Homoadopcja coraz bliżej? "Palec podano w listopadzie. Po rękę sięgnięto już wiosną"
Lidia Lemaniak, DoRzeczy.pl: Instytut Ordo Iuris od lat ostrzegał, że uznawanie zagranicznych związków jednopłciowych może prowadzić do uznawania homoadopcji i surogacji. Czy dzisiejsze działania rządu i instytucji unijnych potwierdzają te przewidywania?
Rafał Dorosiński, adwokat, członek Zarządu Instytutu Ordo Iuris: Potwierdzają je co do joty – zaskakuje jedynie tempo. Gdy przestrzegaliśmy, że uznanie zagranicznych sformalizowanych związków jednopłciowych otworzy drogę do uznawania homoadopcji i skutków surogacji, słyszeliśmy, że to "straszenie". Dziś owo "straszenie" ma już daty i sygnatury. Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 25 listopada 2025 r. w sprawie C-713/23 nakazał Polsce uznawanie zawartych za granicą związków jednopłciowych. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 20 marca 2026 r. – wbrew własnej uchwale siedmiu sędziów z 2019 r. – zobowiązał kierownika urzędu stanu cywilnego do transkrypcji takiego aktu. Minister Cyfryzacji rozporządzeniem z 22 maja 2026 r. zmienił wzory aktów małżeństwa, a Ministerstwo Rodziny w czerwcu przedstawiło projekt rozporządzenia "dokumentowego", którego § 9 w praktyce zrównuje zagraniczne związki jednopłciowe z małżeństwami przy zasiłku opiekuńczym. Równolegle w Brukseli wznowiono prace nad rozporządzeniem o uznawaniu rodzicielstwa, a wiceminister sprawiedliwości Dariusz Mazur potwierdził w Sejmie, że obejmuje ono "również dzieci pochodzące ze związków jednopłciowych czy z surogacji". Mechanizm opisali już zresztą sami aktywiści ruchu LGBT m.in. w słynnym tekście "The Overhauling of Straight America" z 1987 r.: "doprowadźmy do tego, aby dali nam palec; przyjdzie czas, a weźmiemy całą rękę". Palec podano w listopadzie. Po rękę sięgnięto już wiosną.
Co konkretnie zakłada procedowane obecnie rozporządzenie UE dotyczące uznawania rodzicielstwa i dlaczego budzi ono Państwa sprzeciw?
Projekt przedstawiony przez Komisję Europejską jeszcze w grudniu 2022 r. dotyczy uznawania dokumentów urzędowych i wyroków sądowych dotyczących pochodzenia dziecka, a także ustanawia tzw. europejskie poświadczenie rodzicielstwa. Jego istota sprowadza się do jednej zasady: rodzicielstwo ustalone w jednym państwie członkowskim ma być automatycznie uznawane we wszystkich pozostałych – jak głosi oficjalny komunikat Rady UE, "niezależnie od metody poczęcia lub urodzenia i od typu rodziny". Za tą technicznie brzmiącą formułą kryją się dwie konkretne konsekwencje. Po pierwsze, polskie urzędy i sądy będą musiały uznawać "rodzicielstwo" dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet, ustanowione w drodze adopcji w innym państwie UE – niezależnie od tego, że polskie prawo takiej adopcji nie zna. Po drugie, uznawane będą skutki umów surogacyjnych: wystarczy, że para "zamówi" dziecko w państwie dopuszczającym ten proceder, a Polska będzie zobowiązana potraktować nabywców jak rodziców. Rozporządzenie unijne jest przy tym stosowane bezpośrednio – przepisy krajowe nie stanowią żadnej zapory. Nasz sprzeciw ma charakter zasadniczy: Unia nie ma kompetencji do harmonizowania materialnego prawa rodzinnego, a art. 81 ust. 3 Traktatu o funkcjonowaniu UE pozwala jej jedynie – i to jednomyślnie – przyjmować środki dotyczące transgranicznych skutków prawa rodzinnego. Projekt pod pozorem regulacji "technicznej" wymusza na państwach członkowskich zmianę fundamentów ich porządków prawnych – w przypadku Polski wprost sprzecznie z art. 18 Konstytucji.
W swoich analizach od dawna wskazywali Państwo, że projekt ten jest przedstawiany jako rozwiązanie służące dobru dziecka. Jakie faktyczne skutki mogą się jednak za nim kryć?
