Dlaczego prawica nie może poprzeć związków partnerskich?
Nie tylko z tego powodu, że przeciwnicy porządku naturalnego mają większość parlamentarną i sprawują władzę, ale także dlatego, że starają się manipulować społeczeństwem. Kiedyś plany wprowadzenia tzw. „małżeństw” homoseksualnych były maskowane postulatami instytucjonalizacji związków partnerskich, które miały być czymś zupełnie innym od małżeństw. Dziś te same rozwiązania przykrywa się nowymi hasłami – ich celem jest oddziaływanie na wrażliwość Polaków, tak by osłabiać ich gotowość do stawania w obronie podstawowej instytucji życia społecznego.
To jednak nie koniec. Wiceminister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, autor rozporządzenia pozwalającego na transkrypcję aktów „małżeństw” jednopłciowych zawartych za granicą – zostało ono właśnie podważone przez Trybunał Konstytucyjny – zapowiedział że nie będzie respektował tego orzeczenia. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy zanim poniosą odpowiedzialność polityczną za swoje czyny mogą poważnie zaszkodzić ładowi publicznemu w naszym kraju.
Weto – bez zaskoczenia
17 lipca 2026 r. prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę „o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu” oraz towarzyszące jej przepisy wprowadzające, nowelizujące kilkaset innych ustaw. W następstwie tej spodziewanej decyzji obóz rządzący starał się wywołać polityczną burzę wprowadzając do debaty dobrze znane i wielokrotnie ograne tony. Premier Donald Tusk mówił o „pogardzie wobec ludzi i ich prawa do szczęścia”, a politycy Lewicy nazwali weto „hańbą”.
Pomimo tych niemal karykaturalnych reakcji sprawa jest ważna i poważna, nawet jeśli przykryła ją w ostatnich dniach polityka bieżąca i takie zdarzenia jak zamieszanie związane z rozłamem w Prawie i Sprawiedliwości, a w części także ciągnący się skandal w Szpitalu Południowym. Choć obie te kwestie budzą dziś wielkie emocje ich znaczenie, mimo że niebagatelne, jest ograniczone. Tymczasem nowe prawodawstwo mające stanowić ramy i legitymizowaną przez państwo konstytucję społeczną, jeśli zostałoby przyjęte, prawdopodobnie przez długie lata psułoby polskie życie.
Odwracanie uwagi
Po prezydenckim wecie warto przypomnieć, że rząd w tej sprawie, reprezentowany głównie przez minister Katarzynę Kotulę, ale także innych przedstawicieli koalicji rządzącej oraz życzliwych jej twórców opinii, konsekwentnie posługiwał się w prowadzonej kampanii propagandowej argumentami mającymi powodować dezorientację opinii publicznej. Jest oczywiste, że ludzie których można utożsamić z grupą najbardziej radykalnych zwolenników obecnej władzy w ogóle nie potrzebują argumentów. Wystarczy im, że jakiś projekt ustawodawczy wychodzi z obozu ich politycznego lidera lub, że może być potraktowany jako antypisowski – obecnie także antyprezydencki. Jednak przekaz dotyczący ustawy o osobie najbliższej był ewidentnie formatowany z myślą o szerokich grupach obywateli tworzących społeczne, umiarkowanie konserwatywne centrum.
Często są oni mniej zainteresowani szczegółami życia publicznego, co nie znaczy, że pozostają niewrażliwi na hasła pojawiające się w retoryce politycznej. Dlatego omawiana ustawa otrzymała nazwę „o osobie najbliższej”, choć pod wieloma względami jest podobna do wcześniejszego projektu mającego wprowadzić quasi-małżeństwa, czyli związki partnerskie. Celem było wywołanie określonych skojarzeń u możliwie najszerszej części opinii publicznej, także tej, która mogła mieć już wyrobione negatywne zdanie na temat dotychczasowych propozycji środowisk mniejszości seksualnych i wspierających je polityków. Dlatego projekt mający prawnie upodabniać związki homoseksualne do małżeństwa, sprowadzono do zmiękczającej serca kwestii możliwości odwiedzania się przez bliskich sobie ludzi w szpitalach.
O to tu bowiem chodzi. Choć słyszeliśmy i wciąż słyszymy, że zawetowane ustawodawstwo jest dla wszystkich, którzy tworzą nieformalne związki, a nie dla jednej grupy, że propozycje w nim zawarte nie mają nic wspólnego z małżeństwem, a już tym bardziej tzw. „małżeństwem” jednopłciowym, to równolegle toczący się proces forsowania w naszym kraju transkrypcji aktów tego rodzaju związków zawartych za granicą, dokładnie zaprzecza takiej uspokajającej opowieści. Dodajmy, że za snucie usypiających narracji i równoczesne przeprowadzanie prawnej rewolucji odpowiadają ci sami ludzie.
