy końcową analizę, którą przekażemy Komisji Europejskiej w ramach trwających konsultacji. Wskażemy w niej każde zagrożenie dla wolności wypowiedzi ukryte w planach eurokratów i udowodnimy, że wypowiedzi konserwatywne, religijne, dotyczące suwerenności, rodziny i ochrony życia mają dokładnie takie samo prawo do obecności w przestrzeni publicznej jak wypowiedzi lewicowe.
Jeżeli przegramy, kampania wyborcza do polskiego parlamentu w roku 2027 będzie wybrzmiewać jedynie lewicowymi hasłami, bo wszystkie inne wyeliminuje cenzura. Zapewniam, że do samego końca będziemy patrzeć eurokratom na ręce i podejmiemy każde działanie, by obronić wolność słowa w Polsce! Każdy, kto wesprze nasze systemowe i szerokie działania, będzie bronił własnej wolności i wolności politycznej w naszej Ojczyźnie.
Represje za sprzeciw wobec masowej migracji
Rząd Donalda Tuska już dzisiaj daje nam szereg okazji do obrony wolności słowa. W tym tygodniu mec. Magdalena Majkowska stanęła przed sądem jako obrońca pani Oliwii – młodej matki rocznego chłopca (spodziewającej się drugiego dziecka), która została oskarżona o publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic rasowych, narodowościowych i wyznaniowych. Grozi jej kara nawet 3 lat więzienia.
Przyczyną tych bezpodstawnych oskarżeń było jej szczere i emocjonalne przemówienie podczas legalnej manifestacji antyimigracyjnej w Zamościu. Pani Oliwia sprzeciwiła się sprowadzaniu do naszej Ojczyzny imigrantów z wrogich Europie kultur. Przywołała brutalne morderstwo 24-latki, którego miesiąc wcześniej w Toruniu dopuścił się imigrant z Wenezueli. Mówiła też przejmująco o tym, że boi się o bezpieczeństwo swoje i swojego dziecka.
Wystąpienie młodej matki było pełne emocji, ale nie wzywało przecież do agresji! Kobieta domagała się tylko odpowiedzialnej polityki migracyjnej i wyrażała szczere obawy, które podzielają setki tysięcy polskich matek. Pomimo tego politycznie podporządkowana rządowi prokuratura postanowiła urządzić pokazowy proces i skazać Panią Oliwię za „mowę nienawiści”. W efekcie młoda kobieta w 5. miesiącu ciąży musiała we wtorek stanąć przed sądem, gdzie zeznawała w ogromnym stresie i ze łzami w oczach.
Mec. Majkowska przypomniała jak ważne są gwarancje wolności słowa i kategorycznie zażądała uniewinnienia. Odpowiedzialność karna za wypowiedzi publiczne powinna mieć charakter wyjątkowy i ograniczony do rażących przypadków nawoływania do konkretnej agresji. Prokuratura domaga się dla ciężarnej matki 10 miesięcy ograniczenia wolności. Wyrok w tej sprawie może zapaść już za 2 tygodnie – na 3 miesiące przed terminem porodu pani Oliwii…
Będę informował o dalszym przebiegu tej sprawy i zapewniam, że Pani Oliwia będzie mogła do samego końca liczyć na pomoc prawników Instytutu Ordo Iuris. Musimy wygrać wolność słowa, by zachować naszą wolność polityczną.