"Dobro dziecka" pełni w tej narracji rolę tarczy, za którą ukryto zupełnie inne cele. Zauważmy wpierw, że dziecko, którego zagraniczny akt urodzenia nie podlega w Polsce transkrypcji, nie jest pozbawione ochrony. Naczelny Sąd Administracyjny w uchwale siedmiu sędziów z 2 grudnia 2019 r. wprost wskazał, że zagraniczny akt urodzenia – nawet bez transkrypcji – jest wyłącznym dowodem stwierdzonych w nim zdarzeń, a dziecko może się na niego powoływać we wszystkich postępowaniach; kierownik urzędu stanu cywilnego ma zaś obowiązek wystąpić o nadanie numeru PESEL. Żadne dziecko nie zostaje więc "pozbawione praw". Czemu więc tak naprawdę służy rozporządzenie? Trzem celom. Po pierwsze, instytucjonalizacji "rodzicielstwa" osób tej samej płci ponad głowami parlamentów narodowych. Po drugie, normalizacji surogacji, czyli procederu polegającego na tym, że dziecko jest metodą in vitro powoływane do życia po to, by natychmiast po porodzie odebrać je matce i przekazać osobom, które za nie zapłaciły. Kobieta staje się tu wynajętym inkubatorem, a dziecko – towarem wydawanym nabywcom. Rozporządzenie stanie się gwarancją zbywalności "towaru" na europejskim rynku dzieci. Po trzecie, przesunięciu kompetencji: prawo rodzinne, dotąd pilnie strzeżona domena państw członkowskich, przejdzie faktycznie pod kontrolę instytucji unijnych. Prawdziwym beneficjentem nie jest więc dziecko, które w logice tego aktu staje się przedmiotem transakcji podlegającym "uznaniu", jak orzeczenie czy dokument, lecz dorośli i obsługujący ich wielomiliardowy przemysł reprodukcyjny.
Podczas niedawnej konferencji Ordo Iuris głos zabrali eksperci ONZ i osoby dotknięte problemem surogacji. Jakie wnioski z tych wystąpień powinny szczególnie wybrzmieć w polskiej debacie publicznej?
Konferencja "Macierzyństwo w XXI wieku", którą zorganizowaliśmy 3 czerwca wspólnie z Międzynarodowym Centrum Badawczo-Dydaktycznym Katolickiej Nauki Społecznej UKSW, pokazała surogację bez marketingowego lukru. Pani Reem Alsalem, Specjalny Sprawozdawca ONZ ds. przemocy wobec kobiet i dziewcząt, która w ubiegłym roku przedstawiła Zgromadzeniu Ogólnemu ONZ raport wzywający do zniesienia surogacji podkreśliła, że debata wokół surogacji to nie jest spór światopoglądowy między "konserwatystami" a "postępowcami", lecz kwestia elementarnej ochrony kobiet przed wyzyskiem i przemocą. Nieprzypadkowo przeciwko surogacji ramię w ramię występują dziś środowiska konserwatywne i feministyczne. Z kolei wniosek z wystąpienia Bettiny Roska z ADF International był następujący: komercyjna surogacja – a to zdecydowana większość wszystkich przypadków – spełnia znamiona sprzedaży dziecka w rozumieniu prawa ONZ. Nie mówimy więc o "usłudze", lecz o praktyce, którą prawo międzynarodowe każe zwalczać. Warto wspomnieć też o wystąpieniu lekarza, dr Caluma Millera z Uniwersytetu Oksfordzkiego, który przytoczył badania, z których wynika, że więź między matką a dzieckiem, tak brutalnie przerywana w procesie surogacji, kształtuje się od najwcześniejszych tygodni ciąży, a surogatki są trzykrotnie bardziej narażone na choroby poporodowe i pięciokrotnie – na poważne powikłania. Pokazał też, dokąd prowadzi urynkowienie prokreacji: od chińskiego miliardera z ponad setką dzieci po parę z Kalifornii, która "zamówiła" dwadzieścioro sześcioro dzieci. To nie są anegdoty na temat marginesu tylko logika systemu, do którego uznawania chce nas zobowiązać unijne rozporządzenie.
Jakie wnioski płyną z historii Olivii Maurel – osoby urodzonej w wyniku surogacji, która całe życie boryka się z traumą, poszukiwaniem własnej tożsamości i poczuciem odrzucenia, a która dziś sprzeciwia się tej praktyce? Ordo Iuris zaprosiło panią Olivię na konferencję.
Świadectwo Olivii Maurel było chyba najmocniejszym punktem konferencji, bo odwróciło perspektywę całej debaty. Jak sama zauważyła, rozmowa o surogacji zawsze zaczyna się od dorosłych – ich pragnień, cierpień, planów i "praw". Olivia: zacznijmy od dziecka. A z perspektywy dziecka surogacja wygląda tak, jak ujęła to w jednym zdaniu: "Zostałam poczęta po to, by mnie porzucono". Przez dziewięć miesięcy słyszała głos i bicie serca kobiety, od której oddzielono ją natychmiast po porodzie – zgodnie z kontraktem. Opowiadała o poczuciu pustki i odrzucenia towarzyszącym jej od dzieciństwa, o latach ucieczki w alkohol, narkotyki i zachowania autodestrukcyjne, wreszcie o próbie odebrania sobie życia. Prawdę o swoim pochodzeniu potwierdziła ostatecznie dopiero testami DNA w wieku trzydziestu lat. Warto zauważyć, że Olivia precyzyjnie odróżnia surogację od adopcji: adopcja jest odpowiedzią na dramat, który już się wydarzył; surogacja ten dramat planowo wytwarza. Jej głos potwierdza prawdę o tym, że nie istnieje "prawo do dziecka", istnieją natomiast prawa dziecka, a surogacja narusza wiele z nich. Za głoszenie tej prawdy Olivia płaci wysoką cenę: rodzice, którzy ją zamówili i wychowali, zerwali z nią kontakt, a lobby surogacyjne kieruje pod jej adresem groźby. Tym większy podziw budzi jej determinacja – i tym poważniej powinniśmy potraktować jej apel, by Polska nie czekała, aż ten przemysł zapuści u nas korzenie.