Nadużywanie określeń prawniczych
Podobnie manipulacyjny charakter ma ten element politycznej legendy, wedle którego „ustawa o statusie osoby najbliższej” dąży do usunięcia rzekomo istniejącej luki prawnej. W jawny sposób sugerowało konieczność wprowadzenia jakiegoś rodzaju uzupełnienia prawa o normy regulujące istnienie stanu faktycznego. Nadużycie w tym wypadku polega na zestawieniu i sugerowaniu równości pomiędzy nieformalnymi relacjami seksualnymi, nawet relatywnie trwałymi, osób tej samej lub odmiennej płci, z uprzywilejowaną konstytucyjnie instytucją naturalną, jaką jest małżeństwo. W świetle polskiego prawa i orzecznictwa najważniejszych sądów Rzeczypospolitej, różnice pomiędzy „związkiem”, a „małżeństwem” są zasadnicze i rzeczywistości te nie mogą być zestawiane.
Sąd Najwyższy wielokrotnie stwierdzał, że brak ustawowej regulacji związków pozamałżeńskich nie jest przeoczeniem ustawodawcy, lecz wynika ze świadomej decyzji twórców Konstytucji i odzwierciedla przyjętą przez nich hierarchię dóbr społecznych. Takie stanowisko SN zajmował już w orzeczeniach z 2007, 2011 i 2012 r., a potwierdził je również w opinii z 26 stycznia 2026 r. dotyczącej komentowanych tu projektów ustaw. Rząd po prostu postanowił zignorować tę konsekwentną linię orzeczniczą najwyższego organu sądowniczego i siłą reinterpretować prawo konstytucyjne w Polsce. Powoływanie się na art. 32 – zawierający zasadę równości – Konstytucji w celu podważania znaczenia art. 18 pozostaje w sprzeczności z ugruntowanym stanowiskiem Sądu Najwyższego, który wskazywał, że szczególny status i uprawnienia przysługujące małżeństwu „nie mogą być kwestionowane z powołaniem na inne normy Konstytucji, w szczególności art. 32”.
Zasada równości nie oznacza bowiem obowiązku identycznego traktowania wszystkich podmiotów, lecz nakazuje traktować jednakowo podmioty znajdujące się w podobnej sytuacji, a odmiennie te, które różnią się w sposób istotny. Małżeństwo i związki nieformalne osób, tym bardziej samej płci – powtórzymy – należą do odmiennych kategorii, ponieważ różni je fundamentalna cecha związana z ich charakterem i funkcją społeczną.
Wbrew przedstawionym przez stronę rządową uzasadnieniom, projekt ustawy nie wypełniał żadnej istotnej luki w codziennym funkcjonowaniu osób pozostających poza małżeństwem. Kwestie zdrowotne, majątkowe, spadkowe czy bankowe od lat mogą być przez nie zabezpieczane w ramach istniejących przepisów — również przez osoby żyjące w związkach partnerskich, także jednopłciowych.
Konsekwencje społeczne
Projekt ustawy tworzył model związku z założenia pozbawionego cech charakterystycznych dla małżeństwa jako trwałej wspólnoty życia, ale jednocześnie posiadającego przywileje przysługujące małżeństwu. Nie przewidywał domniemania stabilności relacji, dopuszczając jej jednostronne zakończenie poprzez samo oświadczenie złożone przed notariuszem. Zamiast obowiązku wierności wprowadzał ogólniejsze i znacznie bardziej elastyczne kryteria „lojalności i szacunku”. Przyznawanie przez państwo podobnych uprawnień związkom o zupełnie różnym charakterze — zarówno trwałym, jak i z założenia łatwo rozwiązywalnym, opartym na wyłączności, jak i na modelu otwartym — prowadzi do osłabienia znaczenia wartości takich jak wierność, odpowiedzialność i trwałość więzi.
Jednocześnie projekt oznaczałby dla państwa wymierne koszty finansowe, związane choćby z obsługą nowych regulacji i ich skutkami administracyjnymi, które rosłyby w kolejnych lata. Szacuje się, że w dziesiątym roku koszt ustawy wyniósłby już 2 mld 372 mln zł. Trudno też wskazać proporcjonalne korzyści społeczne, które uzasadniałyby taką ingerencję w system prawny i ponoszenie dodatkowych wysokich wydatków publicznych. Nawet przy założeniu, że z nowego ustawodawstwa korzystaliby nie tylko homoseksualiści. A to dla systemu państwowego jedna z ważnych danych. Dla kogo jednak jest skrojona ta ustawa łatwo wywnioskować z faktu, że zawetowana ustawa w ogóle nie podejmuje kwestii dobra dzieci, które jest jedną z podstawowych zasad kodeksu rodzicielskiego i wychowawczego. O żadne dzieci tu nie chodzi – przynajmniej tak długo, aż nie zostanie podniesiona kwestia adopcji przez pary homoseksualne.
