Drugi kierowca autokaru przerwał milczenie. "Gdyby było większe wsparcie..."
W nocy z soboty na niedzielę doszło do tragicznego wypadku na węgierskiej autostradzie M3 w okolicach miejscowości Mezokeresztes we wschodniej części kraju. Autokarem podróżowało 59 polskich obywateli. 12 osób zginęło. Pasażerowie byli głównie z Podkarpacia. Wracali z pielgrzymki z Medziugorie.
We wtorek sąd w węgierskim Miszkolcu zdecydował o 30-dniowym areszcie dla kierowcy Roberta M., który – według wstępnych ustaleń śledczych – zasnął podczas jazdy.
Wypadek autokaru na Węgrzech. Drugi kierowca zabrał głos
Drugi kierowca autokaru, który uległ wypadkowi na Węgrzech, opowiedział w rozmowie z TVN24, co działo się tuż po tym, jak pojazd wypadł z drogi. – Wyłamaliśmy wyjścia dachowe, awaryjne. Kto był najbardziej silny, sprawny, wyskoczył i pomagaliśmy wychodzić. Najpierw od środka kilka osób, a potem już sam wyszedłem i pomagałem osobom, które miały na tyle siły, żeby jeszcze pokonać ten metr różnicy wysokości do tego okna dachowego, wyciągnąć. Pozostałe osoby, które były ciężej ranne albo przygniecione przez siedzenia, wyciągaliśmy dołem – relacjonował.
Mężczyzna podkreślił, że największą pomoc zawdzięcza wolontariuszom, dzięki którym poszkodowani mogli przekazać węgierskim lekarzom informacje o przyjmowanych lekach. Jak twierdził, polscy tłumacze "tylko odbierali telefony i na tym się kończyło".
– Węgierska strona robi, co może, chociaż uważam, że gdyby było większe wsparcie polskiej strony, ambasady, polskich lekarzy na miejscu, to obsługa byłaby dla ludzi milsza, bezpieczniejsza i może by to wszystko przebiegało bardziej sprawnie – ocenił.
Kierowca został również zapytany o swojego kolegę, który prowadził pojazd w trakcie wypadku. – Nad podziw rzetelny, uczciwy, uczynny (...). Z wielkim doświadczeniem i kulturą osobistą, mimo że sam wiele przeszedł. Szkoda tego człowieka. Rozmawiałem nawet tam z ludźmi, nikt nie ma pretensji do niego – mówił.