"Byłem wstrząśnięty". Znany dziennikarz przed laty był na niesławnym SOR

Dodano:
Warszawski Szpital Południowy Źródło: PAP / Marcin Obara
Witold Jurasz wspomina, że w 2022 roku wraz ze swoją mamą był na SOR Warszawskiego Szpitala Południowego. "To, co wówczas usłyszałem, do dzisiaj budzi w mnie przerażenie, oburzenie, ale też strach" – opisuje dziennikarz.

Na łamach portalu Onet.pl Witold Jurasz wspomina wizytę na SOR Warszawskiego Szpitala Południowego, do której doszło 30 listopada 2022 roku.

Dziennikarz był ze swoją matką na SOR Warszawskiego Szpitala Południowego

Dziennikarz zawiózł tam swoją wówczas 84-letnią mamę na zdjęcie szwów po operacji endoprotezy kolana.

"Do szpitala trafiliśmy około 9:30. Dwie godziny później lekarze stwierdzili, że nie mogą wykluczyć zakrzepicy i skierowali mamę na szpitalny oddział ratunkowy (SOR) w tym samym szpitalu. Dotarliśmy tam około godz. 12" – czytamy.

Dziennikarz wspomina, że przez 10 godzin czekał z matką na przyjęcie przez lekarza.

"Gdy już dostaliśmy się do niego, mamie zlecono jedno badanie, po którym znów czekaliśmy kilka godzin na przyjęcie przez lekarza. Łącznie w Szpitalu Południowym spędziłem tego dnia z mamą 16 godzin, z czego na szpitalnym oddziale ratunkowym – blisko 14" – dodaje.

Witold Jurasz relacjonuje, że on i jego matka po drugiej wizycie usłyszeli, że mają przyjechać na ten sam SOR następnego dnia o godz. 11:00.

"Tym razem ze szpitala wyszliśmy nie o godz. 2 w nocy, ale około godz. 22. Słowem: po 14 godzinach na SOR-ze i kilku godzinach snu w domu, kolejnego dnia na SOR-ze spędziliśmy 11 godzin" – przypomina.

Jurasz wszedł do gabinetu lekarza dyżurnego

Dziennikarz dodaje, że jego mama chwilami traciła świadomość, a na SOR nie było niczego innego poza krzesłami.

Witold Jurasz zaczął się realnie obawiać, czy jego matka przeżyje. Podjął więc decyzję, aby wejść do gabinetu lekarza dyżurnego i zapytać go, dlaczego coś takiego jest w ogóle możliwe.

"Byłem uprzejmy wobec lekarza, ale chyba nie dlatego, że tak zostałem wychowany, ale dlatego, że widząc wściekłość wielu innych pacjentów, uznałem, że być może uprzejmością zdołam jakoś pomóc mojej mamie i spowodować, żeby ktoś w ogóle się nią zajął" – opisuje.

Podkreśla, że lekarz rozpoznał go jako dziennikarza, jednak Witold Jurasz zaznaczył, że pyta go jako syn starszej i "ledwie żywej" kobiety.

"Młody, bardzo miły lekarz powiedział mi, że w chwili, w której rozmawiamy, ma pod opieką dwóch pacjentów z zawałami i jedną pacjentkę z podejrzeniem udaru i jakkolwiek zdaje sobie sprawę, że moja mama może nie przeżyć wizyty na SOR, to jeśli zajmie się moją mamą, a nie wspomnianymi pacjentami, oni nie przeżyją na pewno" – czytamy.

Dziennikarz był wstrząśnięty tym, co usłyszał

Dziennikarz zapytał więc lekarza, dlaczego tylko on pracuje na SOR i czy w szpitalu nie ma innych lekarzy, którzy mogliby mu pomóc.

"Lekarz odpowiedział, że w szpitalu, owszem, na wielu oddziałach są inni lekarze. Co więcej, mają oni w umowach wpisany obowiązek »schodzenia z oddziałów na SOR«, ale tego nie robią, »bo im się nie chce«, a jako że są od niego ważniejsi, to nie jest w stanie ich do tego zmusić" – napisał.

Witold Jurasz podkreśla, że był wstrząśnięty tym, co usłyszał.

Postanowił, już przedstawiając się jako dziennikarz, zapytać pielęgniarek, czy to co usłyszał od lekarza to prawda. Pielęgniarki potwierdziły.

"Kolejnego dnia, gdy wróciliśmy z mamą do szpitala, na SOR-ze również był tylko jeden lekarz. Zadałem mu pytanie, czy to prawda, że ważniejsi lekarze powinni mu pomagać, ale tego nie robią. Usłyszałem jednoznaczne potwierdzenie" – napisał.

Jurasz spotkał się z atakiem. Żałuje, że nie opisał historii wcześniej

Dziennikarz przekazał, że opisał historię na swoim Facebooku, jednak – jak podkreśla – spotkał się „z bardzo brutalnym, wręcz furiackim atakiem utytułowanych i ustosunkowanych lekarzy, którzy w komentarzach pisali, że kłamię i nie mam pojęcia, o czym piszę”. Nie brakowało też wyzwisk pod adresem dziennikarza.

Witold Jurasz zaznacza, że chciał opisać już wszystko w listopadzie 2022 roku na portalu Onet.pl, jednak uznał, że "mogłoby to zostać odebrane jako załatwianie prywatnych spraw na łamach ogólnopolskiego portalu" i dlatego tego nie zrobił.

Dodaje jednak, że z perspektywy czasu uważa, że popełnił błąd.

"Poziom organizacyjnej niekompetencji, ale też moralnej zgnilizny, który zobaczyłem w Szpitalu Południowym, był taki, że to, co dziś publikuję, powinienem był opisać już cztery lata temu" – podkreślił.

Zaznaczył, że spotkał też w szpitalu wielu wspaniałych lekarzy.

"Widziałem też jednak moralnych degeneratów i bezsilność ludzi przyzwoitych" – zakończył.


Źródło: DoRzeczy.pl / Onet.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...