Także z perspektywy demograficznej związki partnerskie nie dają społeczeństwu żadnej przewagi. Badania demograficzne konsekwentnie wskazują, że małżeństwa są bardziej pronatalistyczne. Według Pew Research Center 77 proc. małżeństw osób w wieku 18–44 lata wychowuje dzieci, podczas gdy wśród par żyjących bez ślubu odsetek ten wynosi 54 proc. Jeszcze większa różnica dotyczy wspólnych biologicznych dzieci: 70 proc. małżeństw wobec 35 proc. kohabitujących par.
Socjologowie wskazują także, że trwałe małżeństwo pozostaje podstawowym środowiskiem rodzicielstwa, a dzieci wychowywane przez biologicznych rodziców pozostających w stabilnym małżeństwie przeciętnie osiągają lepsze wyniki rozwojowe i edukacyjne niż ich rówieśnicy wychowujący się w mniej stabilnych formach życia rodzinnego. To, że małżeństwa też się rozpadają nie będzie tu żadnym argumentem – małżeństwo i tak pozostanie rzeczywistością bardziej trwałą niż z założenia nietrwałe związki. Zatem to zachęcanie do małżeństw i wzmacnianie istniejących jest w dobrze rozumianym interesie państwa.
Problem konserwatyzmu
Na koniec warto odnieść się do argumentu, który przez lata funkcjonował na całkowitym marginesie debaty, ale ostatnio został doprowadzony bliżej jej centrum przez jednego z publicystów „Gazety Wyborczej”. Głosi on, że instytucjonalizacja związków homoseksualnych byłaby działaniem z gruntu konserwatywnym. Autor cytuje byłego brytyjskiego premiera Davida Camerona, który po tym jak w Anglii związki homoseksualne podniesiono do rangi małżeństw powiedział: „To nie jest tak, że popieram małżeństwa homoseksualne, pomimo bycia konserwatystą. Popieram je właśnie dlatego, że jestem konserwatystą”.
Argumentacja Camerona wyniknęła ze specyfiki angielskiego konserwatyzmu, który zawsze był intelektualną i polityczną formą obrony interesów brytyjskich elit, a niewiele miał wspólnego z poszukiwaniem bardziej uniwersalnych zasad dobrego społeczeństwa. Zawsze był doktryną ochrony specyficznie rozumianej stabilności społecznej, w imię której deklarował także gotowość do normalizowania zjawisk nieakceptowalnych z perspektywy obiektywnej normy moralnej czy prawa naturalnego. Choć można z sympatią myśleć o „ojcu konserwatyzmu” Edmundzie Burke’u, jako krytyku idei poruszających rewolucję francuską, był on jednocześnie także w gruncie rzeczy zdystansowany wobec reguł prawa naturalnego. Sam był przecież dzieckiem rewolucji, tylko, że angielskiej, henrykowskiej, cromwellowskiej czy elżbietańskiej.
Samo jednak publicystyczne przywołanie konserwatyzmu w omawianej powyżej sprawie pokazuje pewną jego problematyczność. Ludzkie społeczeństwa nie raz i nie dwa „konserwują” zupełnie dramatycznie złe obyczaje i prawa. Dziś „konserwatystami” w wielu krajach są choćby aborcjoniści, a pro-liferzy znajdują się na pozycjach rewolucyjnych i progresywnych, na pozycjach zmiany. Autor z „GW” pisze, że stanowisko prezydenta Nawrockiego jest populistyczne. Co to właściwie znaczy? Właściwie nic, jest taką samą inwektywą jak nazywanie przeciwników politycznych choćby faszystami.
Można jednak spojrzeć na słowa publicysty jako na typowy dla środowiska „GW” klasizm i pogardę dla ludu i narodu. Populizm jest bowiem gotowością reprezentowania opinii źródłowej w danej społeczności – niekoniecznie musi być ona nawet dominująca statystycznie, ale może być zasadnicza dla tradycji danego państwa i tworzącego je społeczeństwa. Lub po prostu dla społecznych potrzeb i oczekiwań. Nie od dziś wiadomo, że dla „konserwatystów” z „Wyborczej”, zwykli ludzie ją raczej czymś budzącym odrazę.
Tekst powstał w ramach programu analiz Instytutu Ordo Iuris