Czy Polska ma dziś jeszcze realne możliwości zatrzymania tych zmian na poziomie unijnym? Jaką rolę odegrają w tym rząd, parlament i prezydent?
Ma i to realne, choć wymagające determinacji. Podstawą prawną rozporządzenia jest art. 81 ust. 3 Traktatu o funkcjonowaniu UE, który do przyjęcia aktów prawnych dotyczących prawa rodzinnego o skutkach transgranicznych wymaga jednomyślności w Radzie. Sprzeciw jednego państwa zatrzymuje więc cały projekt – i przez lata to właśnie sprzeciw Polski, obok Węgier, blokował tę inicjatywę. Co więcej, polski ustawodawca przewidział dla tej właśnie kategorii spraw tryb szczególny: zgodnie z art. 15 ustawy z 8 października 2010 r. o współpracy Rady Ministrów z Prezydentem RP oraz Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem w UE, decyzję w sprawie projektu aktu opartego na art. 81 ust. 3 TFUE podejmuje Prezydent Rzeczypospolitej – na wniosek Rady Ministrów i za zgodą wyrażoną uprzednio w ustawie. Rząd nie może zatem samodzielnie "przyklepać" rozporządzenia w Brukseli: potrzebuje ustawy uchwalonej przez parlament i decyzji Prezydenta. Trzeba przy tym powiedzieć, że rząd Donalda Tuska zerwał z dotychczasową linią Polski: tam, gdzie poprzedni rząd projekt blokował, dziś Ministerstwo Sprawiedliwości ocenia go "co do zasady pozytywnie", a na czerwcowym posiedzeniu Rady UE ds. Wymiaru Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych ministrowie wypracowywali "wskazówki co do dalszych prac nad osiągnięciem porozumienia". Dlatego ciężar odpowiedzialności przesuwa się dziś na parlament i Prezydenta.
Jakie działania podejmie teraz Instytut Ordo Iuris, by – jak Państwo podkreślają – bronić praw dzieci i przeciwdziałać normalizacji surogacji?
Działamy równolegle na czterech frontach. Pierwszy to front legislacyjny i ekspercki w kraju: monitorujemy każdy akt prawny, którym rząd próbuje "tylnymi drzwiami" przemycać uznawanie związków jednopłciowych – 26 czerwca złożyliśmy Ministerstwu Rodziny opinię wykazującą niekonstytucyjność § 9 projektu rozporządzenia "dokumentowego" i wzywającą do jego usunięcia. Przygotowaliśmy też projekt nowelizacji czterech ustaw – Prawa o aktach stanu cywilnego, Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, Prawa prywatnego międzynarodowego i ustawy o cudzoziemcach – który zamyka wszystkie drogi, jakimi skutki zagranicznych "małżeństw" jednopłciowych i surogacji mogłyby przenikać do polskiego porządku prawnego, oraz poradnik dla urzędników stanu cywilnego i samorządowców, jak zgodnie z Konstytucją reagować na żądania transkrypcji. Drugi front to Trybunał Konstytucyjny: przedstawiliśmy opinię "przyjaciela sądu" w sprawie transkrypcji zagranicznych aktów stanu cywilnego zawierających dane osób tej samej płci. Trzeci front jest międzynarodowy: nasi eksperci będą reagować na każdy ruch w pracach nad unijnym rozporządzeniem, docierając – jak przez ostatnie lata – do rządów państw członkowskich, eurodeputowanych i Komisji; współpracujemy też z sygnatariuszami Deklaracji z Casablanki oraz z instytucjami ONZ – braliśmy udział w konsultacjach raportu Reem Alsalem, a część naszych rekomendacji znalazła się w jego finalnej wersji. Front czwarty to formowanie opinii publicznej: przygotowujemy polskie wydanie raportu ONZ o surogacji i rozważamy wydanie książki-świadectwa Olivii Maurel, by polscy decydenci usłyszeli głos tych, o których w tej debacie mówi się najmniej – dzieci. Stawką nie jest bowiem spór ideologiczny, lecz to, czy Polska stanie po stronie godności dziecka i kobiety, czy po stronie przemysłu, który uczynił z nich towar.